Instagram

30 września 2008

Rewitalizacja fortu Sokolnickiego

Po latach debat i mglistych zapowiedzi mamy wreszcie projekt centrum kultury w żoliborskim Forcie Sokolnickiego - dowiedział się TVN Warszawa. To pierwsza z licznych warszawskich fortyfikacji, która doczeka się kompleksowego remontu za publiczne pieniądze.

Projekt powstał na deskach kreślarskich pracowni Barysz Point Line z Tychów. Zakłada kompleksową rewitalizację obiektu, który na tle innych stołecznych fortów i tak trzyma się nieźle - jest ciągle użytkowany i wciąż nadaje się do remontu, a nie do rozbiórki. Inwestycja nie będzie jednak tania - rewitalizacja i przekrycie dziedzińca dachem pochłoną kwotę 18 milionów złotych. Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta czeka z ogłoszeniem przetargu na wykonanie inwestycji tylko na pozwolenie na budowę. Projekt zyskał właśnie aprobatę stołecznego konserwatora zabytków.

Fort Michała Sokolnickiego (pierwotnie Siergieja) powstał w połowie XIX w. i był elementem pierwszego pierścienia fortyfikacji wokół carskiej Cytadeli. W czasie Powstania Warszawskiego działał w nim szpital polowy, po wojnie zaś stał się wojskowym magazynem. Część pomieszczeń wynajmowano, ale całość powoli popadała w ruinę.

Położony w parku Żeromskiego, w samym sercu Żoliborza budynek zmieni się teraz w centrum kulturalne z prawdziwego zdarzenia. Spora w tym zasługa władz dzielnicy, które konsekwentnie walczyły o to, by miasto kupiło obiekt od Agencji Mienia Wojskowego, co nastąpiło w 2003 roku. Miejsce jest zresztą od lat związane z kulturą - działa tu m.in. fundacja prowadząca zajęcia plastyczne dla dzieci.

Co znajdzie się w forcie po remoncie? Wnętrze zachowa podział na 15 części. W jednej z nich wygospodarowane zostanie miejsce na węzeł sanitarny, a w kolejnych m.in. na niewielką salę koncertową i trochę większą - teatralną oraz kawiarnie, pracownie artystyczne i moduły, których funkcja będzie się zmieniać w zależności od potrzeb. Przy okazji wyremontowane - i przerobione na lokale użytkowe - zostaną dwie sąsiadujące z fortem prochownie.

Projekt zakłada przywrócenie świetności ceglanym murom bez ingerowania i wprowadzania nowej substancji. Jedyną wyraźną nowością będzie lekki dach nad okrągłym dziedzińcem, oparty na stalowej konstrukcji. Z dachu fortu nie zniknie warstwa ziemi. Po zewnętrznej stronie murów, od strony parku Żeromskiego, odsłonięta zostanie natomiast kaponiera znajdująca się na osi budynku. W prochowniach nowością będą jedynie przeszklenia otworów okiennych.

W sumie da to bez mała dwa tysiące metrów kwadratowych powierzchni, nie licząc dwóch stumetrowych prochowni - wszystko w klimatycznych, starych murach, kilkaset metrów od stacji metra Plac Wilsona. Powierzchnia restauracyjna, wystawiennicza i sale widowiskowe - słowem infrastruktura, na jaką Żoliborz czeka od wielu lat.

-----{ edit 01.10.2008, 13:42 }-----

Poprawka: prace mają kosztować 16,5 miliona złotych, a zakończenie planowane jest w połowie 2010 roku.

mwap / roody


wizualizacje: Barysz Point Line / dzielnica Żoliborz,
artykuł powstał we współpracy ze stacją i portalem TVN Warszawa

29 września 2008

Obsesja

Ulica, przy której mieszkam - Karola Szymanowskiego - z dwóch składa się jezdni. Dzień w dzień - a raczej noc w noc - krąży tymi dwoma jezdniami w tę i w drugię stronę polewaczka. Obsesyjnie myje trzystumetrową ulicę, która wcale nie robi się od tego czystsza. Gdy tylko umyśliłem sobie zrobić jej zdjęcie, zniknęła na kilka tygodni (albo też mnie nie było w domu, wtedy gdy się pojawaiała). Zwykle jednak przejeżdża pod oknami kilka razy - w ciągu ostatniego tylko kwadransa zrobiła trzy kółka. Nie wiem czemu służy obsesyjne mycie mojej ulicy, ale jutro zamierzam przeprowadzić w tej sprawie dziennikarskie śledztwo ;) A narzędzie używane do tego procederu udało mi się w końcu zdjąć - zdjęcie słabe, bo aparat coś niedomaga.

28 września 2008

Co z tymi toaletami?

Wszyscy trzej stali czytelnicy bloga pamiętają być może zagadki z cyklu "co to za toaleta?". W nowej odsłonie konkurs się jakoś nie przyjął. Wczoraj zrobiłem zdjęcie, które początkowo miało być właśnie taką zagadką. Ale nie będzie.

Zdjęcie przedstawia toaletę, a mapka poniżej - jej dostojną, prestiżową lokalizację. Właściwie można by to było zostawić bez żadnego komentarza, ale nie wszyscy znają Warszawę, więc wyjaśnię. Budka na mapie to knajpa nazywana Ciechanem, z racji dostawcy serwowanego tam piwa. Taniego i plugawego, ale to akurat nie zarzut - budki tego typu, ulokowane najczęściej w okolicach dworców kolejowych lub w przemysłowych dzielnicach mają swój bezwzględny urok, choć akurat ja nie należę do jego wyznawców. Ale rozumiem, że to może kusić swoistym urokiem - zawitałem tam wczoraj i w sumie całkiem fajnie spędziłem trochę czasu.

Ciechan rzeczywiście ukrył się tuż obok stacji kolejowej Powiśle. Ale poza tym pasuje tu jak pięść do oka - trzysta metrów od Nowego Światu, czterysta od modnej ulicy Foksal, na przeciwko Muzeum Narodowego - słowem w samym centrum miasta z aspiracjami do Euro(py) 2012 i europejskiej stolicy kultury 2016, dokładnie przed wejściem na most Poniatowskiego, który - a jakże - prowadzić ma kibiców wprost na trybuny Stadionu Narodowego. Dużo narodu w okolicy tej sławojki - Raczkowski wiedziałby, jak to skomentować.

I znów - nie chodzi o to, że taka budka się tu nie może ukryć. Nie chodzi nawet o to, że sławojka robiąca tam za kibel kontrastuje z nobliwą instytucją po drugiej stronie ulicy, którą oddając mocz można zobaczyć przez szpary między deskami - zawsze można to zamaskować utartym sloganem o mieście pełnym kontrastów. Nie mam wątpliwości, że pośród zagranicznych turystów znajdą się tacy, którym się to spodoba.

Więc o co chodzi? W dużym skrócie o to, co opisano niedawno w raporcie z badania toalet w miastach, które będą gospodarzami Euro 2012 - np. tu w ujęciu stołecznym. Publiczne toalety są w tym mieście problemem absolutnie nierozwiązywalnym odkąd pamiętam. Szcza się gdzie popadanie, w bramach, parkach, krzakach i windach, służby mundurowe karzą za to albo nie, zależnie od humoru, a standardy zaspokajania podstawowej konieczności fizjologicznej są u nas wciąż takie, jak na załączonym obrazku. Oczywiście, miejscy survivalowcy wiedzą, gdzie szukać, by zrobić to nieco lepszych warunkach - pomocne są tu wszelkie instytucje publiczne, w drugiej kolejności biurowce, a w trzeciej wspomniane w tekście knajpy. Gorzej, jak się trafi do takiej, jak Ciechan.

Sikać się odechciewa...

27 września 2008

Mały ptaszek nad MSN

Sprawa Muzeum Sztuki Nowoczesnej zdominowała blogaska. Dzieje się tak dlatego, że ogniskują się w niej wszystkie problemy i patologie zarządzania tym miastem. Problemy wykraczające daleko poza decyzje administracyjne, finansowe czy nawet planistyczne.

Muzeum to jeden z tych tematów, który śledzę niemal od samego początku, a już na pewno od ogłoszenia wyników konkursu na projekt budynku. To moje poletko i to na nim właśnie zbieram swoje obserwacje dotyczące kierowania miastem. Dziś dołożyła się do nich kolejna - "Gazeta Stołeczna" opublikowała właśnie żenujący wywiad z wiceprezydentem Jackiem Wojciechowiczem.

Kompromitacja. Wywiad dowodzi, że miasto gardzi tym projektem i jego dyrekcją (o tym już pisałem - naprawdę nie są to jeszcze najgorsze komentarze pod adresem Joanny Mytkowskiej, jakie można usłyszeć w ratuszu). Właściwie nie powinno to jednak nikogo dziwić. Większości Polaków sztuka współczesna kojarzy się za pewne z genitaliami na krzyżach, obieraniem ziemniaków w galerii i meteorytem bezczeszczącym wizerunek papieża. Słowem ze skandalem i kontrowersją. Trudno się zresztą dziwić, skoro o sztuce współczesnej mówi się głośniej tylko w takim kontekście. W efekcie ludzie oceniają związane z nią środowisko jako niegroźnych wariatów i pozerów lub wręcz jako groźnych manipulatorów, oszustów, którzy chcą żyć za publiczne pieniądze. Pośrednio dowodził tego sondaż, w którym warszawiaków pytano, jakie inwestycje są najpotrzebniejsze - muzeum znalazło się na ostatnim miejscu.

Nawiasem mówiąc rzecznik ratusza, Tomek Andryszczyk powiedział wtedy odważne zdanie, które, cóż, brzmi dziś jak trafne podsumowanie całej sytuacji. - Podnoszenie poziomu infrastruktury kosztem np. muzeów byłoby wulgaryzacją zarządzania miastem - ocenił, co zresztą zostało mu wypomniane przez Michała Pretma na blogu HGW Watch.

Rządzący Warszawą politycy mają dwa problemy. Po pierwsze, nie wiedzą jak wytłumaczyć wyborcom, że wydają 300 milionów złotych na muzeum, gdzie będzie się pokazywać genitalia na krzyżach. Po drugie zaś sami nie rozumieją, po co budować takie muzeum. Dobrze punktuje to Dorota Jarecka w komentarzu na łamach "Stołka", choć ja powiem ostrzej: ratusz po prostu nie ma zaplecza intelektualnego, które byłoby w stanie zrozumieć rangę tego projektu. Miastem rządzą ludzie, którzy sprowadzają wszystko do kwitków, procedur, bilansu ekonomicznego, ale przede wszystkim politycznego. Zagadnienie modernizacji Warszawy i Polski, o którym wspomina dyrektor Mytkowska, przerasta ich horyzonty, dlatego bez większego problemu, bez poczucia żenady ulegają własnym wyobrażeniom o poziomie intelektualnym wyborców i nawet nie próbują wznieść się ponad.

