Instagram

03 kwietnia 2012

Bagno Jacka

Turzyca nitkowata czy wełnianka wąskolistna to nie nazwy chorób wenerycznych - to gatunki roślin występujące na Bagnie Jacka. Można się tego dowiedzieć zajmując się nieruchomościami w centrum Warszawy.
Miałem niedawno okazję przeglądać dość uważnie wniosek o wydanie tzw. decyzji środowiskowej dla inwestycji w centrum Warszawy. Dowiedziałem z niego m.in., że problemem rezerwatu przyrody Bagno Jacka jest obniżenie poziomu wód gruntowych.
Musiałem sprawdzić - to jest w Wesołej, przy wschodniej granicy miasta. Cały czas zastanawiam się, jaki związek z biurowcem w Śródmieściu ma sytuacja na torfowisku po drugiej stronie rzeki? I jaki przepis wymaga, by inwestor przygotował - a urząd przetrawił - dokument, którego sporą część zajmuje lista rezerwatów w promieniu kilkunastu kilometrów od miejsca inwestycji razem z wymienionymi cennymi gatunkami roślin i charakterystyką gospodarki wodnej?
Czytam dalej, że w Warszawie występuje 40 gatunków ssaków (20 chronionych), 187 gatunków ptaków stale występujących (w tym 130 chronionych), 5 gatunków gadów (wszystkie pod ochroną), 12 gatunków płazów (wszystkie pod ochroną), 30 gatunków ryb (3 chronione) i około 3000 tysięcy gatunków bezkręgowców (w tym 14 chronionych).
Gdyby jeszcze chodziło o budowę w środku Tatr czy Mazur. Albo gdyby chociaż ten budynek miał powstać rzut beretem, a nie kilkanaście kilometrów od Bagna Jacka. To pewnie ma jakieś uzasadnienie, u zarania dziejów pewnie chodziło o autentyczną ochronę czegoś przed czymś. Może "Unia wymaga"? Nie wiem, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te dokumenty powstają metodą ctrl+c, ctrl+v. Nie wierzę, że każdy biurowiec w Warszawie powstaje w oparciu o autentyczną analizę potrzeb mopka i borowiaczka - dwóch gatunków nietoperzy wpisanych do Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych, najcenniejszych ssasków występujących na terenie Warszawy.
I najlepsze na koniec - dokument kończy się konkluzją: Z uwagi na lokalizację przedsięwzięcia poza obszarami chronionymi Natura 2000, jak również brak znaczącego jej oddziaływania na środowisko naturalne, przy uwzględnieniu prawidłowo prowadzonej gospodarki wodno-ściekowej oraz gospodarki odpadami, należy stwierdzić, że inwestycja nie będzie negatywnie oddziaływać na gatunki i siedliska oraz miejsca lęgowe, dla ochrony których zostały wyznaczone obszary Natura 2000.
Przecież deweloper nie załączy dokumentu, z którego będzie wynikało, że jest odwrotnie - po co ta fikcja? Czy ktoś w ogóle czyta i te dokumenty? Ile czasu, energii, pieniędzy i papieru marnuje się na ich przygotowanie? I najważniejsze pytanie - jaki to ma wpływ na poziom wód gruntowych na Bagnie Jacka?

06 marca 2012

Stadion jak z "Fify"

Ten tekst miał się pojawić na tvnwarszawa.pl w niedzielę rano. W sobotę była katastrofa kolejowa i temat otwarcia Stadionu Narodowego nagle stał się zbyt odległą przeszłością. Wrzucam, bo trochę mi go szkoda, choć tu jego puenta ma mniejszy sens, niż tam.

"Oto jest" Stadion Narodowy. Jeszcze nie do końca urządzony, z organizacyjnymi niedociągnięciami, ale działa. I choć byłem na meczu otwarcia, wciąż nie mogę uwierzyć, że udało nam się go zbudować.

Gdy media obiegła informacja, że biletów na mecz z Portugalią już nie ma, poczułem żal, że nawet nie powalczyłem. Pisałem o tej inwestycji od samego początku, a zabraknie mnie na pierwszym meczu? Na szczęście w środę o godzinie 20 okazało się, że kilka biletów jednak zostało. Testując przy okazji sprawność komunikacji miejskiej, rzutem na taśmę dotarłem do swojego czerwonego krzesełka w chwili, gdy ponad 50 tysięcy ludzi zaczynało śpiewać hymn. Trochę się nawet wzruszyłem i chyba nie tylko ja, bo pod koniec meczu hymn odśpiewaliśmy jeszcze raz.

