Instagram

12 września 2008

Siedem lat dziennikarstwa z internetem w tle

Marta Klimowicz w krótkim tekście poświęconym dziennikarstwu obywatelskiemu stawia pytania dotyczące relacji między rodzimą blogosferą, a mediami tradycyjnymi:

Czy dziennikarstwo obywatelskie w Polsce doczeka się dnia, kiedy niusy od internautów czy wpisy blogerów będą traktowane z co najmniej taką samą powagą, jak doniesienia największych telewizji? Trudno powiedzieć. Chciałabym jednak wierzyć, że polskim dziennikarzom obywatelskim uda się choć jeden raz przełamać monopol mediów tradycyjnych i faktycznie móc tworzyć opinie, wpływać na rozwój sytuacji społecznej (choćby w małej społeczności lokalnej) i informować szybciej oraz na wyższym poziomie, niż czynią to opłacani dziennikarze.
Jako osoba wykonująca zawód dziennikarza, pisząca bloga związanego tematycznie - przynajmniej częściowo - z pracą i śledząca uważnie różne miejsca w polskiej blogosferze nie jestem wprawdzie reprezentatywny, ale i tak poczułem się wywołany do tablicy.

Marta - a przed nią, na łamach "Dziennika" także inni bloggerzy (pozostałe linki poniżej) - zdaje się sugerować, że przyczyną niewielkiej siły przebicia blogerów do mainstreamowych mediów jest lekceważenie dobrze opłaconych, zadowolonych z siebie dziennikarzy z gazet i telewizji wobec wysiłków autorów "skazanych" na sieć. Nie zgadzam się z tym, choć nie zamierzam wcale bronić kolegów po fachu. Owszem, lekceważą. Ale przyczyną nie jest ignorancja, tylko specyficzna odmiana cyfrowego wykluczenia. Nie chcę przy tym nadużywać tego terminu - stosuję je, by skierować skojarzenia na właściwe tory.

Blogerzy - przy czym nie mam na myśli wszystkich, a raczej tylko tych, o których pisze Marta, czyli takich, którzy na swoich blogach piszą często lepiej, mądrzej i rzetelniej od zawodowców - to w przeważającej większości ludzie stosunkowo młodzi; średnia wieku jest wśród nich na pewno znacznie niższa, niż w jakiejkolwiek tradycyjnej redakcji (wyłączam portale, nawet te podpięte pod tradycyjne media, jak gazeta.pl czy tvn24.pl - tu średnia też jest niższa). W redakcjach wciąż dominują ludzie, którzy traktują internet raczej narzędziowo, niż źródłowo.

To znaczy mniej więcej tyle, że umieją wysłać maila i ewentualnie przeczytać wiadomości w sieci, ale już ze znalezieniem sensownej informacji mają problem. Z naciskiem na słowo "sensowna". Owszem, umieją skorzystać z Google, rzadziej z Wikipedii i na tym koniec. Dalej od tych - znanych im raczej jako marki i to bardziej z łam tradycyjnych mediów, niż z własnego doświadczenia - utartych szlaków stają się bezradni.

Nie zliczę, ile razy widziałem opad szczęki starszych stażem i wiekiem kolegów, gdy sprawdzałem im coś na Google Maps. Poza kilkoma osobami, które sam zaraziłem Gmailem, potem Google Readerem i Google Docs, nie spotkałem się właściwie w pracy z ludźmi, którzy umieliby skorzystać z czytnika RSS (zresztą często, nawet gdyby chcieli, to by nie mogli, bo ich redakcja nie pozwala instalować softu czy choćby pluginów do FF). Szczytem jest umiejętność wysłania maila ze smarfonu, a w większych firmach, pod instytucjonalnym przymusem, korzystanie z kalendarza umożliwiającego umawianie spotkań itp.

O takich narzędziach, jak serwis Google Finance w ogóle nie słyszała większość redaktorów gazet ekonomicznych w Polsce. Podobnie, jak nie spotkałem się z dziennikarzem, który stosuje wprost wymarzone w naszym zawodzie Google Alerts. A wnioskuję z faktu, że wygrzebane tam przez nas (mnie i zarażonych kolegów) z ich pomocą newsy były dla nich absolutnym zaskoczeniem. Ba, większość moich kolegów nie korzysta nawet z zakładek! Nie dodają nic do ulubionych!