Niestety, muzeum to inwestycja trudna do sprzedania. Centrum Nauki Kopernik broni się jako miejsce potencjalnych atrakcji, Muzeum Historii Żydów Polskich - pomijając inny ciężar gatunkowy - broni się pośrednio sukcesem Muzeum Powstania Warszawskiego. O inwestycjach infrastrukturalnych nie mówiąc - te, choć budzą spory o lokalizacje - są dość oczywiste. I na tym poziomie się zatrzymują warszawscy politycy. Modernizacja kończy się dla nich na poprawie infrastruktury.

Tymczasem Muzeum Sztuki Nowoczesnej to inwestycja, która bezpośrednio służyć będzie rzeczywiście stosunkowo nielicznej grupie ludzi, a szersze pożytki z jej działalności są trudno dostrzegalne. "Efekt Bilbao" się u nas nie powtórzy i to nie dlatego, że projekt Kereza nie jest tak szalony, jak pomysł Gehry’ego, lecz dlatego że tam za ciosem poszły właśnie lokalne władze. Zainwestowano w modernizację miasta, wyremontowano całe kwartały ulic, poprawiono jakość infrastruktury - muzeum stało się tylko pretekstem. W Warszawie tak się nie stanie, bo nie ma ku temu woli.

Ale to nie znaczy, że muzeum nie będzie miało wpływu na otoczenie. Nie chcę wulgaryzować idei, ale z czysto biznesowego punktu widzenia obecność takich ośrodków czyni Warszawę miejscem atrakcyjniejszym. Wielki biznes lubi sąsiedztwo takich instytucji, nawet jeśli jego przedstawiciele rzadko zapuszczają się do galerii. Widać to znakomicie w Bazylei, mieście które jest jednocześnie wielkim ośrodkiem przemysłu farmaceutycznego i zarazem jednym z najważniejszych ośrodków związanych z współczesną sztuką właśnie. Ale efekt odczuł nawet Londyn, który przecież nigdy na brak w tym względzie nie narzekał. A mimo to otwarcie Tate Modern miało korzystny wpływ na wizerunek tego miasta także i wśród tej grupy.

Nie sprowadzajmy jednak muzeum do rangi magnesu dla pieniędzy. Nasza część Europy jest dziś właściwie białą plamą na mapie, która obejmuje ważne ośrodki krytycznego myślenia o kulturze. Nie bierzemy udziału w debatach, które toczą się na świecie, właściwie nie ma w Polsce osób z autorytetem rozpoznawalnych w skali Europy. Zmarginalizowaliśmy się. A przecież nasze doświadczenie transformacji ustrojowej jest dla całego świata zjawiskiem niezwykle interesującym, domagającym się rzeczowego opisu, analizy. Owszem, takie analizy mogą powstawać na uniwersytetach, ale tu jakoś nie odnieśliśmy sukcesu. Politycznych think-tanków o światowym wpływie też nam się nie udało wytworzyć. Nic więc dziwnego, że świat zwraca się z pytaniem "jak wy to zrobiliście?" do artystów, którzy się przebijają do światowej czołówki. I właśnie wokół tego pytania koncentrować chce się muzeum. I znów - to nie jest tak, że z dnia na dzień Warszawa stanie się dzięki temu miastem o wpływie takim, jak Londyn. Ale stanie się miejscem, którego głos będzie lepiej słyszalny. To przekłada się na kapitał finansowy, polityczny, ludzki. Jako społeczeństwo zyskamy swój głos tam, gdzie dziś go po prostu nie mamy. A muzeum będzie punktem, do którego zwracać się będą szukając odpowiedzi intelektualiści z całej Europy. Intelektualnym odpowiednikiem punktu informacji turystycznej, których zresztą też w Warszawie nie mamy; miejscem, gdzie można zacząć rozumieć nasz kraj i naszą część Europy. Nie jej historię - jak w Muzeum Powstania - lecz jej teraźniejszość.

To są aspekty trudne do opisania, trudne do zrozumienia, a już na pewno nie dające się łatwo opisać po stronie zysków i przeliczyć na 300 milionów złotych wydanych na budowę muzeum.

Teza, że Lech Kaczyński rozumiał to wszystko, gdy inaugurował proces tworzenia muzeum przychodzi mi do głowy z dużym trudem - ale może właśnie dlatego, że jest człowiekiem dobrze znającym uczucie bycia niezrozumianym, sam rozumiał sens tworzenia instytucji, która pozwoli światu zrozumieć naszą pogmatwaną mentalność już nie w stricte historycznym kontekście? W każdym razie jeśli nawet decyzja wynikała tylko z chęci ugrania kapitału politycznego, to nie była tak kunktatorska, jak zachowanie ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz.

26 września 2008

List otwarty w sprawie Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Na stronie internetowej muzeum pojawił się właśnie list otwarty do prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz i ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego w sprawie zawieszenia prac projektowych.
Można się pod nim podpisać.
W dniu 25 września 2008 władze Warszawy poinformowały architekta Christiana Kereza o wstrzymaniu prac projektowych na czas nieokreślony.
Projektowanie zostanie wznowione po osiągnięciu porozumienia pomiędzy władzami stolicy, Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego i dyrekcją Muzeum, odnośnie sposobu zagospodarowania otwartej przestrzeni publicznej w gmachu Muzeum.
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie jest zaniepokojone próbami zmiany przeznaczenia budynku, która może doprowadzić do utraty dotacji unijnej w wysokości 50 mln euro na realizację tej inwestycji.
Z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, niezależnej organizacji skupiającej ludzi, którym bliska jest idea Muzeum, powstał list otwarty do władz stolicy i do ministra kultury.
Warszawa, 26 września 2008
Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz
Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy
Pan Bogdan Zdrojewski
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Szanowni Państwo,
jesteśmy głęboko zaniepokojeni wstrzymaniem prac nad projektem Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Dwumilionowa metropolia, zabiegająca o tytuł Europejskiej Stolicy Kulturalnej w 2016 roku, nie może poniechać flagowej inwestycji w kulturę, w swój wizerunek i w prestiż, a także w potencjał intelektualny Polski.
Od roku 1989 toczy się w Warszawie debata, co zrobić z nieszczęsnym placem Defilad. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie jest pierwszym rzeczywistym owocem tej debaty. Międzynarodowe jury wybrało jego projekt, przyznano na jego realizację 50 milionów euro ze środków europejskich, aktywnie działa też instytucja odpowiedzialna za kolekcję i program przyszłego muzeum.
To ogromna wartość, której nie wolno zmarnować. Nie zgadzamy się, by urbanistyczny chaos i zwykły brud i nieporządek dalej trwały w centralnym miejscu stolicy Polski.
Apelujemy, byście Państwo podjęli jak najszybciej roztropne decyzje, dobre dla polskiej kultury i dla Warszawy. Byście nie zaprzepaścili ogromnej szansy, jaką niesie budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Można się też dołączyć do grupy obrońców MSN na Facebooku.

Zgrabna łopata w miejsce koślawych grabi

Usłyszałem kiedyś w ratuszu, że całe to Muzeum Sztuki Nowoczesnej potrzebne jest garstce ludzi związanych z "pewną fundacją". Dla pozostałych miasto ma dobrą wiadomość - udało się zaprojektować krzyż.

Sukces ten to finał jednego z najbardziej anegdotycznych konkursów architektonicznych w Warszawie. Rozpisując go urzędnicy zastrzegli, że pomnik upamiętniający papieską mszę na pl. Piłsudskiego ma mieć formę krzyża. Może i słusznie - to przecież drugie podejście do tego tematu, a wyniki pierwszego konkursu były takie, że dyskretnie zamieciono je pod dywan. Ale mamy XXI wiek - sieć bezlitośnie pamięta, jak miała wyglądać "brama triumfalna". 11 patykowatych kolumn stylizowanych na jakieś niby antyczne niewiadomoco rozstawionych jakby po pijaku, bo nieregularnie - tak papieża chcieli upamiętnić Andrzej i Barbara Kaliszewscy wespół z Bohdanem Napieralskim.

Ale była wtedy jedna praca warta przypomnienia w pozytywnym świetle. II nagrodę dostała Grupa Projektowa STT (Włodzimierz Sidorczuk, Szymon Tarnowski, Marcin Tryc), która chciała pomnik ukryć pod ziemią. Zaproponowali budowę sali z przeszkleniami w suficie - powierzchni placu. W dzień światło miało wpadać do środka i dawać niecodzienny efekt świetlistych kolumn - w nocy miało spod ziemi bić w górę.

Za pierwszym razem były więc interesujące prace, ale wybrano grabie. W drugim konkursie ta praca już w ogóle nie miała szans. Ratusz z góry postawił bowiem na łopatę. A właściwie na łopatologię - ma być krzyż. No i jest krzyż. Wynik niezbyt zaskakujący, bo też inwencja była z definicji okiełznana. Podobno Dorota Nieznalska miała jakiś pomysł, ale ostatecznie chyba nie wystartowała ;) Jest więc pomnik taki, jak cała miłość do papieża - powierzchowny, nie wymagający wysiłku umysłowego, trochę kremówkowy. Taki, żeby miejski urzędnik się nie musiał z niego tłumaczyć ani szczególnie martwić o estetykę, która go przecież nie interesuje. Poza tym to tani, łatwy w realizacji pomnik, którym można będzie się potem pochwalić - "upamiętniliśmy papieża" - i brzmi dobrze, i dla - nomen omen - świętego spokoju nikt nie będzie tego sukcesu podkopywał, bo zaraz zyskałby miano antychrysta.

Na szczęście z tą estetyką nie jest źle. Krzyż nie stanie na obsadzonej już osi wyznaczanej przez pomnik Piłsudskiego i Grób Nieznanego Żołnierza, lecz trochę z boku. By nie wyglądał przypadkowo, architekci Marek Kuciński, Jerzy Mierzwiak i Natalia Wilczak postanowili przekrzywić optycznie całą oś. Pomysł z jasnym kolorem, który staje się dominujący wraz ze zbliżaniem się do pomnika to ciekawa zagrywka. Jak to wyjdzie w praktyce i czy przekoszenie placu nie będzie zbyt wyraziste? Jeśli materiały zostaną dobrze dobrane, efekt może być bardzo dobry, a architektom należy się słowo uznania za to, że w tak sformułowanym zadaniu konkursowym potrafili znaleźć miejsce na inwencję.