Patrząc na biało-czerwone trybuny przypomniałem sobie moment, gdy Michel Platini wyciągnął z nieporadnie rozdartej koperty kartkę z napisem "Polska i Ukraina". I festiwal wisielczego humoru, który nastąpił później - internet obiegły dziesiątki zdjęć zarośniętych, zdemolowanych boisk, które miały oddawać stan naszych przygotowań. I oddawały! Gdy zapadła w końcu decyzja, że Stadion Narodowy powstanie na miejscu Stadionu Dziesięciolecia, chyba nikt do końca nie wierzył, że to się uda. I znów był śmiech - że na trybunach będzie trwał handel gaciami, że gadżetem mistrzostw będzie wielka bazarowa torba w kratkę.

Przyznaję, nie wierzyłem, że uda się zlikwidować bazar, zorganizować i rozstrzygnąć konkurs na projekt, zdobyć pozwolenia na  budowę, wybrać wykonawcę. Utkniemy w procedurach i odwołaniach - byłem tego pewien. I choć pisałem o kolejnych etapach inwestycji, które jednak się udawały, wciąż nie wierzyłem, że damy radę.

Nie przekonały mnie nawet pierwsze maszyny, które zaczęły rozbiórkę starego stadionu i palowanie fundamentów nowego. Potem pojawiły się dźwigi, a plac budowy nocami oświetlały reflektory. Do kin wchodził właśnie nowy "Star Trek", a budowa stadionu przypominała pokazaną w filmie budowę statku kosmicznego USS Enterprise. Wyłaniająca się z warszawskiej mgły konstrukcja wydawała się mniej więcej tak samo realna.

Że to jednak może się udać, dotarło do mnie, gdy przeprowadziłem się na Pragę i mogłem codziennie obserwować postępującą w oczach budowę z okien autobusu linii 101. To była dobra perspektywa - najpierw aleja Zieleniecka i wielki plac budowy w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stały dziesiątki blaszanych bud. Potem rondo Waszyngtona i rosnąca bryła stadionu w perspektywie głównej alei, gdzie dopiero co kwitł handel podróbkami. Jeszcze przystanek przy - wciąż zresztą stojącym - blaszanym kantorze i 101 wtaczało się na most. Ale najlepszy widok jest do tej pory ze ślimaka, którym autobus zjeżdża na Wisłostradę - stadion odbija się w Wiśle i niezależnie od światła czy pogody robi piorunujące wrażenie.

Uwierzyłem, że zdążymy, gdy pod koniec 2010 roku zwiedziłem powstający stadion. Z samego szczytu gotowych już trybun widok był niesamowity - z jednej strony panorama warszawskich wieżowców, a z drugiej płyta boiska niemal na wyciągniecie ręki. Na środku montowano właśnie potężną iglicę. W środę znów gapiłem się na nią i nie mogłem uwierzyć, że nad środkiem boiska, po którym biega Cristiano Ronaldo, wisi coś tak potężnego. I choć architekci z firmy JSK tłumaczyli, że wisi dzięki tej samej zasadzie, która utrzymuje kształt koła rowerowego, to w bezpośrednim zetknięciu takie porównanie wydaje się zupełnie nieadekwatne.

Od pierwszego wejrzenia polubiłem widok oświetlonego stadionu. Zobaczyłem go jadąc autobusem przez most Świętokrzyski. Nad ciemnym, dzikim praskim brzegiem znów wyglądał jak statek kosmiczny. Musiałem chyba westchnąć z zachwytu, bo starsza pani obok mnie od razu fuknęła i zaczęła komentować. Że wielki, że po co i w ogóle ile to kosztuje... Ożywioną dyskusję skończyliśmy dopiero przy Wileniaku. Stanęło na tym, że sam stadion nie jest taki zły, tylko żeby kibice się umieli na nim zachować...

W środę zachowywali się fajnie. Spokojnie, bez awantur, bez większych pretensji, kłótni i spinek. Ktoś komuś zasłaniał, gdzieś zabrakło hot-dogów i napojów, ale te drobiazgi nie przyćmiły końcowego efektu. Pewnie, że doping nie był taki, jak na Żylecie, ale w wykonaniu 50 tysięcy ludzi i tak robił wrażenie. Z narożnego sektora słyszałem go doskonale i jak na dłoni widziałem całe boisko, w samym środku gigantycznego stadionu. Imponujący widok, znany mi do tej pory tylko z transmisji telewizyjnych i piłkarskich gier komputerowych. Kilka razy złapałem się nawet na tym, że czekam na powtórkę akcji, bo choć to wszystko działo się kilkanaście metrów ode mnie, do końca nie wierzyłem, że to nie jest telewizyjna transmisja.

