Instagram

24 lipca 2008

Dlaczego jadę?

Jutro ostatni piątek miesiąca, więc przez Warszawę przejedzie Masa Krytyczna budząc wściekłość stojących w korkach kierowców. Nie wiem jeszcze, czy będę w niej jechał, zależy od czasu i od pogody - nie jestem aż takim fanatykiem, by jechać w ulewnym deszczu. Generalnie jednak Masie kibicuję i popieram, co staje się częstym zarzewiem sporów ze znajomymi, zresztą nie tylko zmotoryzowanymi. Postanowiłem spójnie odpowiedzieć na pytanie, czemu jeżdżę w Masie Krytycznej.

Po pierwsze - dla zabawy. O, widzę już jak na czołach kierowców nabrzmiewają żyły, w płucach gromadzi się powietrze niezbędne do tego, by na jednym wydechu wymienić wszystkich, których kosztem się ta moja zabawa odbywa, ze sobą na końcu, a rodzącymi matkami w taksówkach i umierającymi pacjentami w karetkach włącznie. Stop! Proszę, nie trzeba - znam te argumenty i wiem, że "dla zabawy" to odpowiedź niezbyt przekonująca. Więc nie próbując nikogo przekonać tłumaczę: dla zabawy, bo jazda w peletonie to naprawdę fajne doświadczenie, które nijak ma się do jazdy solo, w duecie lub nawet w kilkunastoosobowej grupie. To pierwszy, subiektywny i najsłabszy argument.

Świadom jego słabości dodam jednak, że Warszawska Masa Krytyczna to nie tylko przejazd rowerowy, ale też mnóstwo dodatkowych elementów w postaci konkursów, stoisk ekologów, organizacji pozarządowych, sporo dobrej zabawy dla ludzi w różnym wieku, często koncerty, prawie zawsze jakiś motyw przewodni. Słowem - rodzaj pikniku, na który warto wpaść, choćby po to, by zobaczyć prawdziwą twarz "terroryzujących miasto chuliganów na rowerach". To także dobra organizacja - rowerowe pogotowie ratunkowe i ekipa, która dba o to, by Masa nie zablokowała przejazdu karetkom czy straży pożarnej. W dużym skrócie jest to spore przedsięwzięcie logistyczne, w które ktoś wkłada pewien wysiłek, a nie spontaniczny, chuligański wybryk.

Po drugie - dlatego, że zgadzam się z naczelnym postulatem Masy. Chodzi oczywiście o budowę ścieżek rowerowych, które w Warszawie istnieją w formie zalążkowej, których nie buduje się mimo obietnic i obowiązku, i które są wciąż traktowane przez stołecznych urzędników jak fanaberia małej grupki fanatyków, podczas gdy powinny być tak oczywistym elementem miejskiego systemu komunikacji, jak przejścia dla pieszych i znaki drogowe. To z kolei argument o tyle słaby, że zwykle także kierowcy samochodów go popierają. Choć w toku sporu o Masę, prowokowanego tym, że właśnie dzień wcześniej utknęli w korku i stracili przez to kupę czasu, rzadko się przyznają, że w duchu myślą: niech już mają te ścieżki, jeśli przestaną korkować miasto.

Właśnie, korkować miasto. Masa budzi emocje, bo powoduje korki, w których zwykle stoją Bogu ducha winni - przynajmniej we własnej opinii - kierowcy i pasażerowie. Ci ostatni może faktycznie są winni najmniej, choć przyznam, że nie przekonuje mnie argument iż nie wiedząc o Masie narażeni zostali na przykrą niespodziankę. Bo - i to po trzecie - jeżdżę w Masie także dlatego, by pokazywać warszawiakom, że warto wiedzieć, co się dzieje w mieście. Choćby przez wzgląd na własny czas i interes; zgodzę się nawet na interpretację, że to brutalna walka o poszerzanie czytelnictwa miejskiej prasy ;)

A bardziej poważnie; ktoś, kto w ostatni piątek miesiąca pakuje się w korek spowodowany Masą musi umieć dostrzec związek między swoją sytuacją, a tym, że nie interesuj się, co dzieje się mieście tak, jak tylko siebie może winić pasażer, który o zmianie trasy tramwaju dowiaduje się, gdy budzi się nie na tej pętli, co trzeba. Są wypisane na ulotkach, przystankach, tablicach w środku i na zewnątrz, w gazetach, radiu, telewizji i internecie - trzeba się naprawdę starać lub po prostu mieć to gdzieś, by dać się zaskoczyć.