Wizualizacje zwycięskiej pracy pochodzą ze strony Centrum Myśli Jana Pawła II,
a obrazki z pierwszego konkursu to wygooglane zdjęcia Alberta Zawady i Michała Mutora
z Gazety Stołecznej (
Agencja Gazeta),
których przy okazji serdecznie pozdrawiam :)

Wpadki

Dwie wpadki z porannej prasówki: jedna redakcyjna i jedna urzędnicza. Obie związane z Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Redakcji "Polski" przytrafił się dziś fatalny zbieg okoliczności. Na swoich łamach gazeta opublikowała wywiad z Joanną Mytkowską, dyrektorką rzeczonego muzeum. Życie Warszawy i Gazeta Stołeczna też miały dziś materiały o tej instytucji, tyle że z jakże odmiennym przekazem: miasto zdecydowało się zawiesić prace nad projektem gmachu.


Zaangażowani w sprawę mogli się tego spodziewać - to finał sytuacji sprzed paru tygodni. Zarazem też finał dłuższego procesu, w którym od samego początku jedno było jasne: obecne władze Warszawy tego muzeum po prostu nie chciały. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz dowiedziała się - już po ogłoszeniu wyników konkursu na projekt - że to miasto ma zbudować muzeum, była mocno zdziwiona. Pamiętam też plotki, że rozważano zmianę koncepcji; ulokowanie muzeum w innym miejscu i sprzedaż działki, na której zostało zaplanowane (choć ten pomysł urodził się chyba poza ratuszem). Wreszcie pamiętam żmudne, trwające rok rozmowy z Christianem Kerezem, który w tym czasie zdążył dobrze poznać Warszawę. I Polskę.

Przypomina mi się teraz, że bodaj w dniu, w którym zrobiliśmy z nim wywiad dla "Dziennika" przebiegał przez Aleje Jerozolimskie na wysokości hotelu Polonia, gdzie mieszkał i dostał za to mandat. Zdziwił się, bo w Szwajcarii przechodzenie przez takie ulice w dowolnym miejscu jest chyba tolerowane. Tam w ogóle pieszy na ulicy to raczej świętość i nikogo nie dziwi, gdy wychodzi pod koła spomiędzy samochodów. Jeździ się wolno i uważa na ludzi. Tam się w ogóle uważa na ludzi znacznie bardziej, niż w Polsce, o czym Kerez też się już chyba zdołał przekonać. Wtedy ten mandat wydawał się śmieszną anegdotą - dziś wygląda bardziej na zapowiedź nieszczęść, które miały dopiero nadejść.

Miasto podeszło do budowy muzeum tak samo, jak do budowy drogi czy kupna nowego tramwaju. Technicznie, urzędniczo, konkretnie, proceduralnie. Wiara pani prezydent w procedury jest w ogóle jednym z fundamentów jej wyobrażeń o rządzeniu miastem. Co do zasady - słusznie. Niestety, stosowane z żelazną konsekwencją, jak każda nadregulacja, stają się hamulcem rozwoju. To widać - na mniejsza skalę - przy sprawie pl. Grzybowskiego i jego przyszłości. Gazety piszą o tym w ostatnich dniach znowu, bo właśnie został ogłoszony konkurs na koncepcję. Spontaniczy Dotleniacz Joanny Rajkowskiej, choć wywołał entuzjazm warszawiaków, nie powstał w ramach żadnej normalnej procedury i spotkał się z jawną wrogością urzędników - teraz plac, który przez lata wszyscy mieli gdzieś stał się dla nich oczkiem w głowie. To nie jest tylko spór o to, czy będzie tam fajnie i przyjaźnie, pomatycznie i bogojczyźnianie, czy też wszystko zostanie po staremu - to jest swoista wojna o przestrzeń; o to, kto ją kontroluje i ile tej kontroli jest skłonny oddać innym siłom. Warszawski ratusz nie oddajej jej łatwo, nawet jeśli ceną jest syf, malaria i blaszana hala w centrum miasta.

Architekt, który chciał projektować tak, jak zwykł pracować do tej pory też nie zmieścił się w procedurach. Z perspektywy ratusza wszystko jest okej, bo w zgodzie z przepisami. Nie chcę tu już pomstować, pisać o sakndalu, przypominać o staraniach o tytuł europejskiej stolicy kultury w 2016 roku. To nie ma sensu, bo na każdy argument odpowiedzią ratusza i tak będą procedury.

Przeraża mnie to, że o przyszłości tego projektu decydują ludzie, którzy nie tylko nie interesują się sztuką ani kulturą, lecz przede wszystkim wprost deklarują, że w ogóle nie interesuje ich estetyka tego, co zaprojektował Kerez. Ich interesują wyłącznie papiery - mówią to bez cienia zażenowania.

Wiele mówiło się o tym, jak projekt muzeum będzie korespondował z Pałacem Kultury. Wiele osób twierdziło, że betonowa kostka, którą zaproponował Kerez, zniknie w sąsiedztwie tego kolosa. Moim zdaniem byłoby inaczej, ale to nie ma już chyba żadnego znaczenia - beton muzeum uległ bowiem betonowi urzędniczemu. Z całą mocą obanżając przy tym, jak głęboko w głowach siedzi wciąż to, co symbolizuje PKiN. W warstwie symbolicznej cała ta sytuacja otwiera interesujące pole do reinterpretacji znaczenia tego budynku.

Kilka miesięcy temu Kerez zaprosił do Warszawy swoich studentów. Pokazał im perły architektoniczne. Miałem okazję oglądać przygotowany dla nich skrypt ze zdjęciami. Przekartkowałem ciesząc się, że znalazłem w nim nie tylko rzeczy znane powszechnie, ale też kilka perełek ukrytych, do których trzeba dotrzeć. Ktoś je pewnie Kerezowi pokazał, podpowiedział, ale wybór był raczej autorski - można było dostrzec, że to co podoba się architektowi koresponduje z jego projektami, choć oczywiście nie wprost. I naszła mnie wtedy taka przerażająca myśl, że o losie jego projektu zdecydują ludzie, którzy pewnie większej części tych budynków by nie poznali, nawet jeśli zdarzyło im się je kiedyś widzieć.

Pałacu Saskiego nie będzie na razie w ogóle, II linii metra nie będzie na czas, szpital południowy pozostaje tylko pustą deklaracją, most północny znów się opóźnił co najmniej do wiosny. Buduje się Centrum Nauki Kopernik i wszystko wskazuje na to, że budować będzie się stadion Legii (temat na osobną epopeję). Po stronie porażek przybył dziś kolejny punkt w postaci muzeum. Po stronie sukcesów może jeszcze dojść Muzeum Historii Żydów Polskich. W połowie kadencji taki jest bilans sztandarowych inwestycji urzędników, którzy mieli pchnąć miasto do przodu po latach rządów ekipy Kaczyńskiego.

Niezbyt imponujący.

24 września 2008

Z archiwum X


W zakamarkach telefonu odkryłem zaginiony dowód na to, że Kubuś Puchatek został zamordowany, poddany obróbce i zmieniony w mielonkę!

22 września 2008

Filmy o wojnie w Iraku

Obejrzałem w ostatnich tygodniach kilka filmów i seriali dotyczących wojny w Iraku. Wniosek jest niestety dość smutny - popkultura nie umie sobie póki co poradzić z jej realiami.

Od razu podkreślę, że nacisk kładę tu na słowo popkultura. Nie wykluczam, że gdzieś w nurcie kina niezależnego czy między dokumentami zdarzył się film ciekawy i mądry, który do tematu coś wnosi. Choć sam na taki nie trafiłem.

Duże nadzieje wiązałem z "Redacted" Briana de Palmy. Niestety, film okazał się tak słaby, że pisząc tę notkę miałem spory problem z przypomnieniem sobie jego tytułu. Choć jedno trzeba mu przyznać - jako jedyny zmierzył się wprost z problemem przemocy w wykonaniu Amerykanów - opowiada bowiem o tym, jak grupa żołnierzy gwałci iracką dziewczynę. Pokazuje też kilka innych brutalnych scen znanych dobrze uczestnikom tej wojny, ale do żadnych przemyśleń to nie prowadzi. Banał, w dodatku nakręcony w pseudoamatorskiej czy też paradokumentalnej konwencji, która niestety daje efekt odwrotny do zamierzonego. Film wygląda po prostu kiepsko.

Dla odmiany najlepiej z tych, które widziałem, wygląda ośmiodcinkowy serial "Generation Kill" wyprodukowany przez HBO. To opowwieść o niewielkim oddziale marines poruszających się hummerami po irackich drogach i bezdrożach na samej szpicy inwazji. Kto jednak oczekiwałby, że HBO powtórzyło tu znakomitą "Kompanię braci" w innych nieco realiach, ten się zawiedzie. Ani postaci nie są tak barwne ani tak wiarygodne, ani film nie jest zrobiony z takim rozmachem. Ale mimo znacznie skromniejszych środków nie wygląda teatralnie, jak propozycja de Palmy. Ratuje go przyzwoite aktorstwo. No i na pewno nie zawiedzie miłośników militariów - dużo szczegółów, dużo żargonu, dużo sprzętu. Ale mało treści. Choć i tu pojawia się problem moralny; cywilne ofiary błędów dowódców i porywczego temperamentu. Trudno jednak powiedzieć, by film ten stawiał tu jakąś ostrą tezę, czy też z czymś się rozprawiał. Nawet jeśli chłopcy nie są idealni, to nikt nie śmie krytykować bohaterów.

Cechą wspólną tego filmu i nieco starszego "Jarhead" jest muzyka, czyli próba opowiedzenia o wojnie z pomocą przebojów, czyli sposób, w jaki udawało się ponieść niektóre filmy o wojnie w Wietnamie. Z tym, że "Jarhead" się tu całkiem nieźle mierzy z tym popkulturowym mitem - jeden z bohaterów wyrzuca tam w pewnym momencie z siebie złość, że nawet piosenek nie mają własnych, tylko nucą te z filmów o Wietnamie właśnie (pisałem o tym już kiedyś). Czujne.

W "Generation Kill" ten ciekawy aspekt realacji między kulturą masową, a aktualnie toczącą się wojną został zredukowany do wspólnego nucenia całkiem współczesnych przebojów.

Ostatni film, który do całej sprawy podchodzi od zupełnie innej strony, to wspólna produkcja BBC i HBO - czteroodcinkowa biografia "House of Saddam". Dwie stojące za tą produkcją firmy zdawały się gwarantem jakości i poziomu. I znów zawód - aktorstwo mizerne, odtwórca głównej roli rozkręcił się właściwie dopiero w ostatnim odcinku pokazującym to, co za pewnie najbardziej interesowało zachodnią publiczność, czyli upadek dyktatora. Wcześniej grał dosłownie na jednej minie i śmiesznym zabiegu mówienia po angielsku z arabskim akcentem (ta fatalna praktyka akurat w tym filmie się całkiem dobrze sprawdziła - aktorom udało się to na swój sposób wygrać). Niestety, położono scenariusz - biografia Saddama nie wychodzi tu poza poziom biograficznej notki, nie ma tu niczego, czego by przez ostatnich pięć lat nie napisano i nie powiedziano milion razy. Jakoś nie mogę uwierzyć, że z biografii tego człowieka nie dało się wycisnąć większej dramaturgii.