Można się spierać o jego skalę, lokalizację i kolory elewacji. Trzeba pilnować tego, co wciąż jest do zrobienia i poprawienia. Warto patrzyć na ręce tym, którzy odpowiadają za to, by stadion na siebie zarabiał. Apelować, by zlikwidowali kuriozalny płot wokół, a wyspane żwirem błonia zmienili w zielony teren otwarty dla warszawiaków. Pilnować, by po Euro nie zabrakło zapału do zrealizowania planów zabudowy jego otoczenia. O Narodowym pisać będziemy więc jeszcze nie raz. Chciałbym, żeby działo się to głównie przy okazji sukcesów reprezentacji, ale pewnie przyjdzie nam też krytykować i narzekać. I właśnie dlatego nie mogę sobie nie skorzystać z okazji, by ten jeden raz napisać: ten stadion jest imponujący, a ja jestem dumny, że udało nam się w Warszawie zbudować coś tak niesamowitego.

23 lutego 2012

Zostawcie w spokoju ten most

Nie zmieniłem zdania - wciąż uważam, że most powinien się nazywać Północnym i w swoich tekstach za wszelką cenę unikam Skłodowskiej-Curie. Ale do ekspertów, którzy apelują o powrót do poprzedniej nazwy i radnych opozycji, którzy ochoczo to podchwycili, mam własny apel: przestańcie się zajmować pierdołami!

fot. UM Warszawa

Zespół Nazewnictwa Miejskiego od samego początku opowiadał się na nazwą most Północny. Kilka dni temu eksperci przyjęli stanowisko ws. decyzji radnych, którzy w grudni zmienili ją na most im. Marii Skłodowskiej-Curie. Zaapelowali o przyjęcie kompromisowej nazwy: most Północny im. Marii Skłodowskiej-Curie. A radny Marcin Rzońca z Ruchu Palikota zapowiada , że na czwartkowej sesji Rady Warszawy złoży wniosek w sprawie uchylenia poprzedniej decyzji. I od razu dodaje: - Nie mam wątpliwości, że zostanie odrzucony 33 głosami PO.

Radni pewnie z uśmiechem wspominają tamtą sesję: dostali pamiątkowe albumy, zaprosili profesora, który opowiadał ciekawe anegdotki z życia noblistki. Czemu by tego nie powtórzyć? Pewnie nie wszyscy byli obecni, może ktoś przysnął. Podyskutujmy, czy nie zmienić nazwy przyjętej kilka tygodni temu - znów będzie się działo.

Na sesjach najwyraźniej im się nudzi. Tak, jakby cała Warszawa pokryta była już planami miejscowymi, a deweloperzy nie wycinali przez ich brak parków i nie budowali osiedli bez dojazdów. Jakby nie trzeba było likwidować szkół, a w żłobkach było dość miejsc dla wszystkich dzieci. Jakby wszystko było gotowe na Euro 2012, nie brakowało mieszkań komunalnych, a brak biedy w Śródmieściu nie był tylko opinią burmistrza.

To są aktualne problemy miasta, ale radni mogą o tym nie wiedzieć, bo gdy rodzice uczniów z zamykanych podstawówek domagają się ich uwagi, ignorują zaproszenia do dyskusji. Gdy pytają mieszkańców o zdanie, to tylko po to, by następnie i tak przegłosować to, co sami uważają za słuszne.

Tak właśnie zrobili z mostem Północnym - nadali mu imię, którego nie chciała większość pytanych. Nie ma co dzielić na rządzącą miastem Platformę Obywatelską i opozycję - w kwestii liczenia się ze zdaniem mieszkańców nie ma większej różnicy, choć oczywiście opozycja lubi się nim podpierać, gdy atakuje rządzących.

Apeluję: dajcie już spokój z tym mostem. Piszę to wbrew sobie, bo podzielam niemal wszystkie argumenty przeciwko nowej nazwie: została Warszawiakom wmuszona, choć przywykli już do poprzedniej, która była praktyczniejsza i wygodniejsza. W dodatku na most Skłodowskiej-Curie wiedzie teraz trasa Mostu Północnego, o której radni najwyraźniej zapomnieli. Nie zamierzam stosować nowej nazwy, ale to moja prywatna decyzja - nie są mi do tego potrzebni radni ani kolejna awantura na sesji. Podejrzewam, że większości warszawiaków też nie.

