Instagram

25 czerwca 2010

Sąd nakazał zwinąć Żagiel


Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną firmy Orco. Co oznacza ta decyzja? Pewne jest, że budowa Złotej 44 nie ruszy jesienią, jak zapowiadał inwestor. Prawie na pewno za jakiś czas sprawa wróci też do sądu.

Naczelny Sąd Administracyjny wybrał rozwiązanie, które można nazwać salomonowym - nie przyznał całkowitej racji protestującym mieszkańcom bloku sąsiadującego z budową, ale inwestorowi pokazał "żółtą kartkę".

Przypomnijmy: sąsiedzi wieżowca odwołali się do wojewody mazowieckiego od decyzji o pozwoleniu na budowę. Wojewoda nie przyznał im racji, więc poszli się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten przyznał im rację i cofnął firmie Orco pozwolenie na trwającą już budowę.

Inwestor zaskarżył ten wyrok do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ten nakazał natomiast, by wojewoda mazowiecki jeszcze raz rozpatrzył odwołanie mieszkańców.

Trzy punkty sporne

W pisemnym uzasadnieniu wyroku znajdą się wytyczna dla wojewody. NSA wskazuje w nich, jakie braki ma jego wcześniejsza decyzja. Po pierwsze, nie ma w niej kompletnej dokumentacji geologiczno-inżynierskiej, która nie została przedstawiona nawet przy wydawaniu pozwolenia.

W złożonym razem z wnioskiem projekcie są też poprawki - wojewoda ma wyjaśnić, skąd się wzięły i czy zostały naniesione prawidłowo. To stosunkowo drobne sprawy, które Orco powinno wyjaśnić szybko. Ale jest jeszcze jedna kwestia

Ile miejsc parkingowych potrzebuje wieżowiec?

W projekcie wieżowca założono budowę 288 miejsc parkingowych. Zdaniem NSA, wojewoda powinien dokładniej sprawdzić, czy to na pewno wystarczy. Jeśli nie, deweloper będzie musiał zwiększyć ich liczbę.

I tu może pojawić się problem – gdyby liczba miejsc parkingowych przekroczyła 300, inwestor będzie musiał zdobyć tzw. decyzję środowiskową, która poprzedza wydanie pozwolenia na budowę. Jeśli wojewoda podejmie taką decyzję, Orco będzie musiało zdobyć decyzję, co potrwa wiele miesięcy. Potem konieczne może być przeprojektowanie wieżowca i uzyskanie nowego pozwolenia na budowę.

Teoretycznie większość decyzji urzędy powinny wydać w 30-dniowych terminach, ale w praktyce uzyskanie każdego z tych dokumentów może ciągnąć się miesiącami. Tym bardziej, że po nagłośnieniu sprawy z pewnością urzędnicy będą bardzo drobiazgowi.

Jeśli wojewoda uzna, że pozwolenie na budowę wydano nieprawidłowo, będzie musiał je uchylić. - Trudno powiedzieć, ile to potrwa. Nie widzieliśmy jeszcze uzasadnienia decyzji sądu. Gdy tylko do nas wpłynie, zajmą się nią nasi prawnicy - odpowiada standardową formułą rzecznik wojewody mazowieckiego Ivetta Biały.

Zaczną budowę i wrócą do sądu

Trzymając się dalej piłkarskiej terminologii, "piłka" będzie wtedy po stronie firmy Orco. Ta będzie mogła pójść do sądu i walczyć o uznanie pozwolenia za ważne lub zacząć starania o nowe pozwolenie.

Możliwy jest też odwrotny scenariusz - deweloper uzupełni dokumenty, wojewoda znów odrzuci protest mieszkańców i podtrzyma pozwolenie na budowę. Orco będzie mogło wtedy podpisać umowy z wykonawcami i wprowadzić ich na plac budowy. Nie oznacza to jednak końca sporu.

Niezadowoleni z rosnącego sąsiada mieszkańcy będą mogli znów iść do sądu i ponownie odwoływać się od decyzji wojewody. A Wojewódzki Sąd Administracyjny będzie mógł zawiesić pozwolenie na budowę do czasu rozstrzygnięcia sprawy. To oznacza, że budowa może stanąć, nim znów na dobre się rozpocznie.

Sprawa na lata

Prognozy nie są więc optymistyczne dla inwestora, a tym samym dla tych, których drażni betonowy szkieletor w centrum miasta. Wszystko wskazuje bowiem na to, że nie tylko przywita on kibiców przyjeżdżających na Euro 2012, ale będzie też witał turystów przez kilka kolejnych lat. Tym bardziej, że opisany powyżej scenariusz może się powtarzać wielokrotnie - od każdej decyzji administracyjnej przysługuje bowiem prawo do odwołania.