Zastanawiam się, w czym problem. Wracam myślami do "Kompanii braci" i poza budżetem widzę jedną zasadniczą różnicę - od obrazów pokazujących II wojnę światową nie oczekujemy trudnych moralnych pytań ani dwuznacznych bohaterów. Owszem, takie filmy się zdarzają, ale zasadniczo wiemy, kto tu jest dobry, a kto zły, więc sprawa jest jasna. Zastanawiam się wszak przy tej okazji, co by było, gdyby realia tamtej wojny amerykańskie media relacjonowały mając do dyspozycji dzisiejsze możliwości - czy też byłaby dla współczesnych taka jednoznaczna? Czy w ogóle była?

No ale przecież jest Wietnam - wojna znacznie bardziej kontrowersyjna od irackiej, wojna, która odcisnęła się na Ameryce tak ogromnym piętnem. A jednak z nią popkultura umiała sobie poradzić i umiała opowiedzieć o niej - czy też na jej przykładzie - coś nowego, wartego uwagi, nawet jeśli nie był to głos w sporze o sens samej wojny. Wojna w Iraku wydaje się z tej perspektywy nawet jeszcze bardziej płodna, bo przecież już dziś mamy sporą wiedzę o tym, jak była prowadzona. Wiedzę wystarczającą do tego, by filmowcy się z nią mierzyli. Czemu więc na temat tej wojny powstają tak słabe produkcje?

185 znika z ulicy Gwiaździstej

Przeczytałem właśnie na łamach "Polski", że linia 185 nie wróci już na swoją trasę po wschodniej stronie osiedla Ruda. To koniec epoki.

Pamiętacie autobusowe vlepki? Widzę, że nawet wbudowany w przeglądarkę słownik zna to słowo, więc pytanie jest chyba bezzasadne. A te mające postać nekrologów żegnających kolejne linie autobusowe pamiętacie? Jeśli ktoś pamięta i wie, gdzie w sieci można je odnaleźć, albo chociaż kto się pod nimi podpisywał - z chęcią uzupełnię notkę. Bo dziś sam mam ochotę napisać nekrolog dla linii 185.

Nie zostanie zlikwidowana, a korekta trasy będzie właściwie kosmetyczna. Właściwie, to ona już nastąpiła - kilka miesięcy temu zamknięto bielański odcinek ulicy Gwiaździstej i po dziś dzień nie da się nim przejechać. Linia objeżdża więc osiedle z drugiej strony, ulicami Podleśną, Klaudyny, Rudzką i Mickiewicza. I wszystko wskazuje na to, że tak już zostanie. W związku z końcem budowy pierwszej linii metra Bielany i Żoliborz czeka sporo zmian, część pewnie jeszcze zostanie anulowana, dojdą kolejne, więc jest cień nadziei dla 185.

O co mi właściwie chodzi? Pisałem o tym kiedyś na forum Gazety.pl, w plebiscycie na ulubioną linię, oczywiście:
Jest taka jedna. Właśnie zdałem sobie sprawę, że jeżdżę nią od bardzo dawna. To linia 185. Mieszkam koło pętli na Gwiaździstej. Wsiadam zawsze na pierwszym przystanku. Rozkład się prawie nie zmienia od wielu, wielu lat, więc znam go na pamięć. Kiedyś jeździłem tylko kawałek, do szkoły na Mścisławskiej. Potem na angielski, przy placu Wilsona. Odległość, na jaką jeździłem wyznaczała moją samodzielność. Potem tak sie utarło, ze jak gdzieś miałem pojechać, to najwygodniej mi było pójść na 185, bo to najbliższy od domu przystanek no i znam rozkład. A jedzie na Wilsoniak - stamtąd już wszystko - i Centrum, i Trakt Królewski i - w drugą stronę - Bielany całe. Węzeł komunikacyjny w zasięgu reki. Dzięki 185.

A teraz studiuje na Uniwerku i czasem, jak już rano wsiądę w 185, to nie wysiadam na Wilsoniaku, tylko jadę dalej, aż do Bednarskiej. Stamtąd mam rzut beretem do BUW-u, albo parę kroków na wydział. Spacerkiem, Karową w górę. Jak schody były zamknięte, to musiałem łazić cały ten ślimak na około i też było fajnie. Przynajmniej zawsze wiedziałem, co się aktualnie dzieje w Galerii Karowa. A jak mam więcej czasu, to wysiadam wcześniej i idę sobie przez Mariensztat i mój ulubiony rynek. Wreszcie - w 185 jadąc "dołem" mogę złapać jeszcze 20 minut snu i mam miejsce siedzące zawsze.

A wieczorem, jak wracam do domu, to wole się przesiadać na Wilsoniaku, pod mięsnym (dziś jeansowym) w 185 albo 519, a nie na Gdańskim, skąd niby mam jeszcze inne autobusy na swoje osiedle - 157, 524, 508 - bo pod mięsnym (dziś jeansowym) jest zawsze szansa na rozklekotanego starego Jelcza 185 :)))

To jest moja ulubiona linia.
Dosyć to czerstwe, ale ma swoje lata. Mięsny, dawniej jeansowy, jak większość lokali na placu Wilsona zmienił się w bank. Została barierka przy schodkach do zakładu tapicerskiego, który się potem stał piwnicą z winem; też ważnym dla mnie miejscem. Lubię się o nią opierać czekając na 185, tak jak lubiłem się na niej bujać jako dzieciak z ADHD. A moje losy potoczyły się tak, że 185 co i raz okazywało się być dobrym połączeniem - na Czerską w sam raz na przykład. Teraz też by mi pasowało, gdyby nie to, że już nie mieszkam na Gwiaździstej. Ale sentyment pozostał - do mamy jeżdżę zawsze z przesiadką na Wilsoniaku (no, czasem łapię 185 już przy moście Gdańskim). I wychodzę też na 185. Ale wiosną rozkopali ulicę, przenieśli autobus na drugą stronę osiedla i już nie cofną tej zmiany. Szkoda.

A ja do dziś pamiętam niektóre, często się powtarzające, pozycje w rozkładzie jazdy. Nie jestem takim typem, co z powodu własnych sentymentów będzie protestował przeciwko zmianom, choć z tego, co wiem, to na osiedlu już jakiś czas temu zbierano podpisy, bo plotka o tym, że 185 nie wróci się oczywiście pojawiła.

Tym bardziej nie będę, skoro linię zastąpi na tym odcinku inna i do Wilsoniaka dalej będzie doskonałe połączenie. Może nawet czasem o tej samej godzinie ;) Zresztą powiedzmy sobie szczerze - 122 to też nie byle jaka linia, z dobrą tradycją, przenoszona do nas wprost z Traktu Królewskiego jedna z uśmiercanej właśnie wielkiej trójki (122, 116 i 195) i przede wszystkim też budząca sentymentalne skojarzenia, bo nie zna życia kto nastolatkiem będąc ostatnim 122 przez przemysłowy Żoliborz do domu nie wracał. Tak więc z honorami winna zostać przyjęta na Gwiaździstej.

Ale bez 185 nic już nie będzie tak samo.


I tym sposobem po raz pierwszy udało mi się wstrzelić z notką w kolejną akcję
Grupy Trzymającej Warszawskie blogi.

19 września 2008

Plac Zbawiciela

Sam chciałem napisać o tym, jakim fajnym miejscem stał się ostatnio plac Zbawiciela. Ale uprzedziło mnie "Życie Warszawy". No to linkuję, polecam uwadze i podpisuję się obiema rękami - Karma od dawna jest moją ulubioną kawiarnią w mieście, a Plan B zdobył mnie, gdy skończyliśmy tam wieczór kawalerski kolegi. O 6 rano. A to, że musiałem tego poranka iść do pracy... to już historia :) W każdym razie miejsce fajne. A najbardziej lubię obserwować skręcające na placu tramwaje siedząc na parapecie w Karmie.

To do zobaczenia; za godzinę w Planie B :)

Będę brał cię / gdzie / w smarcie!

Przez 2,5 tygodnia miałem do dyspozycji samochód. To trzeba opisać! Notka będzie jak najbardziej poważna - o motoryzacji. Ale wcześniej - bolid, gokart, srajdek, motorynka, sprytek - czyli smart.

Nie jest to na pewno pojazd dla facetów z kompleksami. Trzeba się przyzwyczaić do uśmieszków, zdziwień, czasem pogardy, innym razem ironicznego zainteresowania. Szczególnie, jak się mieszka na Prażce. Choć wcale nie jest ich mało na warszawskich ulicach, wciąż budzą zdziwienie. Ale jest też druga strona medalu - samochody naszych chłopców są w kolorach pastelowych... Od razu jednak trzeba sprostować - do tego, co w tytule ten samochód się absolutnie nie nadaje.

Zalety takiego pojazdu są oczywiste - o miejsce parkingowe jest mu trochę (ale wbrew pozorom tylko trochę) łatwiej, pali niewiele, coś tak szklankę na tydzień (ale drogie te szklanki teraz, oj drogie), dość dobrze startuje spod świateł i to na automacie, a jak trzeba, to i wyprzedzić coś czasem da radę. I to nie tylko rower. Ba, wczoraj stołeczna drogówka zrobiła mi nawet zdjęcie - kolega wróci z wakacji i dostanie pocztówkę ;) Od skutera odróżnia się głównie tym, że przejeżdżający obok autobus nie ochlapie kierowcy - a że fala wody może go zmyć z drogi... Da się nim nawet do domu dowieźć niewielkie zakupy, miejsce na nogi jest i póki się nie patrzy do tytułu, można nawet powiedzieć, że jest przestronny.

Ale nie oszukujmy się - jego wielkość zmusza do asertywności. Wsadzić do niego starego grzejnika przez tylną szybą nawet nie próbowałem. Szybko też okazało się, że nawet jak Nas jest dwoje, to przydałoby się móc czasem zabrać w trójkę czy czwórkę. Z bratem, mamą, wujkiem, ciotką czy parą znajomych - bywa za mały. Jako drugi samochód do pracy na co dzień jest jednak idealny.

No i można się w nim zakochać, bo jest przesympatyczny.
Ale sobie takiego nie kupię.
A dlaczemu?