Dziwnie tylko, że eksperci z zespołu nazewnictwa - zachowujący dotąd powściągliwość i kierujący się zdrowym rozsądkiem - podsycają ten spór. Chyba dali się ponieść emocjom, bo powołują się przy tym na kuriozalny argument, że "jeżdżenie po Skłodowskiej" obraża pamięć noblistki, a ludzie śmieją się z nowej nazwy. Idąc tym tropem powinniśmy zlikwidować Zespół Nazewnictwa Miejskiego i - wzorem amerykańskich miast - ponumerować aleje oraz przecinające je ulice. No bo skoro jeżdżenie obraża Skłodowską, to co powiedzieć o deptaniu po Janie Pawle II lub pędzeniu po Prymasie Tysiąclecia? Czy wypada, by psy załatwiały się na któregokolwiek z patronów warszawskich ulic?

Warszawiacy śmieją się z "Babki Radosława", "Świętokrzyskiej Pasty" i "Mostu Kurii", bo co innego im pozostało? Ciągłych kłótni o niezbyt istotne drobiazgi nie da się przecież traktować poważnie.

14 lutego 2012

Warszawska Masak-RAH muzyką dancehallową

Nie ma już Punktu ani Jadłodajni Filozoficznej, ale jest miejsce, gdzie przez całą noc gra jamajska muzyka, a na parkiecie dzieją się rzeczy, które telewizja pokazałaby tylko po 23. Na najnowszej płycie śpiewa o nim Marika. Tej balangi nie wymyśliła na potrzeby teledysku - to dzieje się naprawdę i to w każdą środę.


Zimowy wieczór w Warszawie: zamarzają tramwajowe zwrotnice, a wiatr usypuje zaspy na chodnikach. Niewielu jest chętnych, by się przez nie przedzierać, bo i po co? O godzinie 22 stolica sprawia wrażenie wymarłej.
- Jak jest tak zimno, to nawet w weekendy nikt się w tym cholernym mieście nie bawi - powie za kilka godzin taksówkarz, który odwiezie mnie do domu. I zapyta ze zdziwieniem:
- A pan skąd wychodzi o tej porze? W tej ruinie jest jakaś impreza? W środku tygodnia?
- I to jaka!

"Jamajki dziś tu jest ambasada / Ta buda będzie drżała w posadach"

"Ruina" to dawna odlewnia Wittów - oficyna w podwórku przy ulicy Emilii Plater 9/11. Od czterech lat działa tu Mandala. Na dole - indyjska restauracja, ale to nie ona zapełnia się co środę. Bywalcy mijają knajpę, toalety, przeciskają się do szatni między beczkami piwa i pokonują wąską, ciemną klatkę schodową. Pierwsze wrażenie?

- Delikatnie mówiąc nie powala - celnie podsumowuje zgrzebne wnętrze Marika. Ale jeśli akurat nie gra gdzieś indziej koncertu, bywa tu co środę. Czemu? Bo z Dancehall Masak-RAH sprawa jest prosta: nudzi od razu lub uzależnia od pierwszej dawki. Jedni przychodzą, bo tylko tu mogą usłyszeć świeżą porcję "jamajskiego disco polo". Inni po to, by przy nim potańczyć. Bo mają blisko, z nudów, z ciekawości albo żeby spotkać znajomych - to nieważne, bo koło północy i tak wszyscy będą razem tańczyć na maleńkim parkiecie. Albo gdzie indziej.

- Czuję się tu jak na domówce u przyjaciół. I nigdzie indziej tak dobrze nie tańczy mi się na barze - śmieje się Marika. Ale taniec na barze zachowuje na specjalne okazje. Zwykle trzyma się trochę z boku. Tylko czasem łapie za mikrofon i śpiewa którąś ze swoich piosenek. Gdy krzyknie "pull up!" nikt nie ma wątpliwości, dlaczego mówią o niej Królowa Dancehall'u.

Wigilia z Matką Hardcoru

Jeśli Marika jest Królową, to Dorka jest w Mandali Cesarzową. Kolorowe tatuaże na dłoniach i ramionach, kolczyk w nosie, w uchu potężny tunel - oto barmanka, menadżerka i ochroniarz w jednym. Od czterech lat niepodzielnie rządzi klubem. Co środę sama staje za barem. Nawet wtedy, gdy wdrapywała się po wąskich schodach ze złamaną nogą i ciężkim gipsem, nie było wątpliwości, że jest tu szefową.

