Instagram

22 września 2008

Filmy o wojnie w Iraku

Obejrzałem w ostatnich tygodniach kilka filmów i seriali dotyczących wojny w Iraku. Wniosek jest niestety dość smutny - popkultura nie umie sobie póki co poradzić z jej realiami.

Od razu podkreślę, że nacisk kładę tu na słowo popkultura. Nie wykluczam, że gdzieś w nurcie kina niezależnego czy między dokumentami zdarzył się film ciekawy i mądry, który do tematu coś wnosi. Choć sam na taki nie trafiłem.

Duże nadzieje wiązałem z "Redacted" Briana de Palmy. Niestety, film okazał się tak słaby, że pisząc tę notkę miałem spory problem z przypomnieniem sobie jego tytułu. Choć jedno trzeba mu przyznać - jako jedyny zmierzył się wprost z problemem przemocy w wykonaniu Amerykanów - opowiada bowiem o tym, jak grupa żołnierzy gwałci iracką dziewczynę. Pokazuje też kilka innych brutalnych scen znanych dobrze uczestnikom tej wojny, ale do żadnych przemyśleń to nie prowadzi. Banał, w dodatku nakręcony w pseudoamatorskiej czy też paradokumentalnej konwencji, która niestety daje efekt odwrotny do zamierzonego. Film wygląda po prostu kiepsko.

Dla odmiany najlepiej z tych, które widziałem, wygląda ośmiodcinkowy serial "Generation Kill" wyprodukowany przez HBO. To opowwieść o niewielkim oddziale marines poruszających się hummerami po irackich drogach i bezdrożach na samej szpicy inwazji. Kto jednak oczekiwałby, że HBO powtórzyło tu znakomitą "Kompanię braci" w innych nieco realiach, ten się zawiedzie. Ani postaci nie są tak barwne ani tak wiarygodne, ani film nie jest zrobiony z takim rozmachem. Ale mimo znacznie skromniejszych środków nie wygląda teatralnie, jak propozycja de Palmy. Ratuje go przyzwoite aktorstwo. No i na pewno nie zawiedzie miłośników militariów - dużo szczegółów, dużo żargonu, dużo sprzętu. Ale mało treści. Choć i tu pojawia się problem moralny; cywilne ofiary błędów dowódców i porywczego temperamentu. Trudno jednak powiedzieć, by film ten stawiał tu jakąś ostrą tezę, czy też z czymś się rozprawiał. Nawet jeśli chłopcy nie są idealni, to nikt nie śmie krytykować bohaterów.

Cechą wspólną tego filmu i nieco starszego "Jarhead" jest muzyka, czyli próba opowiedzenia o wojnie z pomocą przebojów, czyli sposób, w jaki udawało się ponieść niektóre filmy o wojnie w Wietnamie. Z tym, że "Jarhead" się tu całkiem nieźle mierzy z tym popkulturowym mitem - jeden z bohaterów wyrzuca tam w pewnym momencie z siebie złość, że nawet piosenek nie mają własnych, tylko nucą te z filmów o Wietnamie właśnie (pisałem o tym już kiedyś). Czujne.

W "Generation Kill" ten ciekawy aspekt realacji między kulturą masową, a aktualnie toczącą się wojną został zredukowany do wspólnego nucenia całkiem współczesnych przebojów.

Ostatni film, który do całej sprawy podchodzi od zupełnie innej strony, to wspólna produkcja BBC i HBO - czteroodcinkowa biografia "House of Saddam". Dwie stojące za tą produkcją firmy zdawały się gwarantem jakości i poziomu. I znów zawód - aktorstwo mizerne, odtwórca głównej roli rozkręcił się właściwie dopiero w ostatnim odcinku pokazującym to, co za pewnie najbardziej interesowało zachodnią publiczność, czyli upadek dyktatora. Wcześniej grał dosłownie na jednej minie i śmiesznym zabiegu mówienia po angielsku z arabskim akcentem (ta fatalna praktyka akurat w tym filmie się całkiem dobrze sprawdziła - aktorom udało się to na swój sposób wygrać). Niestety, położono scenariusz - biografia Saddama nie wychodzi tu poza poziom biograficznej notki, nie ma tu niczego, czego by przez ostatnich pięć lat nie napisano i nie powiedziano milion razy. Jakoś nie mogę uwierzyć, że z biografii tego człowieka nie dało się wycisnąć większej dramaturgii.



Zastanawiam się, w czym problem. Wracam myślami do "Kompanii braci" i poza budżetem widzę jedną zasadniczą różnicę - od obrazów pokazujących II wojnę światową nie oczekujemy trudnych moralnych pytań ani dwuznacznych bohaterów. Owszem, takie filmy się zdarzają, ale zasadniczo wiemy, kto tu jest dobry, a kto zły, więc sprawa jest jasna. Zastanawiam się wszak przy tej okazji, co by było, gdyby realia tamtej wojny amerykańskie media relacjonowały mając do dyspozycji dzisiejsze możliwości - czy też byłaby dla współczesnych taka jednoznaczna? Czy w ogóle była?

No ale przecież jest Wietnam - wojna znacznie bardziej kontrowersyjna od irackiej, wojna, która odcisnęła się na Ameryce tak ogromnym piętnem. A jednak z nią popkultura umiała sobie poradzić i umiała opowiedzieć o niej - czy też na jej przykładzie - coś nowego, wartego uwagi, nawet jeśli nie był to głos w sporze o sens samej wojny. Wojna w Iraku wydaje się z tej perspektywy nawet jeszcze bardziej płodna, bo przecież już dziś mamy sporą wiedzę o tym, jak była prowadzona. Wiedzę wystarczającą do tego, by filmowcy się z nią mierzyli. Czemu więc na temat tej wojny powstają tak słabe produkcje?

5 komentarzy:

  1. widziałem parę odcinków serialu "over there", robiła to ekipa od "nowojorskich gliniarzy" chyba.
    podobał mi się.
    trudno o fajerwerki bo sama misja jest... niewyraźna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zobaczyłem. Recenzja wskoczy rano :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Battle of Haditha" - również o wojnie w Iraku

    OdpowiedzUsuń
  4. American Soliders tez polecam :]

    OdpowiedzUsuń

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.