A bo dlatemu, że po pierwsze - i najważniejsze - samochód to jednak stres. Stoi pod oknem, obok grupka lokalsów wymienia, dajmy na to, uwagi na temat urody koleżanek czy też w prostych słowach analizuje przebieg zakończonego przed chwilą meczu. A ja się czaję za firanką i obcinam, czy mi go dla jaj między drzewa nie wstawiają. Zresztą już pierwszego dnia, parkując pod budynkiem po drugiej stronie kwadratu naruszyłem jakieś niepisane reguły parkowania. I zostałem upomniany. I musiałem przestawić. I się bałem, że go nocą wyniosą.

Żarty żartami, ale po kilu latach przerwy odwykłem i ciągle zapominam czy zamknąłem drzwi, okna, raz chyba nawet przejechałem jeden odcinek bez świateł. A przecież nie muszę się użerać z ubezpieczeniem i innymi formalnościami, które normalnie są w pakiecie z samochodem.

Do tego dochodzi totalny sajgon na warszawskich ulicach. Jeżdżąc komunikacją miejską człowiek tego nie zauważa, tymczasem w ciągu kilku lat zdziczenie obyczajów posunęło się dość znacznie. Mówiąc najkrócej jeżdżą jak pojebani i to bez względu na płeć czy wiek. Wyprzedzanie, trąbienie, rozpędzanie się do setki na wąskich ulicach - jest naprawdę nieciekawie, co mówię z pozycji człowieka, który generalnie lubi jeździć samochodem po mieście i nie czuje się na drodze zewsząd osaczony. Zazwyczaj.

No i warszawskie korki, choć podobno wciąż daleko im do standardów europejskich, to jednak imponują rozmachem. Wiem, trafiłem na okres kumulacji remontów, i pierwszych deszczowych dni tej jesieni, ale mimo wszystko - 40 minut od pl. Konstytucji do Królewskiej?! Gdy ostatnio się woziłem to było nie do pomyślenia. A do tego ludzie robią wszystko, żeby sobie nie pomagać - nie wpuszczają się, wjeżdżają na zatkane skrzyżowanie, które od razu blokuje się we wszystkich kierunkach na trzy kolejne zmiany świateł. Koszmar. Nawet w weekendy jest słabo, co kilka lat temu było w ogóle nie do pomyślenia.

I wszystko to po to, by do pracy jechać raptem o 10 minut krócej, niż autobusem! A są i inne wady. Na przykład czytanie. Mam na to czas właściwie tylko w komunikacji, a ostatnio zmusiłem się do porzucenia gazet na rzecz książek. Nakupowałem sam, coś mi ktoś pożyczył i wszystko to czeka, aż kolega wróci, samochód odbierze, a ja znów zakosztuję uroków komunikacji zbiorowej. Podobnie z muzką - słucham tylko w drodze do i z pracy, a testowany egzemplarz nie miał nic poza radiem. Jedyny plus to poranny WF. A właściwie "Poranny WF" - Figurskiego i Wojewódzkiego audycja w Esce Rocks. No ale to można mieć i bez stresów związanych z samochodem. A zresztą dwa tygodnie wygłupów w ich wykonaniu na jakiś czas mi wystarczą.

Samochód podziałał na mnie mobilizująco. Postanowiłem skorzystać, załatwić to i owo, jakieś zaległości nadrobić. Efekt? Miałem w kalendarzu więcej spraw na każdy dzień, spieszyłem się jeszcze bardziej niż wcześniej, w dodatku samochodem się spieszyłem, więc i ryzyko większe, i stres też. A i tak połowy spraw nie załatwiałem, bo jak już je sobie tak szczelnie poupychałem w kalendarzu, to potem każdy kwadrans obsuwy do wieczora się mścił i komplikował. A obsuwa być musi - już to na szukanie miejsca parkingowego, już na szukanie drobnych na parkomat.

Zobaczyłem też zjawisko obce mi zupełnie. W niedzielę postanowiłem skorzystać z okazji i podjechać do sklepu na obrzeżach miasta. Do tej pory jeździłem tam pociągiem, zwykle wyszarpując na to czas w tygodniu i bardzo ceniłem sobie tamtejsze pustki. Szczęka mi więc z lekka opadła, gdy okazało się, że w weekend nie można znaleźć wolnego miejsca na pustym zwykle parkingu. Weekendowe zakupy - zjawisko, w którym nie brałem dotąd czynnego udziału - w pełnej krasie. I wystarczą cztery kółka, by człowiek od razu wpadł w ten nieznany sobie rytm wielkiego miasta.

Przez kilka lat zupełnie odwykłem od samochodu i po takim sprawdzianie właściwie nie żałuję. Choć po Warszawie nie jest łatwo poruszać się na piechotę, to komunikacja miejska w sumie daje radę - w każdym razie samochód nie daje tu jakiejś niesamowitej przewagi, za to pod pewnym względami mnie męczy. Nie wykluczam, że zmienię zdanie, jak się okaże, że do pracy muszę przyjeżdżać baaardzo wczesnym rankiem lub że wychodzę z niej póóóźnym wieczorem.

Planowałem kupić skuter, ale to jednak nie jest pojazd na każdą porę roku i pogodę, a do tego ponoć od nowego roku nawet na te najmniejsze trzeba będzie mieć motocyklowe prawo jazdy, co z lekka komplikuje sprawę. Nie wykluczam więc, że po tych kilku dniach myśl o kupnie samochodu będzie powracać.

Tymczasem kluczyki od sprytka oddaję bez żalu,
choć będę tęsknił.

18 września 2008

Nowa walcownia warszawskiej huty

Lech Wałęsa najadł się strachu, a arcybiskup Gocłowski przeszedł próbę ognia. ArcelorMittal z rozmachem otworzył nową walcownię na terenie warszawskiej huty.

O inwestycji światowego potentata na warszawskich Bielanach wspominałem kilka dni temu, gdy Ewa Karpińska, rzecznik polskiego oddziału ArcelorMittal zapowiedziała, że firma będzie protestować przeciwko proponowanym przez miasto zmianom w studium zagospodarowania.

Chodzi o zmianę przeznaczenia terenów huty i działek w jej bezpośrednim otoczeniu z przemysłowych na mieszkaniowo-usługowe. Miejskie biuro architektury chce je wprowadzić na wiosek firmy Pirelli Pekao Real Estate, polskiego oddziału włoskiej firmy deweloperskiej Pirelli RE. Na wczorajszym posiedzeniu miejskiej komisji ładu przestrzennego okazało się jednak, że sprawa budzi spore kontrowersje.

Hutniczy koncern jest tym pomysłom przeciwny ze zrozumiałych względów - usunięcie przemysłu ze studium w praktyce uniemożliwiłoby jakiekolwiek inwestycje na terenie huty. Tymczasem firma zapowiada, że obchodząca właśnie swoje półwiecze huta jeszcze długo będzie dominować w krajobrazie Bielan. Rynek deweloperski interesuję zaś koncern o tyle, o ile odbiera od niego zamówione pręty zbrojeniowe, których nowa linia produkcyjna może wyprodukować 650 tysięcy ton rocznie.

- Jesteśmy producentami stali, a nie deweloperami. Nieruchomości nas nie interesują, zamierzamy dalej robić swoje w tym miejscu - zapewnił Gonzalo Urquijo z zarządu grupy ArcelorMittal. - Bliskość miasta to zawsze wyzwanie dla zakładu takiego jak nasz, ale to dla nas nie nowość. Mamy doświadczenia w takich sytuacjach i zawsze staramy się być partnerami dla lokalnej społeczności - dodał.

A prezes polskiego oddziału ArcelorMittal Henryk Hulin uzupełnił: - Oczywiście docierają do nas wiadomości o planach miasta. Jesteśmy zdziwieni, że władze stolicy słuchają głosów jednej firmy, a z nami nie chcą się nawet spotkać, ale mamy nadzieję, że to się zmieni.

Całe wydarzenie rozpoczęło się w miejscu symbolicznym. Tam, gdzie w 1980 roku, na prośbę strajkującej załogi Huty Warszawa, ksiądz Jerzy Popiełuszko odprawiał msze. Poświęcono krzyż upamiętniający to wydarzenie, a zaraz potem arcybiskup Gocłowski poświęcił także walcownię. Potem, w ustawionym przy bramie huty namiocie, odbyła się konferencja prasowa. Gościem honorowym był Lech Wałęsa. Na telebimie puszczono film z jego przemówieniem ze strajków. - Było się kiedyś młodym, kurcze… - zaczął prezydent. Podkreślił, że cieszą go zmiany w polskich zakładach i to, że ich udziałem jest postęp techniczny, dodał jednak, że nie wolno zapominać o robotniku, którego technika zastępuje i wypiera. - Znów przychodzi mi powiedzieć, że jestem za a nawet przeciw. Myślałem, że huta i wiele innych zakładów, będzie nie do uratowania. Na szczęście się pomyliłem. I dobrze, bo to dowodzi, że warto było zrobić te zmiany, których dokonaliśmy - ocenił Wałęsa.

Chwilę później właśnie prezydent wraz z szefami koncernu nacisnęli symboliczny przycisk uruchamiający nową walcownię. Rozległa się głośna muzyka, prezydent podskoczył wyraźnie wystraszony, a za jego plecami rozsunęła się ściana. Odsłoniło się przejście wyłożone diodowymi ekranami, których migotanie przypominało ogień w hutniczym piecu. - Zapraszam na próbę ognia - zachęcał konferansjer. Cóż było robić - nawet przedstawiciele kościoła poddali się oczyszczającej mocy płomieni, a fotoreporterzy mieli swoją szansę na coś więcej, niż zwykła fotka z konferencji.

Spore wrażenie zrobiła też sama walcownia. Przede wszystkim skalą i tym, że zupełnie nowa hala, gdzie nic nie zdążyło się jeszcze zabrudzić, wygląda bardziej jak wielka, kolorowa diorama z kolejki piko. Wyposażeni w odblaskowe kamizelki - które na sutannach księży wyglądały dość śmiesznie; czyżby nowa kolorystyka szat liturgicznych? - kaski, gogle i zatyczki w uszach mogliśmy wcześniej przez chwilę się jej przyjrzeć. Do właściwiej wycieczki po całej linii produkcyjnej w końcu nie dotrwałem, ale i bez tego muszę powiedzieć, że instalacja jest imponująca.

Dla mnie była to dodatkowa atrakcja - cztery lata temu byłem świadkiem spektakularnego wysadzenia kominów starej części huty, która została rozebrana właśnie pod otwartą wczoraj walcownię. Opisywałem to na łamach "Gazety Stołecznej", która niedawno wygrzebała nawet z archiwum jedno zdjęcie z tamtego materiału z moim podpisem, zupełnie dziś niejasnym :) Mogę więc powiedzieć, że śledziłem inwestycję od początku do końca.