- Gdzie limonki? Co to za sok? Czemu nie ma czystych szklanek? - wita się z pracownikami Dorka. Zdrobnienie to tylko zmyłka - dla gości klubu bywa równie ostra, jak dla pracowników. Jeśli ktoś przesadzi z wiśniówką i przyśnie na stoliku, bezlitośnie budzi i wyprasza. No chyba, że to znajomy - wtedy czasem przymknie oko na małą drzemkę. A zna tu prawie każdego, więc przy barze co chwilę ktoś się wita lub żegna, popijając kolorowe shoty, które Droka przygotowuje seriami.

Klub to jej dom, w czasie imprez potrafi się nawet uczyć do egzaminów. Nic dziwnego, że nazywają ją Matką Hardcoru. Hardcoru - bo w spędza tu nawet Boże Narodzenie. Matką, bo jak przystało na głowę rodziny, w wigilię zaprasza wszystkich na kolację. Przychodzą ci, którzy nie świętują czyli Hindusi albo Azjaci, ci, którzy nie mają z kim spędzić świąt oraz ci, którzy po kilku godzinach z rodziną muszą odreagować. Ze świątecznego stołu porywają śledzika lub makowca. Jedzenie trafia na bar, a atmosfera robi się bardziej domowa, niż klubowa.

Choć nie zawsze - w 2009 roku wigilia zmieniła się w całonocną balangę. - To był szok, ponad setka osób tańczy lambadę w wigilijną noc! Ale to przecież fajniejsze, niż pić wódkę w bramie, w drodze z lub co gorsza na pasterkę - przekonuje Dorka.

Nic dziwnego, że i goście czują się tu jak w domu. - Ona umie o to zadbać. Ma oko na cały klub, widzi, gdy pojawia się ktoś z innej bajki i wie, jak z takim zagadać, żeby nie dymił. Ludzie się dzięki temu kontrolują i jest bezpiecznie. Zresztą popatrz na nią; kto by się postawił? - śmieje się Pablo27.

Gdy dochodzi godzina 22, Dorka tylko zerka na niego zza baru. Pablo zbiera się od stolika i razem z Juniorem Stressem oraz Drajwą stają za adapterami.

"Kroki z dancehall'owej epoki / zawrócą ze złej drogi"

Dancehall Masak-RAH narodziła się dwa lata temu w PracoVni. Ale tam zabawa urywałą się już koło godziny 22, bo dłuższa zaburzałaby chwiejną równowagę między klubem, a mieszkańcami cichego, żoliborskiego podwórka. - Razem z Juniorem ładowaliśmy płyty i sprzęt do samochodu, i zasuwaliśmy do Dobrej Karmy na Górczewską. Tam graliśmy dalej - wspomina Pablo27.

Obaj selektorzy (dj-e w jamajskiej nomenklaturze) żyją jamajską muzyką od wielu lat i obaj są świetnie znani na polskiej scenie reggae. Organizują imprezy, produkują mixtape'y, prowadzają radiowe audycje. Junior Stress ma na koncie świetną solową płytę. Można się było spodziewać, że gdy połączą siły, efekt będzie wybuchowy.

- Od początku wiedzieliśmy, że chcemy rozruszać ludzi - mówi Junior. I wspomina trudne początki: - Dancehall to jamajskie disco polo, muzyka do prostej zabawy, czasami naprawdę obciachowa. Ale tam nie trzeba nikogo namawiać do tańca, oni umieją się z tego śmiać i się bawić. Tutaj było ciężko.

Choć dancehall kojarzy się głównie z tańczącymi dziewczynami, to na samym początku zabawę rozkręcali faceci. - Szczególnie dwaj, Igor i Piotrek "Cookie Monster". Prosili o coraz bardziej taneczne kawałki. My je graliśmy, a oni tańczyli. Z imprezy na imprezę było tego więcej i nagle okazało się, że cały klub buja się razem z nimi - wspomina Pablo.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta: skąpo ubrane dziewczyny trzęsą pośladkami w rytm niezbyt wyszukanej muzyki, a faceci patrzą na to z niedowierzaniem. W tej zabawie jest jednak metoda, a w tańcu - kroki. Najlepsi opanowują je tak, że bez dawania sobie znaków przechodzą razem od jednego do drugiego. Gdy się rozkręcą, wrażenie jest takie, jakby cały czas tańczyli dobrze przygotowany układ.

- Na początku to tak nie wyglądało - wspomina Pablo. - Tańczyć nikt za bardzo nie umiał, kroków znaliśmy raptem kilka, tyle ile obejrzeliśmy w teledyskach na youtube. No i kto by tam chciał patrzeć, jak my to robimy? No chyba, że tańczy Drajwa! - śmieje się.