A przecież, by korzystać z RSS-ów (czy w inny sposób obcować z blogosferą) trzeba jeszcze umieć sobie do nich coś dodać. Umieć nie tylko w sensie technicznym, ale przede wszystkim merytorycznym. Z gąszczu blogów i blogasków trzeba wyłowić to, co jest warte uwagi, wyrobić sobie intuicję, która pozwoli ominąć linki nie warte uwagi, a trafić na to, co jest ważne. Wielu z nich czyta wiadomości na portalu tak, jak w papierowej gazecie, a poza tym z internetowego potoku informacji wyłapać umie tylko jedno - ataki na siebie. Te są bowiem czytelne i formułowane wprost; by zrozumieć, że ktoś jest dla Ciebie chamski nie trzeba żadnej dodatkowej kompetencji.

Przyczyny tego stanu są jednak bardziej złożone, niźli tylko zwyczajna ignorancja. Pierwszą już poniekąd wymieniłem - jeśli z całej masy informacji dostarczanych przez okno przeglądarki najlepiej rozpoznaje się bluzgi pod adresem własnej pracy, można sobie po prostu dość szybko wyrobić o internecie jednoznacznie negatywne zdanie i to nawet, jeśli się wie, że ma on inną stronę. Niektórym - także w mediach - wydaje się po prostu, że skoro w sieci jest tak, jak jest (a stykają się z nią właśnie od tej strony - komentarzy pod swoimi tekstami), to nie muszą się w nią zagłębiać; "niech inni to robią, ja sobie dam radę bez internetu". To trochę tak, jak z tabloidami - większość poważnych ludzi, wśród nich dziennikarze, się nimi brzydzi, nawet jeśli ma świadomość, że czasami trafiają one na grube afery i mają rację w ich piętnowaniu.

Kolejna przyczyna też wiąże się z "komentarzami pod moim tekstem" - dla dziennikarzy wychowanych w przedinternetowych czasach sieć to nic ponad rubryka "listy od czytelników". Można je czasem wydrukować, znaleźć między nimi ciekawy temat, może nawet newsowy, ale prędzej interwencyjny.

Patrząc na to szerzej - gdy dzisiejsi blogerzy stawiali swoje pierwsze kroki w usenecie czy później na forach dyskusyjnych i uczyli się odróżniać trolla od sensownego oponenta, ci którzy dziś robią tradycyjne media dawno już w nich byli i doskonale radzili sobie zarówno bez wszystkich tych narzędzi, jak i bez źródeł, jakimi mogłyby być blogi. I ta możliwość nie bardzo ma się jak przebić do ich świadomości. No bo którędy, skoro na temat blogosfery wiedzą tyle, co przeczytali we własnej gazecie? Doskonale pokazał to fenomen Naszej Klasy, który w tradycyjnych mediach był opisywany bez zrozumienia, częściej zaś służył jako pretekst do pisania sensacyjnych artykułów.

Tu jednak docieramy do innego problemu - jakości rodzimych mediów jako takich oraz ich postępującej tabloidyzacji. Nie chcę tego wątku rozwijać, choć związek jest oczywiście bardzo silny. Spuentować chcę inaczej.

Zmieniłem ostatnio pracę. Porzuciłem tradycyjną prasę i zajmuję się stroną internetową kanału telewizyjnego TVN Warszawa. Nie, nie wiem kiedy rusza ;) Pracuję z bardzo młodym zespołem, co ma swoje plusy i ma minusy. Pocieszające jest to, że pośród nich są tacy, którzy wiedzą, co to RSS. Choć obawiam się, że gdy przyjdzie im decydować o tym, co jest wartościowym źródłem, to kolejne pokolenie użytkowników będzie się już dawno wyrażać w innej formie i narzekać, że ci tetrycy z czasów web2.0 ich nie kumają.

"Dziennika" debata o blogach:
Inni na ten temat:


PS: A skoro już tyle osobistych wstawek, to chciałem o jednym zbiegu okoliczności. Marta pisze, że dziennikarstwo obywatelskie zaczęło się rozwijać po 9.11.2001. Jeśli tak, to mnie zbliża do blogerów - moja przygoda z dziennikarstwem newsowym zaczęła się właśnie wtedy. Stażowałem wtedy w dwutygodniku "Viva!", który oczywiście dzień po ataku na WTC zaczął szykować specjalne wydanie. Trzeba je było przygotować w tempie, które zwykle w tej redakcji było niespotykane. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy, jak pracuje się w prawdziwej redakcji i muszę przyznać, że mi się to spodobało. A że mój staż w "Vivie!" upływał głównie na pisaniu na forach dyskusyjnych, to można powiedzieć, że byłem jednym z tych początkujących obywatelskich dziennikarzy, którym się udało przebić :)