Na ironię zakrawa fakt, że w czasie, gdy Kraków dojrzewa powoli do tego, by efektownie zakończyć sprawę swojego szkieletora, Warszawa dorabia się swojego. Do pobicia krakowskiego rekordu jeszcze daleko, ale prognozy nie są dobre.

Sprawa nie jest tak jednoznaczna, jak uważa burmistrz Śródmieścia, ale jego złość jest w tym wszystkim warta uwagi. Z wysiedlaniem mieszkańców mocno przesadził, ale zwrócił uwagę na realny problem, którego ofiarą padają deweloperzy. Nad ich problemami mało kto lubi się pochylać - nie czynimy tego chętnie w mediach, zwykli ludzie też raczej trzymają się opinii, że na biednego nie trafiło.

Niby nie, ale takich spraw jest mnóstwo, choć większość nie jest aż tak zagmatwana i nie owocuje spektakularnymi szkieletorami w centrum miasta. Ale wydawanie decyzji administracyjnych w Warszawie idzie tak wolno, że jak już ratuszowi uda się jakąś wydać w terminie, to natychmiast pojawia się podejrzenie korupcji. W ten sposób miasto traci szansę na rozwój, a inwestorzy, od których ten rozwój w dużej mierze zależy, tracą miliony złotych i zrażają się do miasta, i kraju.

Niestety, warszawscy politycy jak ognia unikają publicznego bronienia interesów deweloperów, bo nie jest to popularne. Sami deweloperzy intensywnie pracowali przez dwie dekady na to, by w każdej sprawie być pierwszym podejrzanym. Boję się, że burmistrz może się zacząć szybko wycofywać ze swojej spontanicznej reakcji na dzisiejszą decyzję sądu, ale cieszę się, że miała miejsce.


Artykuł opublikowany także w portalu tvnwarszawa.pl
Zdjęcie: materiały inwestora

17 czerwca 2010

Ostateczny projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Rano na kawę, w dzień do biblioteki, a wieczorem na wystawę, przedstawienie lub koncert będzie można przyjść do gmachu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Teatru Rozmaitości przy placu Defilad. Christian Kerez przedstawił ostateczny projekt budynku.

- Budynek całkowicie zmieni to miejsce. Będzie je ożywiał przez całą dobę - zapowiadają wspólnie jego przyszli użytkownicy. Muzeum i teatr wprowadzą się na plac Defilad w 2014 roku. W czwartek, na XXX piętrze Pałacu Kultury zaprezentowano projekt ich przyszłej siedziby. Czym różni się od konkursowej koncepcji, którą poznaliśmy bez mała 3,5 roku temu?

Muzeum razem z teatrem

Po pierwsze, budynek będzie miał dwa, a nie - jak wcześniej zakładano - trzy piętra. Dwa kolejne - z parkingiem, magazynami i rampą rozładunkową - znajdą się pod ziemią. Elewacja, choć wciąż niezwykle prosta i oszczędna, zyskała charakterystyczne łuki łagodnie schodzące do ziemi, a charakterystyczne fale na dachu zmieniły kierunek o 90 stopni. - Z początkowej koncepcji pozostała potężna sylwetka budynku i przeszklony parter, który będzie otwarty ze wszystkich stron - przypomina Kerez.

Ten parter ma się stać centrum życia kulturalnego Warszawy. Od strony nowego, mniejszego ale wciąż potężnego placu Defilad pojawi kawiarnia z ogródkami. Tu będzie też jedno z wejść do głównego holu muzeum. Ale do wnętrza budynku dostać będzie się można z każdej strony. Wspólna przestrzeń połączy muzeum z teatrem, który zajmie północną część budynku, od strony parku Świętokrzyskiego.

Teatr Rozmaitości dostanie do swojej dyspozycji dwie sceny. - To będzie nowoczesna, bardzo elastyczna przestrzeń, którą będzie można dostosować do potrzeb każdego przedstawienia. Jedynym ograniczeniem będzie wyobraźnia reżysera i scenografa - cieszy się Tomasz Janowski z Teatru Rozmaitości.

Na parterze będą też audytoria i sala koncertowa. Z holu, szerokimi schodami wejdziemy na pierwsze piętro, wprost do największej sali muzeum. O tym, jak wielka będzie to przestrzeń przekonują nowe wizualizacje - na jednej z nich widać m.in. gigantyczne pająki Louise Bourgeois, pracę Magdaleny Abakanowicz, a także wagon kolejowy, szkielet wieloryba i myśliwiec F 16 (to aluzje do prac Roberta Kuśmirowskiego, Gabriela Orozco i Christopha Büechela). - Na wizualizacji są rzeczywiście po to, by pokazać, jakie możliwości stworzy muzeum to niezwykłe wnętrze - mówi dyrektor MSN Joanna Mytkowska.