Drajwa dołączył do Pablo i Juniora rok temu, gdy Masak-RAH od roku odbywała się już w Mandali. Raz nieopatrznie dał się ponieść, wyszedł zza konsolety i zatańczył w sposób, który zapadł wszystkim w pamięć. Tak narodził się pierwszy polski krok dancehallowy - Drivah Dance, który składa się głównie z szybkiego machania rękami. Dziś jest obowiązkowym elementem każdej imprezy.

- Teraz możemy sobie z tego żartować, ale niewiele brakowało, byśmy w ogóle nie wyszli z fazy takich prób - przyznaje Drajwa. Masak-RAH zmieniła się, gdy do tańczących chłopaków zaczęły dołączać dziewczyny. Poznawali je na konkursach tańca. - Ja grałem muzykę, Igor i Cookie tańczyli. I nagle okazało się, że przychodzi mnóstwo dziewczyn, które chcą się w to bawić, ale nie wiedzą gdzie i jak - mówi Pablo.


"Dancehall queen właśnie ona / zadowolona, bo ma coś czego nikt nie pokona"

Właśnie na takim konkursie pojawiła się kolejna królowa w tej historii - Ula Afro Fryc, którą namaszczono u samego źródła muzyki reggae. W 2009 roku została wicemistrzynią świata w konkursie Dancehall Queen organizowanym na Jamajce. - To było niesamowite, znaleźć się w samym środku tego miejsca, zatańczyć i widzieć uznanie w oczach jamajskiej publiczności. Spełniłam swoje marzenia - wspomina tancerka.

Rok temu zatańczyła też w programie "Mam talent!". Dotarła do półfinału. - Fajnie było zobaczyć, jak Wojewódzkiemu opada szczęka - wspomina swój występ i dodaje: - Zrobiłam to, żeby pokazać ten taniec większej liczbie ludzi. I chyba się udało, bo na kursy dancehallu, które prowadzę, przychodzi coraz więcej dziewczyn.

A jamajska muzyka powróciła w kolejnej edycji programu. Tym razem dzięki Kamilowi Bednarkowi, który zaśpiewał piosenkę "Dancehall Queen" i zajął drugie miejsce. W końcu "pojawił się" także w Mandali. - Nie wiem, jak na to zareagujecie, ale i tak to zrobię! Panie i panowie, po raz pierwszy w Mandali... "Dancehall Queen"! - zaskoczył wszystkich Olo Mothashipp. To właśnie producent i klawiszowiec Vavamuffin na jednej ze środowych imprez puścił piosenkę Bednarka. Czy zazdroszczą mu popularności? - Trochę na pewno. W końcu chłopak dwa dni pod rząd zapełnia klub Palladium. Vavamuffin pracowali na taki wynik wiele lat, a inni mogą o tym najwyżej pomarzyć - przyznaje Marika.

- Pewnie, że trochę nas to uwiera. Po kilkunastu latach na scenie możemy zagrać support przed chłopakiem z telewizji. I jeszcze mówią, że gramy podobnie do niego, tylko trochę słabiej - śmieje się Junior Stress. - Ale życzę mu powodzenia, bo dzięki niemu i Uli niektórzy ludzie pierwszy raz usłyszeli o reggae czy dancehallu - dodaje.

"Jest Ula Afro, Ola i Sandra / Wjeżdża daggering i będzie skandal"

W Mandali łatwo poznać, kto przyszedł pierwszy raz. - Trzeba tylko poczekać, aż dziewczyny wyjdą na parkiet i zaczną tańczyć. Debiutantom wychodzą wtedy na wierzch oczy - śmieje się Marika. Nic dziwnego - to, co dzieje się na maleńkim parkiecie, może przyprawić o zawrót głowy. Szczególnie, gdy zacznie się daggernig. Powiedzieć, że to dancehall w parach, to nie powiedzieć niczego. Wypięta dziewczyna i facet trzymający ją od tyłu za biodra, a do tego ruchy, które nie pozostawiają wątpliwości: w telewizji takie rzeczy też pokazuje się tylko po godzinie 23. - Dla nas to wciąż tylko taniec, ale dla osoby która widzi to pierwszy raz to może być szokujące. Dla mojego ojca było - przyznaje Ula. Nie mogło być inaczej, skoro daggering w wykonaniu córki pokazały tacie w internecie... koleżanki z pracy. - Do tej pory nic nie powiedział - przyznaje tancerka.