6 komentarzy:

  1. Z tym internetem w Polsce to jest tak.... że mało który starszy człowiek potrafi się przyznać,że go nie ogarnia. Że jest za trudny w pierwszym podejściu i trzeba się gówniarzy pytać o wszystko. Kto schował dumę do kieszeni i się wypytał, czy to na forach, czy to na gg, czy gdziekolwiek - jest do przodu. Niezależnie od zawodu. Dziennikarze mają o tyle w plecy,że internet jest równoważnym medium w porównaniu do prasy czy telewizji. Niedotrzeganie jego potencjału to wielki błąd.
    Mimo wszystko jestem optymistką. Wymieni się pokolenie i za parę lat to my nie będziemy nadążać za młodzikami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli stan wiedzy dziennikarzy o wyszukiwaniu informacji za pomocą netu ma się zatrzymywać po etapie "wpisz coś tam w Google" to faktycznie niewesoło.

    Wydawało mi się, że w redakcjach czytnik RSS ustawiony na wszystkim co jest związane z ich obszarem to podstawa. No to się chyba myliłem. Choć to pewnie nie wina dziennikarzy, tylko to kierownictwu redakcji powinno zależeć na podnoszeniu wiedzy pracowników w takich zagadnieniach.

    Ale z drugiej strony mam wrażenie, że niektórzy dziennikarze wykorzystują informacje z blogów (jak już na nie trafią), choć się do tego nie przyznają. Jest opinia, że bywają niewiarygodne w dostarczaniu informacji/opinii (tu mam na myśli te z obszaru polityki), nie wiadomo "kto za nimi stoi", więc lepiej trzymać się z daleka. Oficjalnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. @pretm:

    Z tymi czytnikami wiąże się inny problem. Redakcje są zwykle częściami wielkich firm, gdzie IT działa w skali całości i na co dzień boryka się np. z tym, że większość ludzi wciąż z dużym trudem korzysta z poczty i edytora tekstów.

    Dla takiego IT wprowadzenie na listę wspieranych programów czytnika RSS (jednego - a przecież każdy z nas ma swój ulubiony, już skonfigurowany, chciałby go może zsynchronizować nawet...) to dodatkowe zajęcie itd. Im nie zależy, od dołu presji nie ma, więc nikt nikogo nie przeszkoli.

    Zresztą szkolenia w takich firmach sprowadzają się do tłumaczenia, że z komputera trzeba się wylogować, a hasła nie wolno zapisywać na żółtej karteczce przyklejonej do monitora.

    Gdzie w firmie, która musi to powtarzać wieloletnim pracownikom miejsce na konfigurowanie RSS-ów? Naprawdę - same szkolenia z programów pocztowych są wystarczającym obciążeniem.

    Co do podprowadzania treści z blogów - to się niestety zdarza, a jeśli dziennikarz się nawet powoła, to mu redaktor wytnie przy skracaniu, bo to dla niego jakiś niezrozumiały dziwoląg.

    No i wreszcie problem "kto za tym stoi" - istotnie, dominuje u nas przeświadczenie, że bloggerzy to nie zwykli ludzie tropiący jakąś sprawę, tylko coś między mutantami a kosmitami, do końca nie wiadomo co, lepiej nie tykać ;)

    W Twoim przypadku zarzutem, który słyszałem kilkukrotnie był ten, że nie jesteś bezstronny. Osobiście zawsze uważałem, że lepszy jest dziennikarz - a wyniosłem to przekonanie ze studiów, gdzie podobnie mówiłem o bezstronności socjologa - który jasno odsłania swoje poglądy, niż ten, który je chowa by tylko udawać bezstronność. A to, że na swoim blogu często odwalasz robotę, której dziennikarze zwyczajnie nie mają czasu zrobić (wyszukiwanie cytatów sprzed wielu miesięcy, śledzenie drobnych zmian w dokumentach - szacunek!) niestety nikogo nie przekonuje.

    OdpowiedzUsuń
  4. @roody102

    @ RSS w redakcjach.