Przebieg uroczystości niósł ze sobą czytelny komunikat - był demonstracją siły i mocnych związków metalurgicznego giganta z polskim establishmentem. W tłumie gości można było spotkać zarówno przedstawicieli administracji rządowej, jak i samorządu. Ci ostatni w kuluarach nieoficjalnie potwierdzali, że jeszcze kilka miesięcy temu ArcelorMittal nie wykluczał likwidacji warszawskiej w huty w przeciągu dekady. Dziś koncern zapowiada, że wspólnie z nim huta dobije do setnych urodzin.

Włoski deweloper wie jednak swoje: - Prowadzimy rozmowy z urzędem miasta na temat zmian w studium zagospodarowania terenów byłej Huty Lucchini. Uważamy, że zakupione tereny doskonale nadają się, jako lokalizacja projektowanej dzielnicy mieszkaniowej. Bogate doświadczenie Pirelli Real Estate w zakresie tworzenia tego typu inwestycji wskazuje, że prawidłowe zidentyfikowanie i zaprojektowanie stref buforowych pozwala na koegzystowanie i rozwój terenów nieprzemysłowych i przemysłowych - czytamy w kolejnym komunikacie prasowym przysłanym przez Pirelli RE.

Inni na ten sam temat:

Zdjęcie walcowni autorstwa Jędrzeja Sokołowskiego pochodzi z materiałów prasowych ArcelorMittal. Pozostałe, robione komórką, to moje nędzne próby.

16 września 2008

Zaproszenie

Redakcja miesięcznika STOLICA
zaprasza twórców warszawskich stron internetowych, forów i blogów
na debatę

„Syrenka w sieci” czyli E-Warszawiacy! Spotkajmy się w realu.


21 września, godzina 11:00, BUW ul. Dobra 56/66, sala C
(debata w ramach Warszawskiego Salonu Książki)

Spotkanie z udziałem socjologów, varsavianistów i internautów poprowadzą autorzy stron
www.warszawa1939.pl i www.werttrew.fora.pl.

Będzie to pierwsze spotkanie w realu wszystkich zainteresowanych Warszawą w Internecie. Stanie się ono okazją do zwrócenia uwagi mediów i opinii publicznej na fenomen warszawskich stron internetowych oraz na ich autorów - ludzi z pasją i ciekawym dorobkiem.

Podczas spotkania przedstawiony zostanie projekt regulaminu konkursu na najlepszą stronę internetową oraz wręczone zostaną nagrody za rok 2008, przyznane przez miesięcznik STOLICA.

Więcej informacji na stronach:
www.warszawa-stolica.pl,
www.warszawa1939.pl
www.werttrew.fora.pl

15 września 2008

Bitwa o handel

"Gazeta Stołeczna" donosi z samego rana, że miasto zamierza zerwać negocjacje z handlarzami z placu Defilad. Decyzja zaskakująca, odważna, ryzykowna, lecz generalnie słuszna.

To jedna z takich zadawnionych spraw, wokół których narasta z czasem tyle różnych "ale", że ciężko o jednoznaczną ocenę. W przypadku handlarzy z KDT czy ze stadionu te "ale" to przede wszystkim miejsca pracy sporej rzeszy ludzi. Ludzi, którzy zaczynali od łóżek polowych, ale z czasem jednak zalegalizowali działalność, płacą niemałe podatki i opłaty za wynajem stanowisk handlowych, mają stałych klientów itd.

Słowem - kupcy. Unikam tego słowa, bo po pierwsze uważam, że jednak znaczy ono coś innego, a po drugie dlatego, że sobie na to nie zasłużyli. W moich oczach stracili, gdy zaczęli szantażować blokowaniem i demolowaniem miasta. Po prawdzie stracili też wtedy w moich oczach prawo do negocjowania jakichkolwiek przywilejów, choć wcześniej skłonny byłem przymknąć oko na to, że są traktowani lepiej od innych, nie mających odpowiedniej masy krytycznej, handlarzy.

Ale co do zasady jestem zdania, że miasto nie powinno nikomu załatwiać działek pod działalność na preferencyjnych warunkach, wchodzić w spółki, udzielać rabatów i głosować 30-letnich dzierżaw bez przetargów. Nie jest to praktyka wolnorynkowa, a w przypadku placu Defilad wprost prowadziłaby do trwania w tym miejscu handlu o formie i treści, która po prostu powinna się przenieść ze ścisłego centrum na peryferia. To nie znaczy, że do szczęścia potrzebne mi są w Centrum tylko drogie domy handlowe - proszę bez demagogii. Ale choć jeden dom handlowy z prawdziwego zdarzenia, taki jakiego w stolicy nie ma od wojny, to bym kiedyś chciał zobaczyć tak nawiasem mówiąc. Znaczy to mniej więcej tyle, że wolałbym, by po drugiej stronie pl. Defilad względem Muzeum Sztuki Nowoczesnej stanął jakiś inny budynek, niż tylko zgrabniej opakowany blaszak KDT, np. jakaś instytucja kultury o odpowedniej randze i miastotwórczym potencjale.

Choć obawiam się, że działka może się okazać zbyt wartościowa ;)

Dlatego, jeśli pani prezydent nie - przepraszam za kolokwiazlizm - zabraknie jaj, by uciąć te wszystkie negocjacje z handlarzami i powiedzieć im wprost, że jak chcą dalej działać, to muszą się pogodzić z tym, że warunki dostaną takie jak wszyscy inni - będę pełen podziwu.

14 września 2008

Równowaga w architekturze [']

Ledwie doba minęła od weneckiego sukcesu rodzimej, może nie architektury, myśli architektonicznej raczej, a tu dotarła do mnie smutna wiadomość. Odszedł Andrzej Kiciński, architekt, urbanista, laureat Honorowej nagrody SARP w 1997 roku.

Nie miałem okazji poznać go osobiście, ale zawsze będzie mi się kojarzył z uporczywą obroną Sadów Żoliborskich przed styropianem. Obroną nieskuteczną, obroną, w której ulec musiał pod naporem estetycznego chamstwa i przestrzennej ignorancji.

Będę go tez pamiętał jako autora koncepcji uczłowieczenia zdegenerowanego placu Wilsona. Przypomniała ją ostatnio Gazeta Stołeczna walcząca wraz z przyjaciółmi z żoliborskiego forum z wszędobylskimi bankami. Koncepcja Kicińskiego została wybrana przez mieszkańców dzielnicy w niezobowiązującym referendum, po czym tradycyjnie zaginęła gdzieś w urzędowych archiwach. Nie doczekała się realizacji ani nawet poważnego potraktowania i do dziś pozostaje niespełnionym marzeniem. Już nie autora, ale naszym - żoliborzan - nadal. Mam nadzieję, że zostanie kiedyś zrealizowana choć w części.

Kapusta kiszona w sosie curry

W weekendowej bieganinie zapomniałem o jedzeniu. Wpadłem więc w drodze do domu do marketu w poszukiwaniu "czegoś na obiad". Wrzucę na woka kurczaka i trochę warzyw i jakoś to będzie - pomyślałem. Ale w dziale mięsnym pustki - tak jakby w weekend ludzie nie jedli. Kurczak? Nie ma. Mielone? Nie ma. Nauczony doświadczeniem w takich sytuacjach lecę do mrożonek - kurczaka na woku można w miarę łatwo zastąpić krewetkami.

Gdy już nabyłem podstawowy składnik, skierowałem się do równie ubogiego tego dnia stoiska z warzywami w poszukiwaniu czegoś, co w moim mniemaniu miało się nadawać do stworzenia jakiegoś pseudoazjatyckiego dania. I gdy tak sobie dumałem między kapustą, porem i cebulą, podeszła do mnie starsza, niezbyt wysoka Azjatka. W ręku miała maleńką torebkę... kiszonej kapusty. Łamaną angielszczyzną poprosiła o pomoc - nie była w stanie znaleźć tego wytworu lokalnej kuchni i tradycji na samoobsługowej wadze. Mnie zresztą też sprawiło to problem, bo system nie jest intuicyjny - na przyciskach są obrazki, ale ułożone w kolejności alfabetycznej nazw, które nigdzie nie są wypisane. A kiszona kapusta i tak jest na końcu. Symbolizuje ją, dla ułatwienia, rysunek beczki :)

Z rozpędu pomogłem jej jeszcze zważyć pomidory, za co zostałem uraczony szerokim uśmiechem, czymś, co pewnie znaczyło dziękuję i kilkunastoma głębokimi pokłonami pani i towarzyszącego je mężczyzny. Całe zdarzenie pozbawiło mnie złudzeń, co do możliwości naśladowania azjatyckiej kuchni, więc kupiłem garść warzyw, gotowy tajski sos curry i pognałem do domu.

Tak wygląda kuchnia fussion w Warszawie :)

Budzi się we mnie kibic

Wszyscy trzej stali czytelnicy wiedzą, że rodzima liga piłkarska interesuje mnie wyłącznie w kategoriach statystycznych - tzn. staram się wiedzieć co i jak, śledzę wyniki, ale kibicowanie rodzimym drużynom mnie nie grzeje, poziom gry zaś zniechęca. Są jednak takie chwile, gdy budzi się we mnie kibic i gdy tym bardziej marzy mi się, że kiedyś chodzenie po mieście w koszulce jednego ze stołecznych klubów nie będzie ryzykowne ani nie będzie się ludziom kojarzyć z bandyterką. Proszę Państwa - oto czubek ligowej tabeli po 5. kolejce - na prowadzeniu dwie warszawskie drużyny. To nie zdarza się często! A stan ten się pewnie utrzyma jeszcze tydzień, bo Wisła przegrywa właśnie z Lechem 1:4 i wyżej dziś nie podskoczy.

-----{ edit }-----

Jak na zawołanie pod domem przeszła właśnie wataha drących się, najebanych kiboli jednego z wzmiankowanych klubów. I od razu kibic we mnie trochę jakby skarlał.

-----{ edit, 15.09.08, 21:18 }-----

Jak widać, sprawa budzi emocje i nie jest w dodatku wcale taka oczywista. Ale koniec końców i tak wychodzi na nasze ;)

źródło obrazka: onet.pl

Złoty Lew w Wenecji - uzupełnienie

Informacja o sukcesie polskiego pawilonu w Wenecji rozeszła się wczoraj lotem sms-owej błyskawicy wśród ludzi zainteresowanych architekturą. Krótka notka zyska pewnie, gdy się ją uzupełni o fakty.