Zwykle w odpowiedzi pada argument, że Masa niczym się zatem nie różni od demonstracji górników demolującej miasto. W skrajnym przypadku sprowadza się Masę do (eko)terroryzmu. Przyznaję, że - jak chyba każdym mieszkaniec każdej stolicy - nie jestem entuzjastą manifestacji ulicznych. Z drugiej strony zawsze broniłem wolności zgromadzeń i prawda do demonstrowania swoich poglądów bez względu na to, czy robią to geje, zwolennicy Radia Maryja, czy rowerzyści.

Rozbierając fenomen Masy Krytycznej na czynniki pierwsze w toku dyskusji usłyszałem kiedyś, na czym miałaby polegać różnica między Masą a innymi demonstracjami - te drugie są uciążliwe niejako mimochodem, ta pierwsza - celowo. Jako dowód podaje się uciążliwy termin; piątkowe popołudnie. I pyta się, czy nie można by tego robić np. w weekend. Organizatorzy odpowiadają: - Gdyby chodziło o promowanie weekendowych wycieczek do parków, to czemu nie. Ale nam chodzi o to, żeby pokazać i przypomnieć, że rower może być środkiem codziennej komunikacji. I dodają, że piątkowe popołudnie jest terminem przyjętym przez organizatorów Masy na całym świecie, choć oczywiście są wyjątki, także w Polsce. Ale są i takie miejsca, gdzie masy odbywają się wcześniej. W domyśle: w samym środku popołudniowego szczytu.

I to kolejny z moich argumentów: Warszawska Masa Krytyczna jest od wielu lat imprezą legalną, zgłaszaną władzom miasta, ochranianą przez policję, zapowiadaną przez media. Jej organizatorzy, nie rezygnując z formy, która ma przecież anarchistyczne korzenie, zrobili wszystko, by ją ucywilizować i wprowadzić do kalendarza stałych wydarzeń w mieście, uczynić przewidywalną. Porównanie do manifestacji ulicznych jest zrozumiałe, ale z drugiej strony Masę można równie dobrze porównać do wszelkich pikników, plenerowych koncertów, które też czasem urządza się na zamkniętych ulicach. Uprzedzając argument; tak, jako że się przemieszcza, jest nieco trudniejsza do ogarnięcia, ale z drugiej strony to oznacza, że w każdym miejscu przeszkadza tylko 15 minut :P

Wreszcie argument najistotniejszy, który przebija się w dyskusjach najtrudniej, bo podważa niewypowiedziane założenie czynione przez tych, którzy stoją w korkach. Podświadomie zakładają oni, że ulica jest z definicji miejscem przeznaczonym dla samochodów. Że to jest jej główna i w zasadzie jedyna funkcja i że rower, jeśli w ogóle, ma na niej tyle miejsca, ile jest niezbędne dla poruszania się. Ja tymczasem twierdzę, że to czemu służy publiczna przestrzeń jaką stanowi droga, jest kwestią społecznie negocjowalną i udział w masie to mój głos w tych negocjacjach.

W Egipcie ulice pełnią funkcję pastwisk dla kóz i wielbłądów, mieszkańcom Kairu obca jest nawet idea przejścia dla pieszych. W Chinach ulice są właściwie głównie ścieżkami rowerowymi. We Włoszech są polem wiecznej walki między samochodami a skuterami. W Warszawie są zaś zdominowane przez samochody, ale ten fakt, jak by go nie oceniać, nie jest stanem danym raz na zawsze. Niestety, do świadomości mieszkańców stolicy i decydentów tejże przebić nie może się nawet tak prosty pomysł podważający status quo, jak wytyczenie buspasów. Nic więc dziwnego, że nikt nie dopuszcza do siebie myśli, że masa rowerzystów mogłaby stanowić równoprawną grupę użytkowników ulic. Nie, rowerzyści mogą się na własne ryzyko przemykać brzegiem trzypasmówki, mogą ryzykować slalom między włazami do kanalizacji przyciskani do krawężnika przez autobus - na tyle jest zgoda. Ale wyjechać w grupie? Zdominować ulicę? Tego nie mogą, bo... powodują korki.