Pozostałą część górnej kondygnacji wypełnią mniejsza pomieszczenia wystawiennicze oraz część edukacyjna z biblioteką, z której będzie się roztaczać widok na plac Defilad. - Chcemy, by ten budynek stał się centrum kultury. Miejscem, które będzie przyciągało warszawiaków - tłumaczy Mytkowska. Na nowych wizualizacjach widać, że wciąganiu widzów do wnętrza budynku sprzyjać będą podcienie parteru. Skalą przypominające podcienie Domów Towarowych Centrum stworzą też nową pierzeję ulicy Marszałkowskiej.

Architekt poszedł na kompromisy

- Plac Defilad zrobił na mnie ogromne wrażenie. 10 tysięcy metrów wolnej przestrzeni w centrum miasta, to nie zdarza się często - wspomina Kerez. - Chciałem stworzyć budynek, który będzie mocny akcentem, ale zarazem zachowa skalę placu. Dlatego postanowiłem przenieść ekspozycję wyżej, a parter ukształtować tak, by pozostał zadaszonym przedłużeniem placu - tłumaczy. I dodaje, że końcowy projekt bardzo mu się podoba: - Współpraca z Warszawą była trudna, ale twórcza. Trudności przy tak dużym projekcie to nic nadzwyczajnego.

Zapytany, czy chciałby tu jeszcze coś projektować odpowiada dyplomatycznie: - Na razie całą uwagę skupiam na projekcie muzeum. To ogromne wyzwanie i być może jedyna szansa w moim życiu na zbudowanie czegoś tak dużego i tak ważnego - mówi architekt.

Kerez poszedł na jeszcze jeden kompromis. Choć nie lubi wizualizacji, a pracować woli na modelach, na potrzeby czwartkowej prezentacji przygotował nawet animacje. Podkreślona zieleń parku Świętokrzyskiego, przeszklone i rozświetlone partery i spektakularne wnętrza oswajają wizerunek zimnej budowli, który dominował na wcześniejszych obrazkach.

3 lata budowy

Budynek ma być gotowy w 2014 roku. Inwestor - Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta - musi teraz wystąpić o pozwolenie na budowę, a z wydanym dokumentem będzie mógł ogłosić przetarg na wykonawcę. - Mam nadzieję, że uda się go rozstrzygnąć na przełomie 2011 i 2012 roku. Wtedy budowa mogłaby się zacząć zaraz po zakończeniu Euro 2012 - planuje Paweł Barański, szef SZRM.

Nie wiadomo natomiast, ile będzie kosztować muzeum. - Na pewno więcej, niż zakładaliśmy początkowo - przyznają urzędnicy. Na czwartkowej konferencji minister kultury Bogdan Zdrojewski zapewnił jednak, że pieniędzy nie zabraknie. - Ten projekt to element nadrabiania 60-letnich za zaległości wobec często lekceważonej sztuki współczesnej - podkreślił.



Udało się! Po 3,5 roku negocjacji i prac projektowych mamy wreszcie ostateczną wizję Muzeum Sztuki Nowoczesnej. A właściwie Centrum Sztuki Współczesnej, jak uparcie miasto nazywa budynek, w którym znajdą się dwie instytucje: MSN i Teatr Rozmaitości.

Mniejsza o zabiegi formalne - ważniejsze jest to, że udało się ten projekt doprowadzić do końca, choć po drodze nie brakowało momentów, w których wydawało się, że zabraknie woli i determinacji. Nie zabrakło, a MSN zdążyło już kilka razy udowodniło, że jest instytucją potrzebną temu miastu i że potrafi przyciągnąć do siebie masową publiczność. Utrącenie tej inwestycji zabiłoby także instytucję.

Sam budynek zmienił się znacznie. W moim odczuciu są to zmiany na lepsze. Bryła zachowuje wszystkie atuty pierwotnej koncepcji - prostotę i wynikająca z brutalnej estetyki siłę pozwalającą jej mierzyć się z sąsiadem w postaci PKiN. Zachowała też lekkość, którą bardzo słabo pokazywały pierwsze wizualizacje, a którą widać dobrze na nowych, poprawionych, kolorowych, tak mocno kontrastujących ze stylem Kereza. Jednocześnie budynek zyskał ciekawy program funkcjonalny z mocnym akcentem formalnym na początku (schody prowadzące do katedralnej sali przez wąską szparę w podłodze). Do tego transparentne i niemal delikatne powiązanie budynku z otoczeniem, ciekawa gra naturalnego światła, a wewnątrz biblioteka, księgarnia, kawiarnia i teatr. To naprawdę może być żywe miejsce. No i te łuki, jakby znajome, kojarzące się z dworcem Centralnym, ikoniczne, warszawskie...