Po pierwsze, sukces jest tym większy, że pierwszy - do tej pory nasze pawilony w Wenecji nie wygrywały. A po drugie tym milszy, że ze wszech miar warszawski - zespół, który go stworzył jest w przeważającej części stąd a i inspiracje czerpał głównie ze stołecznej architektury. Jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć więcej o pawilonie i pracach, które zapewniły mu zwycięstwo - odsyłam do informacji na portalu gazeta.pl.

I jeszcze raz - serdecznie gratuluję, Herr Freitag ;)

13 września 2008

12 września 2008

Siedem lat dziennikarstwa z internetem w tle

Marta Klimowicz w krótkim tekście poświęconym dziennikarstwu obywatelskiemu stawia pytania dotyczące relacji między rodzimą blogosferą, a mediami tradycyjnymi:

Czy dziennikarstwo obywatelskie w Polsce doczeka się dnia, kiedy niusy od internautów czy wpisy blogerów będą traktowane z co najmniej taką samą powagą, jak doniesienia największych telewizji? Trudno powiedzieć. Chciałabym jednak wierzyć, że polskim dziennikarzom obywatelskim uda się choć jeden raz przełamać monopol mediów tradycyjnych i faktycznie móc tworzyć opinie, wpływać na rozwój sytuacji społecznej (choćby w małej społeczności lokalnej) i informować szybciej oraz na wyższym poziomie, niż czynią to opłacani dziennikarze.
Jako osoba wykonująca zawód dziennikarza, pisząca bloga związanego tematycznie - przynajmniej częściowo - z pracą i śledząca uważnie różne miejsca w polskiej blogosferze nie jestem wprawdzie reprezentatywny, ale i tak poczułem się wywołany do tablicy.

Marta - a przed nią, na łamach "Dziennika" także inni bloggerzy (pozostałe linki poniżej) - zdaje się sugerować, że przyczyną niewielkiej siły przebicia blogerów do mainstreamowych mediów jest lekceważenie dobrze opłaconych, zadowolonych z siebie dziennikarzy z gazet i telewizji wobec wysiłków autorów "skazanych" na sieć. Nie zgadzam się z tym, choć nie zamierzam wcale bronić kolegów po fachu. Owszem, lekceważą. Ale przyczyną nie jest ignorancja, tylko specyficzna odmiana cyfrowego wykluczenia. Nie chcę przy tym nadużywać tego terminu - stosuję je, by skierować skojarzenia na właściwe tory.

Blogerzy - przy czym nie mam na myśli wszystkich, a raczej tylko tych, o których pisze Marta, czyli takich, którzy na swoich blogach piszą często lepiej, mądrzej i rzetelniej od zawodowców - to w przeważającej większości ludzie stosunkowo młodzi; średnia wieku jest wśród nich na pewno znacznie niższa, niż w jakiejkolwiek tradycyjnej redakcji (wyłączam portale, nawet te podpięte pod tradycyjne media, jak gazeta.pl czy tvn24.pl - tu średnia też jest niższa). W redakcjach wciąż dominują ludzie, którzy traktują internet raczej narzędziowo, niż źródłowo.

To znaczy mniej więcej tyle, że umieją wysłać maila i ewentualnie przeczytać wiadomości w sieci, ale już ze znalezieniem sensownej informacji mają problem. Z naciskiem na słowo "sensowna". Owszem, umieją skorzystać z Google, rzadziej z Wikipedii i na tym koniec. Dalej od tych - znanych im raczej jako marki i to bardziej z łam tradycyjnych mediów, niż z własnego doświadczenia - utartych szlaków stają się bezradni.

Nie zliczę, ile razy widziałem opad szczęki starszych stażem i wiekiem kolegów, gdy sprawdzałem im coś na Google Maps. Poza kilkoma osobami, które sam zaraziłem Gmailem, potem Google Readerem i Google Docs, nie spotkałem się właściwie w pracy z ludźmi, którzy umieliby skorzystać z czytnika RSS (zresztą często, nawet gdyby chcieli, to by nie mogli, bo ich redakcja nie pozwala instalować softu czy choćby pluginów do FF). Szczytem jest umiejętność wysłania maila ze smarfonu, a w większych firmach, pod instytucjonalnym przymusem, korzystanie z kalendarza umożliwiającego umawianie spotkań itp.

O takich narzędziach, jak serwis Google Finance w ogóle nie słyszała większość redaktorów gazet ekonomicznych w Polsce. Podobnie, jak nie spotkałem się z dziennikarzem, który stosuje wprost wymarzone w naszym zawodzie Google Alerts. A wnioskuję z faktu, że wygrzebane tam przez nas (mnie i zarażonych kolegów) z ich pomocą newsy były dla nich absolutnym zaskoczeniem. Ba, większość moich kolegów nie korzysta nawet z zakładek! Nie dodają nic do ulubionych!

A przecież, by korzystać z RSS-ów (czy w inny sposób obcować z blogosferą) trzeba jeszcze umieć sobie do nich coś dodać. Umieć nie tylko w sensie technicznym, ale przede wszystkim merytorycznym. Z gąszczu blogów i blogasków trzeba wyłowić to, co jest warte uwagi, wyrobić sobie intuicję, która pozwoli ominąć linki nie warte uwagi, a trafić na to, co jest ważne. Wielu z nich czyta wiadomości na portalu tak, jak w papierowej gazecie, a poza tym z internetowego potoku informacji wyłapać umie tylko jedno - ataki na siebie. Te są bowiem czytelne i formułowane wprost; by zrozumieć, że ktoś jest dla Ciebie chamski nie trzeba żadnej dodatkowej kompetencji.

Przyczyny tego stanu są jednak bardziej złożone, niźli tylko zwyczajna ignorancja. Pierwszą już poniekąd wymieniłem - jeśli z całej masy informacji dostarczanych przez okno przeglądarki najlepiej rozpoznaje się bluzgi pod adresem własnej pracy, można sobie po prostu dość szybko wyrobić o internecie jednoznacznie negatywne zdanie i to nawet, jeśli się wie, że ma on inną stronę. Niektórym - także w mediach - wydaje się po prostu, że skoro w sieci jest tak, jak jest (a stykają się z nią właśnie od tej strony - komentarzy pod swoimi tekstami), to nie muszą się w nią zagłębiać; "niech inni to robią, ja sobie dam radę bez internetu". To trochę tak, jak z tabloidami - większość poważnych ludzi, wśród nich dziennikarze, się nimi brzydzi, nawet jeśli ma świadomość, że czasami trafiają one na grube afery i mają rację w ich piętnowaniu.

Kolejna przyczyna też wiąże się z "komentarzami pod moim tekstem" - dla dziennikarzy wychowanych w przedinternetowych czasach sieć to nic ponad rubryka "listy od czytelników". Można je czasem wydrukować, znaleźć między nimi ciekawy temat, może nawet newsowy, ale prędzej interwencyjny.

Patrząc na to szerzej - gdy dzisiejsi blogerzy stawiali swoje pierwsze kroki w usenecie czy później na forach dyskusyjnych i uczyli się odróżniać trolla od sensownego oponenta, ci którzy dziś robią tradycyjne media dawno już w nich byli i doskonale radzili sobie zarówno bez wszystkich tych narzędzi, jak i bez źródeł, jakimi mogłyby być blogi. I ta możliwość nie bardzo ma się jak przebić do ich świadomości. No bo którędy, skoro na temat blogosfery wiedzą tyle, co przeczytali we własnej gazecie? Doskonale pokazał to fenomen Naszej Klasy, który w tradycyjnych mediach był opisywany bez zrozumienia, częściej zaś służył jako pretekst do pisania sensacyjnych artykułów.

Tu jednak docieramy do innego problemu - jakości rodzimych mediów jako takich oraz ich postępującej tabloidyzacji. Nie chcę tego wątku rozwijać, choć związek jest oczywiście bardzo silny. Spuentować chcę inaczej.

Zmieniłem ostatnio pracę. Porzuciłem tradycyjną prasę i zajmuję się stroną internetową kanału telewizyjnego TVN Warszawa. Nie, nie wiem kiedy rusza ;) Pracuję z bardzo młodym zespołem, co ma swoje plusy i ma minusy. Pocieszające jest to, że pośród nich są tacy, którzy wiedzą, co to RSS. Choć obawiam się, że gdy przyjdzie im decydować o tym, co jest wartościowym źródłem, to kolejne pokolenie użytkowników będzie się już dawno wyrażać w innej formie i narzekać, że ci tetrycy z czasów web2.0 ich nie kumają.

"Dziennika" debata o blogach:
Inni na ten temat:


PS: A skoro już tyle osobistych wstawek, to chciałem o jednym zbiegu okoliczności. Marta pisze, że dziennikarstwo obywatelskie zaczęło się rozwijać po 9.11.2001. Jeśli tak, to mnie zbliża do blogerów - moja przygoda z dziennikarstwem newsowym zaczęła się właśnie wtedy. Stażowałem wtedy w dwutygodniku "Viva!", który oczywiście dzień po ataku na WTC zaczął szykować specjalne wydanie. Trzeba je było przygotować w tempie, które zwykle w tej redakcji było niespotykane. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy, jak pracuje się w prawdziwej redakcji i muszę przyznać, że mi się to spodobało. A że mój staż w "Vivie!" upływał głównie na pisaniu na forach dyskusyjnych, to można powiedzieć, że byłem jednym z tych początkujących obywatelskich dziennikarzy, którym się udało przebić :)

Fraszka na zderzacz hadronów

Gdy we wnętrzu wielkiej beczki
dwie pierdolną się cząsteczki,
wtedy światło zgaśnie wszędzie
i ni chuja nic nie będzie.

Jak zwykle bezbłędny
Dyżurny Satyryk Miasta, mp :)

11 września 2008

Ministerstwo dziwnych kroków

Późno, więc krótko na koniec dnia. Spotkałem się dziś z kilkoma osobami, którym zależy na tym, by zbliżający się wielkimi krokami Rok Chopinowski - 2010; nie pytajcie, co do tej pory zrobiły oficjalne gremia - nie zakończył się blamażem Warszawy.

W miłym wnętrzu pewnej żoliborskiej, generalskiej willi przypadła mi w udziale rola defetysty; z żalem tłumaczyłem, że w ramach warszawskiego ratusza w półtora roku zorganizować obchody na skalę oczekiwań i wizji uczestników spotkania jest rzeczą fizycznie niemożliwą. Myślałem, że w tej działce nikt mnie nie przelicytuje, ale to co usłyszałem na temat Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina (mam nadzieję, że nie mylę różnych instytucji) przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Okazuje się bowiem, że mamy w Polsce państwową instytucję, utrzymywaną z podatków, której celem jest pilnowanie, czy muzyka Chopina jest poprawnie wykonywana, interpretowana zgodnie z kanonem i przy okazji, czy nie szarga się jego nazwiska (przy czym do kategorii szargania zaliczono tam pomysł wyprodukowania breloczków "w kształcie kompozytora" grających jego muzykę, a pomysł wypuszczenia markowych czekoladek z jego nazwiskiem po latach dywagacji utknął tam ponoć na amen).