A przecież Warszawa stoi w korku codziennie, nie tylko w ostatni piątek miesiąca. Skoro Masa powoduje te comiesięczne korki - warto zadać sobie pytanie, kto powoduje korki w zwykły dzień? Odpowiedź jest banalna, ale trzeba ją w tym miejscu wyartykułować: korki powodują kierowcy samochodów. Jadąc w Masie Krytycznej uświadamiam sobie uciążliwe dla innych konsekwencje swojej decyzji, a wyjeżdżający do pracy samochodem Kowalski musi sobie uświadamiać, że on właśnie tworzy korki. I niech nie pyta demagogicznie o matkami rodzące w taksówkach ani pacjentów umierających w karetkach, bo codziennie sam jest elementem takich samych sytuacji.

Znów wiem, jaki padnie argument; "ja jadę do pracy, a nie dla zabawy". I znów strzał do własnej bramki, bo o to właśnie chodzi rowerzystom - oni przecież właśnie o miejsce na jezdni w drodze do pracy tu walczą. A mus? Nie ma musu, by do pracy jeździć samochodem. Są inne środki komunikacji. Tak, jak uczestnikom Masy nikt nie kazał w niej jechać, tak kierowcom też nikt nie każe codziennie jeździć do pracy. Nie odmawiam im do tego prawa - ale też oni nie mogą mi odmówić prawa do tego, żeby raz w miesiącu zmienić układ sił.

W tym sensie - a nie tylko w takim, że rowerzysta ma prawo korzystać z ulicy - Masa nie różni się w swojej uciążliwości od tego, czym codziennie doświadczają swoje otoczenie kierowcy. Jeśli więc ktoś zza kółka czyni rowerzystom zarzut, że są świadomie uciążliwi i tym sposobem terroryzują miasto, to zasady logiki wskazują, że sam siebie powinien odsądzić od czci i wiary, codziennie robi bowiem dokładnie to samo. Ale zza kółka rzecz wygląda inaczej - z tej perspektywy droga nie jest przestrzenią publiczną o negocjowalnej funkcji; jest moja, najmojsza. Masa uświadamia, że dzieje się tak nie na mocy prawa, lecz tylko ze społecznego przyzwyczajenia. I rowerzyści starają się to przyzwyczajenie zmienić.

Tu często pada argument, że robią to w sposób nieskuteczny, skoro od pierwszych, nielegalnych, kończących się burdami z policją mas minęło dziesięć lat tymczasem ścieżek jak nie było tak nie ma, rowery jak były, tak są na ulicy z trudem tolerowane. I rzeczywiście jest w tym trochę prawdy - sam zastanawiam się pod wpływem argumentów znajomych, czy Masy nie można przenieść na weekend i tym gestem zdobyć poparcie nowej grupy warszawiaków? Tym bardziej, że coś się jednak ruszyło, czego sama ewolucja Masy jest jakimś wskaźnikiem. Odpowiadam więc: możliwe, dzięki za radę, warto ją przemyśleć - ale z tego argumentu w żaden sposób nie wynika, że rowerzyści nie mogą - raz w miesiącu i na krótko - podważyć utartego schematu, który nakazuje nam akceptować korki stworzone przez kierowców jako rzecz naturalną, korki powodowane remontami, jako coś nie do uniknięcia, a obecność rowerzystów na drodze jako sytuację anormalną. Zgoda, Masa nie jest dobrym punktem wyjścia do dialogu, ale jako rowerzysta wiem doskonale, że jeśli nie będę w Masie ani kierowca, ani urzędnik nie podejmie dialogu ze mną tylko zepchnie mnie z drogi.