Czekając na początek konferencji stałem na schodach PKiN i zastanawiałem się, gdzie tu można pójść na kawę. Szkoda, że najbardziej oczywista odpowiedź będzie prawdziwa dopiero za cztery lata, ale patrząc na resztki hali KDT i wizualizacje MSN nie sposób się nie cieszyć.


Więcej na ten temat:

Artykuł opublikowany także w portalu tvnwarszawa.pl
Zdjęcia: Muzeum Sztuki Nowoczesnej

15 czerwca 2010

Warszawskie archikłótnie

Przed dawnym pawilonem kasowym dworca Warszawa Powiśle odbyła się dziś pierwsza "Archigadanina". Dziękując organizatorom za zaproszenie do udziału w dyskusji zamieszczam tekst, który miał być podstawą mojego wystąpienia, które ostatecznie poszło trochę obok.

Im dłużej zajmuję się archipisaniem, tym głębiej sięgam do historii miasta i z tym większym zdziwieniem odkrywam, że spory toczone dziś niewiele różnią się od tych sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Podobieństwo dyskusji o ochronie konserwatorskiej Pałacu Kultury do kwestii rozbiórki soboru na placu Saskim jest bodaj najbardziej wymownym przykładem - zmieniają się miejsca i budynki, ale problemy i argumenty pozostają te same.

Nie jest to rzecz charakterystyczna wyłącznie dla Warszawy - podobnych do siebie debat o kontrowersyjnych decyzjach, wielkich planach i łamiących schematy budynkach toczy się na świecie mnóstwo. Protestów, oskarżeń, mocnych słów i emocji nie brakuje nigdzie.

Z drugiej strony, architektura stolicy prowokuje do dyskusji w sposób wyjątkowy. Jak w każdym mieście, jest ona wypadkową mód, stylów, ekonomicznych możliwości i historycznych okoliczności. Tyle że tu okoliczności były niezwykle dramatyczne i pozostawiły na planie miasta ślady tak szokujące, wyrwy tak bolesne i blizny tak głębokie, że nie trzeba specjalnej spostrzegawczości, dużej wrażliwości ani fachowej wiedzy, by dostrzec, że na każdym kroku coś nie gra.

Łatwo to wypunktować, więc łatwo narzekać, że jest brzydko; że coś gdzieś nie pasuje. Przynajmniej w opinii ekspertów, którzy "choć trochę znają się na architekturze". To z kolei staje się pretekstem do kłótni - najlepiej na internetowym forum, szybko zredukowanej do sporu między "miejscowymi" i "przyjezdnymi". Stąd już tylko krok do awantury, choćby o to, z czyich cegieł miasto odbudowano. I archigadanie szybko zmienia się w naszą ulubioną rozrywkę - (archi)kłótnię. Obawiam się, że o architekturze gada się dużo, bo to po prostu dobry pretekst.

Czy sprzyja to rozwojowi architektonicznemu miasta? Gdyby wziąć na warsztat otoczenie Pałacu Kultury, z całą pewnością można stwierdzić, że gadanie nie ma żadnego związku z rozwojem. Wydrukowanymi na kartkach A4 głosami w  sporze o to miejsce można by co najwyżej pokryć cały plac. I oto mamy kolejny projekt dla tego miejsca, który nigdy nie będzie zrealizowany.

Archigadanie przeradzające się w archikłótnie nie jest jednak całkiem jałowe. I nie chodzi tylko o to, że gdyby nie 20 lat sporów o plac Defilad moglibyśmy nie mieć okazji spotkać się w tak zacnym towarzystwie, kilka karier dziennikarskich nie miałoby takiego startu, a kilka urzędniczych - takiego końca. Nie powstałaby też pewnie co najmniej jedna praca doktorska i co najmniej jedno stowarzyszenie dbające o rozwój Warszawy. Chodzi o coś innego.

Sam w archigadanie zaangażowałem się dość przypadkowo - po prostu w którymś momencie zostałem "rzucony" na nieruchomościowy odcinek dziennikarskiego frontu, który wydawał mi się zresztą wtedy niezbyt ciekawy. Zbiegło się to jednak w czasie z inwestycyjnym boomem, więc pracy nie brakowało i dość szybko przekonałem się, że w sporach o architekturę bardzo często odbijają się znacznie szersze, strukturalne i instytucjonalne problemy zarządzania miastem i planowania, nie tylko przestrzennego. Archigadanie zmusza nas do mierzenia się z tymi problemami i pogłębiania fachowej wiedzy, która - mam nadzieję - z czasem pozwoli nam znaleźć rozwiązania. To wydaje mi się znacznie ważniejsze w archigadaniu od kłótni o to, że jakiś budynek przypomina komuś supermarket.

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.