Czasem na pokazach dziewczyny słyszą pod swoim adresem wulgarne komentarze. - Zdarza się nawet, że ktoś startuje z łapami. Kiedyś mnie to przerażało, ale teraz umiem sobie radzić z takimi typkami. A Mandalę kocham między innymi za to, że nie ma takich akcji. Tu wszyscy szybko łapią reguły - tłumaczy. A reguły są takie, że zatańczyć może każdy. Nawet jak idzie mu średnio, w tłumie ściśniętym na małym parkiecie za bardzo tego nie widać. Faceci zaczynają się więc bujać się obok tancerek, a dziewczyny najpierw przyglądają się temu wszystkiemu z pewnej odległości, potem też zaczynają podrygiwać, podglądając tancerki. - W końcu przychodzą i pytają, gdzie można się tego nauczyć - mówi Ula, która jest żywą - i bardzo przekonującą - reklamą swojej pracy.

Nic dziwnego, że w Mandali często robi się za ciasno i za gorąco. Jak w czasie urodzin Masak-RAH, gdy przez klub przewinęło się kilkaset osób. - Włączamy klimatyzację! - krzyczy wtedy do mikrofonu Pablo. A tłum ściąga koszulki i kręci nimi nad głowami. Tylko w ten sposób w małym, zadymionym klubie choć przez chwilę da się oddychać. Zimą, bo latem nawet to nie pomaga. Ale spocone, odkryte ciała są tu jak najbardziej na miejscu. W końcu to kawałek Jamajki w Warszawie.

- To wszystko rodzaj teatru. Oczywiście, że jest w tym mnóstwo erotyzmu, ale to tylko konwencja. Zresztą co ja tam wiem? Zza konsolety widać niewiele - podsumowuje Pablo.


"Pull up jest jak hamowanie samochodu / tylko po to by ruszyć znów do przodu"

W czasie imprez rzeczywiście nie ma czasu przyglądać się tancerkom. Dwoi się i troi za konsoletą, puszcza kolejne tjuny (piosenki) i cały czas krzyczy do mikrofonu. - Impreza fajna, ale po co oni ciągle przerywają kawałki? - pytają często ci, którzy trafiają na Masak-RAH po raz pierwszy. Rzeczywiście, Pablo27 nie ma litości - przerywa prawie każdą piosenkę. Publiczność krzyczy wtedy "pull up!" i muzyka rusza od nowa. I tak po kilka razy.

To zwyczaj z Jamajki - tam publiczność przerywała muzykom piosenki, które najbardziej lubiła, zmuszając by grali je od nowa po kilka razy. Dziś wygląda to nieco inaczej: - Niech ktoś powie puuuuuulllllaaaaaap!" - woła do mikrofonu Pablo. Potem prezentuje krok, zapowiada kolejny kawałek i zaczyna od nowa. I znów robi "pull up!".

Muzyka, którą puszcza, to świeże przeboje jamajskich dyskotek. Na początku roku pojechał na Jamajkę, by nawiązać kontakty z muzykami i wydawcami. - Dla nich to wciąż lekki szok, że gdzieś w Polsce ktoś robi imprezy z ich muzyką. Francja, Włochy czy Hiszpania - tak, ale daleka północ? - relacjonuje swoją podróż.

Z takich wycieczek przywozi m.in. duplate'y - nagrania, w których jedni muzycy wychwalają talenty drugich. Jamajczycy robią przy tym niezły interes - za nagranie inkasują solidną kwotę. Przy czym słowa wymyślają na poczekaniu, a muzyka to zwykle jeden z popularnych riddimów (podkładów), które przerabia się w nieskończoność. Zresztą w dancehallu przerabia się wszystko. Jeśli hip-hop opiera się na podbieranych z innych utworów samplach, to dancehall jest bardziej bezczelny: bierze całe utwory i przerabia je na taneczne hity. Dancehallowym tjunem może stać się wszystko: "Jump Around" House Of Pain czy "Come As You Are" Nirvany. Kpina? Szarganie świętości? Może, ale przy okazji doskonała zabawa.

"To numer dla tych, co uciekają do miast / marząc o życiu telewizyjnych gwiazd"

Gorączka środowej nocy już dawno dotarła poza Warszawę. Niektórzy przyjeżdżają na imprezy z odległych zakątków kraju. - To była jedyna dancehallowa impreza w Polsce, więc wsiadałam w pociąg, jechałam kilka godzin, kilka godzin tańczyłam i wracałam. I było warto - wspomina początki Ula, która w końcu osiadła w stolicy. Tak samo jak Marika, Junior i Pablo.

- Od 12 lat wpadam tu na imprezy. Mam tu więcej przyjaciół, niż w Trójmieście. Nie wiem, którzy z nich są stąd, a którzy tylko tu przyjechali. W ogóle nie zwracam na to uwagi i szczerze mówiąc nie wiedziałem, że ludzie się o to kłócą. Nie mają większych problemów? - dziwi się Pablo, pytany o to, co wokół przyjezdnych warszawiaków dzieje się na internetowych forach.