-----------
Dziś o godzinie 18 wyruszamy trasą: Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Al. Jerozolimskie, Marszałkowska, Pl. Bankowy, Al. Solidarności, Towarowa, Prosta, Kasprzaka, Wolska, Połczyńska, Dźwigowa, Globusowa, Świerszcza, Traktorzystów, Wojciechowskiego, Keniga, Warszawska, Gierdziejewskiego, Cierlicka, Kościuszki, Bohaterów Warszawy, Plac 1000-lecia, Sławka, Dzieci Warszawy, Ryżowa, Kleszczowa, Al. Jerozolimskie, Rondo Zesłańców Syberyjskich (tunel), Al. Prymasa 1000-lecia, Kasprzaka, Prosta, Rondo ONZ, Al. Jana Pawła II, Al. Jerozolimskie, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście.


-----------{edit}-----------

Masa udała się średnio, gdzieś w 1/3 zaczęło padać i my dość szybko poniechaliśmy ścigania się z burzowymi chmurami. A że wpis o Masie okazał się bodaj najliczniej komentowanym w historii bloga, to dodam do niego jeszcze jeden link - na tytułowe pytanie na swój sposób odpowiedziała wczoraj także Edyta Różańska ze "Stołka".

35 komentarzy:

  1. Masa w weekendy tez będzie przeszkadzać. Każdemu narwańcowi, który się na nią napatoczy. W końcu jedzie po 19tej, wtedy korki się właśnie... kończą. My mamy smutnych i sfrustrowanych kierowców, pamiętaj o tym. Im już sam fakt uśmiechu na ustach rowerzysty zawadza. Jak warszawski kierowca zobaczy kawałek pustej drogi to mu pęka jakaś żyłka w głowie i dociska gaz. Przy Masie nie może.... dla mnie takie reakcje nadają się na szybką terapię... podobnie jak przypadki atakowania rowerzystów...



    Daawno nie byłam u Cię na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja moje 3 pfenningi dorzucę. Niektóre żartobliwe, niektóre na poważnie.

    mieszkańcom Kairu obca jest nawet idea przejścia dla pieszych

    Mieszkańcom Berlina też. I to jest uwaga niby żartobliwa, ale nie do końca - o tym za moment.

    Odpowiedź jest banalna, ale trzeba ją w tym miejscu wyartykułować: korki powodują kierowcy samochodów. Jadąc w Masie Krytycznej uświadamiam sobie uciążliwe dla innych konsekwencje swojej decyzji, a wyjeżdżający do pracy samochodem Kowalski musi sobie uświadamiać, że on właśnie tworzy korki. I niech nie pyta demagogicznie o matkami rodzące w taksówkach ani pacjentów umierających w karetkach, bo codziennie sam jest elementem takich samych sytuacji.

    Znów wiem, jaki padnie argument; "ja jadę do pracy, a nie dla zabawy". I znów strzał do własnej bramki, bo o to właśnie chodzi rowerzystom - oni przecież właśnie o miejsce na jezdni w drodze do pracy tu walczą. A mus? Nie ma musu, by do pracy jeździć samochodem. Są inne środki komunikacji.


    No i hier ist poniekąd der Hund begraben.

    Jakie są te środki komunikacji w Warszawie? Ok. Nie będę się wypowiadał o Wawie, w której nigdy nie mieszkałem. Ale we Wro czy Krakowie to był tramwaj zapchany tak, że nie dało się gazety rozłożyć, autobus bez otwieranych okien, będący de facto w lecie komorą gazową. I biorąc pod uwagę polskie realia ja naprawdę jestem w takiej sytuacji zrozumieć typowego korporacyjnego krawaciarza, że dla niego jedyną opcją dojazdu jest samochód. Bo przecież nie rower.

    Ja szczerze podziwiam ludzi jeżdżących w Polsce rowerem do pracy (ja też! ja też! dwa lata! ale miałem rzadką okazję 80% trasy pokonywać nadwiślanym bulwarem i plantami). Zdarzyło mi się w ciągu ostatnich trzech lat przejechać parę kilometrów po Wrocławiu i to był po prostu szok cywilizacyjny. Nawierzchnia przypominająca tor do ćwiczeń na bmx-ach, kierowcy niemal Cię taranujący... Sorry. Problem z Polską jest taki, że trzeba być desperatem, żeby na ulicę wyjechać rowerem i nie poddać się po pierwszych paru kursach. To jest prawdziwa MASA KRYTYCZNA i mój szczery szacun i respektor dla tych, którzy ją pokonali.