    Rozumiem, że działy IT w sposób naturalny mogą tworzyć bariery (co by informacje wypływały a supportu było jak najmniej), ale to raczej kwestia organizacyjna tzn. wiedzy ludzi którzy zarządzają całym bałaganem o tym jakie narzędzia mogą pomóc dziennikarzom i są w stanie zapewnić im wsparcie.

    Niekoniecznie od razu formalne szkolenia, ale choćby znalezienie w redakcji kogoś kto pokazałby szerszemu gronu "jak to się robi" z tym 2.0.

    Jeżeli podejście góry jest "a po co", IT "nie da się" a reszty "o co chodzi" to nieciekawie musi być w redakcjach. Oczywiście mam na myśli fazę zbierania informacji, bo reszty net za zawodowego dziennikarza nie załatwi.

    @ Bezstronność, czyli kilka uwag.

    Nie wierzę, że istnieje coś takiego jak 100%, święta bezstronność. Szczególnie przy blogach politycznych. Najważniejsze jest aby pisząc bazować na podstawie faktów, które można udokumentować/podlinkować. Oczywiście sam dobór faktów może wskazywać, że ktoś kogoś lubi bardziej lub mniej, ale w przypadku blogów zaraz każdy czytający może to skomentować i rozpocząć dyskusję. Weryfikacja wiarygodności jest szybka.

    Za to brak bezstronności, brak obiektywizmu jest często używany jako argument, który ma zamknąć dyskusje nad przedstawianymi informacjami.

    Skoro użyłeś mojego przykładu to napiszę tylko, że w moim wypadku staram się trzymać równowagę np. zamieszczając fragmenty i odnośniki do wywiadów z HGW (na stronach miasta tego nie robią, choć kto wie jak pojawi się nowa strona), prezentacje i dokumenty Ratusza (np. z podsumowań pierwszego roku) a w notkach często jest głos Ratusza. Nie oczekuje, że za to otrzymam pochwały i nagrodę w kategorii "Bezstronność roku", bo nadal jest tam przewaga tekstów krytycznych. Ale gdybym był biuletynem partyjnym to nie starałbym się nawet tego robić.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ pretm:

    Niekoniecznie od razu formalne szkolenia, ale choćby znalezienie w redakcji kogoś kto pokazałby szerszemu gronu "jak to się robi" z tym 2.0.

    Staram się upowszechniać te narzędzia, ale tak, jak powiedziałem - to jest kwestia kompetencji kulturowej, a nie czysto technicznych umiejętności. Nie da się kogoś nauczyć rozpoznawać warte uwagi blogi i odróżniać je od chłamu ani na szkoleniu, ani pokazując je między jednym a drugim zajęciem.

    Jeżeli podejście góry jest "a po co", IT "nie da się" a reszty "o co chodzi" to nieciekawie musi być w redakcjach.

    Ale to nie jest domena redakcji - tak jest w każdej firmie, w każdym dziale IT.

    Skoro użyłeś mojego przykładu to napiszę tylko, że w moim wypadku staram się trzymać równowagę np. zamieszczając fragmenty i odnośniki do wywiadów z HGW (na stronach miasta tego nie robią, choć kto wie jak pojawi się nowa strona), prezentacje i dokumenty Ratusza (np. z podsumowań pierwszego roku) a w notkach często jest głos Ratusza. Nie oczekuje, że za to otrzymam pochwały i nagrodę w kategorii "Bezstronność roku", bo nadal jest tam przewaga tekstów krytycznych. Ale gdybym był biuletynem partyjnym to nie starałbym się nawet tego robić.

    Dlatego ja, choć często się z Tobą nie zgadzam i uważam, że czasem czepiasz się na wyrost (vide: wykpiwanie udziału HGW w festynach czy przecinaniu wstęg), o Twoim blogu zawsze wyrażam się z szacunkiem i podaję go jako znakomity przykład dziennikarstwa obywatelskiego. Nie publicystyki, tylko właśnie dziennikarstwa - w odróżnieniu od bloggerów ograniczających się do pisania komentarzy politycznych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z opóźnieniem, ale jeszcze jedna uwaga.

    RE: "bloggerów ograniczających się do pisania komentarzy politycznych."

    No cóż polska blogosfera (ponownie ta polityczna) to głównie komentarz i publicystyka. Do wzorców amerykańskich, gdzie pojawiają się newsy a debata ma wpływ na mainstreamowe media jeszcze daleko.

    PS Dzięki za dobre słowo w ostatnim akapicie.

    OdpowiedzUsuń

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.