Bazuję na opiniach, których nie weryfikowałem, więc pewności mieć nie mogę, argumentów drugiej strony nie znam, ale to co usłyszałem od znanych mi osób, którym wierzę - było porażające. Oczywiście w swoim statucie (instytut ma też własną ustawę, radę i kapitułę ochrony wizerunku, a co, nie stać nas?) instytucja ma zapisane także inne cele, ale ponoć w praktyce jej rola sprowadza się do pilnowania, by nikt nie grał mistrza inaczej, niż ustawa - niemal dosłownie - przewiduje.

Im dłużej o tym myślałem, tym mniej w to wierzyłem. Zakładam, że sama instytucja jest jednak potrzebna i że gdzieś tam pomiędzy niechęcią moich kolegów przemyca pewnie jakieś ważne, potrzebne działania. Jestem tego wręcz pewien. Ale samo to, że ktoś może powołać publiczną instytucję, która ma pilnować sposobu grania czyjejś muzyki - to jest dla mnie niepojęte.

Jeśli się mylę, jeden czytelnik na pewno zaraz nam to w komentarzach wyłoży. Albo przeciwnie - ubarwi to jakimś konkretami. Liczę na niego, a on na pewno wie, że to jego mam na myśli.

Okazuje się jednak, że może być nawet lepiej - bez żadnej ustawy, bez jakichkolwiek wytycznych własną komisję do weryfikacji artystów (sic!) powołać chcą władze warszawskiego Śródmieścia. Zajęciem nowej grupy urzędników będzie ocenianie, który artysta zasługuje na to, by występować przy wyremontowanym - i, w domyśle, zasługującym na porządnych artystów, a nie na jakieś rzępolenie - Krakowskim Przedmieściu (sic po dwakroć!).

Jeśli więc uczestnicy spotkania liczyli, że przesadzam i w warszawskim ratuszu ktoś podchwyci ich entuzjazm i energię, to teraz już wiedzą.

Duch Monty Pythona emanuje z Pcimia na cały kraj.

Bądź czujny!



Pouczające.
Znalezione na Supergigancie.

10 września 2008

Bój w hucie

Lada dzień Bielany staną się areną międzynarodowego konfliktu interesów. Właściciel warszawskiej huty nie chce, by w sąsiedztwie powstały mieszkania. Zamierza blokować zmiany w studium zagospodarowania przestrzennego planowane przez ratusz. Tymczasem działki są już w rękach dewelopera, który chce tu zbudować domy dla 100 tysięcy ludzi.

Stronami w sporze są dwa międzynarodowe koncerny. Włosi z Pirelli Real Estate kupili w czerwcu tego roku 93,5 hektara terenów w sąsiedztwie huty i zapowiedzieli kolejne transakcje; łącznie nawet 300 ha. W ciągu 15 lat chcą zbudować nową dzielnicę mieszkaniową, porównywalną z Miasteczkiem Wilanów. Tylko w pierwszym etapie powstać ma 8400 mieszkań. Pomysł nie podoba się jednak właścicielowi zakładu, światowemu potentatowi metalurgicznemu, firmie ArcelorMittal.

Początkowo wszystko wskazywało, że to właśnie ArcelorMittal dogadywał się z Pirelli. Dopiero, gdy transakcja stała się faktem, wyszło na jaw, że ziemię kupiono od rodziny i firmy Lucchini. Byli właściciele warszawskiej huty sprzedali ją w 2005 roku, ale zachowali grunty sąsiedztwie. Bardzo sprytnie, biorąc pod uwagę fakt, że chodzi o setki hektarów położonych dwa kroki od końcowej stacji pierwszej linii metra. Drugiej takiej rezerwy w Warszawie nie ma.

Na zlecenie Pirelli wstępny projekt zagospodarowania tego terenu opracował prof. Stefan Kuryłowicz z zespołem. Deweloper złożył go w ratuszu w formie projektu planu miejscowego. Nie jest to nowa praktyka - w ten sam sposób postąpił Prokom, dla którego Guy Perry zaplanował Miasteczko Wilanów. Wspominam o tym głównie dlatego, by przypomnieć, co może się stać między planowaniem a realizacją. Sam Perry ma na ten temat dość ostrą opinię. Tym razem sytuacja jest jednak trochę inna - plany Pirelli są niezgodne ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Warszawy, które przewiduje na tym terenie tylko działalność usługowo-przemysłową. Zmian w tym dokumencie dokonać może Rada Warszawy, na wniosek władz miasta.

Taki wniosek trafił do rady z miejskiego biura architektury pod koniec sierpnia, ale został wycofany do poprawy. Wiadomo, że zawiera listę około 30 poprawek, wśród nich także te sugerowane przez włoskiego dewelopera. Osobiście zgadzam się z urbanistami, którzy mówią, że ciężki przemysł w granicach Warszawy nie ma przyszłości i prędzej czy później huta musi ustąpić normalnej miejskiej tkance. Zdawało się, że i władze Warszawy podzielają ten tok myślenia.

Teraz wszystko staje pod znakiem zapytania - dowiedziałem się właśnie, że ArcelorMittal zamierza oprotestować zmianę w studium.

- Złożyliśmy wniosek do planu. Domagamy się utrzymania obecnego przeznaczenia terenu Huty oraz terenów z nią sąsiadujących na działalność produkcyjno usługową - poinformowała TVN Warszawa Ewa Karpińska, rzecznik ArcelorMittal Warszawa. Jej zdaniem pomysł budowy osiedla w sąsiedztwie zakładu jest absurdalny. - Huta ograniczyła w ostatnich latach oddziaływanie na środowisko. Zakład zmniejszył emisję pyłów o 89,3%, a emisję gazów o 63,4% - zachwala, ale od razu dodaje: - Wielki zakład przemysłu ciężkiego nie jest wymarzonym sąsiadem "przez ścianę". Chociażby dlatego, że trzeba do niego dostarczyć drogą kolejową i za pomocą ciężarówek przynajmniej 700 tysięcy ton złomu rocznie i wywieźć - głównie TIR-ami - 600 tysięcy ton wyrobów gotowych.

Liczby robią wrażenie, a mogą jeszcze wzrosnąć, bo zakład uruchomił właśnie nową walcownię, która może dostarczyć nawet 650 tysięcy ton stali rocznie. Nie oszukujmy się jednak - to nie z troski o warszawiaków koncern zamierza bawić się w prawną przepychankę z deweloperem i miastem. Dla właścicieli huty sąsiedztwo dzielnicy zamieszkiwanej nawet przez sto tysięcy ludzi to potencjalne zarzewie konfliktów, a zmiana w studium to pierwszy krok ku likwidacji zakładu. Nic więc dziwnego, że próbują powstrzymać inwestycję i przychylnych jej urzędników (ratusz nie wykluczył nawet przedłużenia pierwszej linii metra do terenów zabudowanych przez Pirelli).

Co na to deweloper? - Pirelli Pekao Real Estate nie ma w zwyczaju odnosić się do nieoficjalnych informacji bądź spekulacji. Firma prowadzi obecnie rozmowy z Urzędem Miasta na temat zmian w studium zagospodarowania terenów byłej Huty Lucchini - czytamy w komunikacie przysłanym do redakcji TVN Warszawa.

Warto dodać, że usunięcie strefy przemysłowej ze studium nie oznacza jeszcze likwidacji huty. Oznacza jednak, że nie będzie jej można rozbudować ani zmodernizować. Dla zakładu to wyrok powolnej śmierci. Z perspektywy większości warszawiaków, którzy nie pracują w przemyśle hutniczym, to żadna strata.

Ale dla miasta to ogromne wyzwanie - jak znaleźć równowagę między interesem mieszkańców, dewelopera i zakładu przemysłowego? To, że ten problem się pojawi było jasne, gdy tylko Pirelli potwierdziło, zakup działki. Także dla urzędników, którzy o zamiarach Włochów wiedzieli znacznie wcześniej. Już wtedy ArcelorMittal zapowiadał, że huty zamykać nie zamierza, a mimo to inni zaangażowani w sprawę między wierszami sugerowali, że prowadzą rozmowy z właścicielem huty, które wskazują, że to jednak jest możliwe. Decyzja o oprotestowaniu propozycji zmian w studium sugeruje, że albo nie było żadnych rozmów, albo też do niczego nie doprowadziły.

Zdjęcie satelitarne pochodzi z Google Maps, pozostałe ilustracje z materiałów prasowych Pirelli Pekao Real Estate.

Zwykle nie zamieszczam na blogu materiałów newsowych - to moja praca. Mam jednak dwa powody, by zrobić wyjątek. Po pierwsze, chwilowo nie mam gdzie opublikować newsa. A po drugie chodzi o temat, którego pilnuję od samego początku, tj. od maja 2007 roku, kiedy wspólnie z Radkiem Góreckim z dziennikowych "Nieruchomości" dowiedzieliśmy się o planach włoskiego koncernu.


Co do tytułu... sorry... musiałem ;)

09 września 2008

Są i dobre wiadomości...

Skandal z Muzeum Sztuki Nowoczesnej trwać będzie pewnie dalej. Tymczasem dobra wiadomość nadeszła wczoraj niespodziewanie z innego kierunku. Udało się wybrać wykonawcę pierwszego etapu budowy Stadionu Narodowego.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął od zwrócenia uwagi, że nie jest to miejska inwestycja, więc i sukces ten nie idzie na konto ratusza. Ale to drobna szpilka - ważniejsze, że się udało. Przyznam się, że gdy "Dziennik" wespół z częścią działaczy PO doprowadził do odwołania Michała Borowskiego ze stanowiska prezesa Narodowego Centrum Sportu, miałem obawy. - Cokolwiek by o Borowskim nie mówili, wziąłby to za twarz i doprowadził do końca. A tak czekać tylko, aż się wysypie - wieszczyłem. Moje obawy potwierdzała informacja sprzed kilku dni, o tym że w ramach procedury przetargowej do NCS wypłynęło mnóstwo zapytań, co naprawdę groziło opóźnieniami. A jednak się udało i nawet w budżecie się zamknęli, co nie jest łatwe. Chylę czoła, wycofuję się ze swoich słów i zaczynam wierzyć, że to się jeszcze może udać. Na razie na Euro 2012 gotowy jest jeden stadion. W Dniepropietrowsku.

Dobre i to ;)

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.