    Do czego zmierzam.

    Do tego, że kluczem do tego, by rowerzysta czuł się bezpiecznie na ulicy, ergo - by ktoś, kto spróbuje jeździć rowerem po mieście, nie spierdolił z ulicy oblany zimnym potem po 5 minutach, nie są same ścieżki rowerowe. To także walka o rozwiązania systemowe - w kodeksie ruchu drogowego. Ale też nie tylko. To coś więcej. Rowerzysta musi się czuć na jezdni chroniony, uprzywilejowany. Sorry, ale on jest na niej na lekkiej, wątłej maszynie, podczas gdy inni uczestnicy zapierdalają tonowymi pancernymi czołgami. To musi być zmiana mentalności.

    W Berlinie w przypadku kolizji samochodu i roweru praktycznie zawsze wina jest zasądzana po stronie kierowcy. Rowerzysta ryzykuje bardziej, więc należy mu się ochrona. I basta. I kierowcy po prostu uważają. To prawda - rowerzyści z tego korzystają nadmiernie. Też mi się to nie podoba. Może tu już faktycznie wahadło wychyliło się za bardzo w drugą stronę. Ale w Polsce do tego wychyłu jest jeszcze kurewsko daleko.

    Poza tym - wracamy do tematu przejść - znów, to nie jest tylko kwestia ścieżek. To jest kwestia całej komunikacji samochodowej.

    W Berlinie nie ma tradycyjnych "zebr". Są przejścia ze światłami - takie jak wszędzie, albo... nie ma przejść. Miasto to jest miasto. To jest teren zabudowany. Na terenie zabudowanym pieszy może wtargnąć na drogę wszędzie. Na terenie zabudowanym na ulicy może się znaleźć rowerzysta. Tak. To właśnie jest miasto! A jeśli chcesz sobie pozapierdalać ile fabryka Twojej bryce dała, to przecież nie ma problemu - jest autobana. Bez ograniczenia prędkości.

    I to działa. Wierzcie, lub nie. Tu naprawdę ludzie, poza sfrustrowanymi polaczkami i tureckimi (równie sfrustrowanymi swoją opresyjną religią/kulturą) maczosami, nie zapierdalają po ulicach cisnąc ile się da. Nie mają takiej potrzeby.

    Może by tak następna Masa Krytyczna w intencji budowy autostrad w Polsce? A następna w intencji rozbudowy sieci metra i S-Bahnu? I jeszcze następna w intencji zmiany przepisów ruchu drogowego i ujebania przy samej glebie debilnych pomysłów wprowadzenia obowiązkowego ubezpieczenia OC dla rowerzystów, odstraszających jeszcze szersze kręgi ludzi od wskoczenia na rowerowe siodełko?

    Pozdrowienia z miasta w którym mas krytycznych już nie ma, bo... nie ma już o co walczyć ;-P

    OdpowiedzUsuń
  3. @ 3m:

    Z jednej strony oczywiście masz rację - warszawska komunikacja jest daleka od ideału, który czyniłby w niej pełnoprawną alternatywę.

    Z drugiej jednak - da się. Ja praktycznie poruszam się po mieście wyłącznie metrem i tramwajem, z rzadka i tylko na końcowych odcinkach jadąc autobusem. Rozkłady są w sieci, dokładne i zasadniczo wiarygodne - podróż można sobie zaplanować dość dokładnie i ja z tego korzystam. Nie jest więc aż tak źle, choć oczywiście są miejsca i kierunki, z których w godzinach szczytu wydostać się trudniej i dla pana z teczką autobus nie jest żadną opcją.