- To jest rodzaj faszyzmu. Wiem, że to mocne słowo, ale jak inaczej nazwać tak ostrą niechęć związaną z miejscem urodzenia? Gdyby nie przyjezdni, to miasto nie byłoby takie żywe, takie kreatywne. Cenię i podziwiam historię Warszawy. Poznałam ją, bo czułam, że powinnam, skoro tu mieszkam. Ale tej niechęci do przyjezdnych po prostu nie pojmuję - mówi z kolei Marika.

Zaskoczony jest też Junior Stress, który pochodzi z najbardziej atakowanego Lublina: - Naprawdę, nie lubią nas najbardziej? Nigdy tego nie odczułem, choć mieszkam tu już 6 lat. Może dlatego, że nie pracuję w normalnej firmie i nikt mi nie powie, że odbieram mu pracę? - śmieje się.

Ale po chwili przyznaje, że z jego okolic do stolicy ciągną prawdziwe tłumy. - Wystarczy zobaczyć, co się dzieje w piątek po południu tam, skąd odjeżdżają busy do Lublina. Albo w pociągu do Warszawy, w niedzielę wieczorem. Jest jak w Indiach - mówi. Ale sam nie czuje się w Warszawie imigrantem. - Nigdy tak o sobie myślałem. Temu miastu brakuje imigrantów z innych części świata. Wielokulturowość dałaby stolicy kopa. Na razie ci nieliczni imigranci wolą się nie wychylać. Przychodzą do Mandali, bo tu są traktowani normalnie. Ale są w mieście kluby, gdzie puszcza się np. hip-hop, a ochrona nie wpuszcza czarnych - mówi z żalem.


"Dziś możesz zostać gwiazdą parkietu / bo nauczyłaś się z internetu"

Imprezy w Mandali to w Warszawie ewenement - mimo, że to środek tygodnia, zaczynają się przed północą i często trwają do rana. Pablo, który poza nimi ma zwyczajną pracę, przyznaje że czwartek to dla niego trudny dzień. - Jak dla każdego, kto tu bywa - wrzuca swoje trzy grosze Bartek, który jest "nadwornym" fotografem Dancehall Masak-RAH. Po każdej imprezie dodaje zdjęcia na Facebooka. Oznacza na nich klub, muzyków i tancerzy, których rozpoznaje pośród ponad 2 tysięcy "przyjaciół" Dancehall Masak-RAH.

Internet ich integruje, ale bez niego impreza pewnie w ogóle by nie powstała. - Sieć ułatwiła wymianę muzyki. Tylko dzięki niej możemy być na bieżąco z tym, co gra się na Jamajce. Bo niestety, nie da się latać tam co miesiąc po nowe płyty - mówi Pablo. Z tańcem jest podobnie: - Jak nie ćwiczę, to siedzę w sieci i szukam nowych kroków. Bez internetu w ogóle nie miałabym szansy nauczyć się dancehallu - potwierdza Ula.

- Sama właściwie nie umiem tańczyć i trochę im tego zazdroszczę - przyznaje z kolei Marika, która o imprezach w Mandali zaśpiewała na swojej najnowszej płycie. Gdy pierwszy raz zagrała "Esta Festa" w Warszawskiej Hard Rock Cafe, wśród publiczności były m.in. tancerki - Ula Afro i Ola Szlaga-Dagga. - Wtedy jeszcze za bardzo się nie znałyśmy, ale Marika nas zobaczyła i zaprosiła na scenę. A potem zaproponowała nam wspólne występy. Tego też by nie było, gdyby nie imprezy w Mandali - wspomina Ula.

- To jest w tej chwili moje miejsce. Wcześniej czułam się tak dobrze w Punkcie, podobnie było w Jadłodajni. Teraz jest Mandala - podsumowuje Marika. - I oby jak najdłużej - dodaje Pablo27.



Jak wszystko w Warszawie, tak i Dancehall Masak-RAH w Mandali dobiegła końca. Czy i gdzie powróci - na razie nie wiadomo. Tak czy owak zabawa będzie trwać dalej, a ja dziś w ramach wspomnień postanowiłem przerzucić na blogaska swój tekst, który jest jednym wielkim podziękowaniem za kilkadziesiąt fantastycznych imprez.

Oryginał ze zdjęciami Bartka Kruszewskiego można zobaczyć na tvnwarszawa.pl.
I niech ktoś powie pull up!

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.