    Z trzeciej jednak strony - to jest argument nieco obok tematu, bo ja nie namawiam przeciwników Masy, by przesiedli się na rowery - staram się tylko pokazać, że Masa ma takie samo prawo do używania ulic, jak oni, czego kierowcy za cholerę nie potrafią zrozumieć traktując ją jako przejaw terroru. A nie widzą, że sami codziennie stosują te same metody.

    OdpowiedzUsuń
  4. @roody
    Z drugiej jednak - da się. Ja praktycznie poruszam się po mieście wyłącznie metrem i tramwajem, z rzadka i tylko na końcowych odcinkach jadąc autobusem. Rozkłady są w sieci, dokładne i zasadniczo wiarygodne - podróż można sobie zaplanować dość dokładnie i ja z tego korzystam. Nie jest więc aż tak źle, choć oczywiście są miejsca i kierunki, z których w godzinach szczytu wydostać się trudniej i dla pana z teczką autobus nie jest żadną opcją.

    Skoro tak mówisz, to pewnie tak jest ;-) To pozytywne zaskoczenie, bo np. ja w Krakowie zacząłem dojeżdżać codziennie do pracy rowerem właśnie dlatego, że tramwajem zajmowało to pół godziny (w koszmarnym ścisku) a rowerem czasem tylko 8 minut (jak się światła ułożyły).

    Z trzeciej jednak strony - to jest argument nieco obok tematu, bo ja nie namawiam przeciwników Masy, by przesiedli się na rowery - staram się tylko pokazać, że Masa ma takie samo prawo do używania ulic, jak oni, czego kierowcy za cholerę nie potrafią zrozumieć traktując ją jako przejaw terroru. A nie widzą, że sami codziennie stosują te same metody.

    Sure. Tylko mnie niespecjalnie przekonuje, że taka metoda cokolwiek daje. Myślę, że konsekwentne wlepianie mandatów kierowcom za parkowanie na ścieżkach rowerowych a pieszym za chodzenie po nich, karanie za wymuszenie pierwszeństwa, zbyt bliskie wyprzedzanie rowerzysty i tak dalej i tak dalej, bardziej wryłoby się w świadomość ludzi niż pierdyliard mas krytycznych.

    OdpowiedzUsuń
  5. a kierowcy samochodów swoją masę krytyczną mają codziennie od rana do wieczora... :-(

    OdpowiedzUsuń
  6. @ margala:

    Doskonała synteza ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. dlaczego dziś nie jadę na Masę Krytyczną?
    bo byłem dwa razy i za każdym razem lało...

    OdpowiedzUsuń
  8. Wczoraj też lało. Odpuściliśmy w połowie :(

    OdpowiedzUsuń
  9. Organizowanie masy w Warszawie w godzinach piątkowego szczytu niczym specjalnie nie różni się od niebezpiecznego wyprzedzania albo spychania z drogi. W obu przypadkach chodzi o walkę o przestrzeń i narzucanie innym swojej dominacji. To nie są żadne negocjacje, ani działanie na rzecz przestrzeni publicznej. Nie rozumiem, czemu odmawiasz kierowcom prawa do zawłaszczania tej przestrzeni, skoro masa robi dokładnie to samo - różnią się tylko środki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Organizowanie masy w Warszawie w godzinach piątkowego szczytu niczym specjalnie nie różni się od niebezpiecznego wyprzedzania albo spychania z drogi.

    W jakim sensie się nie różni? Wymienisz jakieś ofiary śmiertelne masy krytycznej?

    W obu przypadkach chodzi o walkę o przestrzeń i narzucanie innym swojej dominacji.

    Zgoda. I na terenie zabudowanym, na terenie miasta, przestrzeń powinna należeć do pieszych i rowerzystów w pierwszej kolejności. Tak, to oni powinni dominować. W przeciwnym przypadku miasto zamienia się w betonową pustynię.

    To nie są żadne negocjacje, ani działanie na rzecz przestrzeni publicznej.

    Jak nie jak tak?

    Nie rozumiem, czemu odmawiasz kierowcom prawa do zawłaszczania tej przestrzeni

    Bo za takim modelem rozwoju miasta - miasta dla ludzi a nie betonowo-asfaltowego metropolis - się opowiadam. Proste?

    OdpowiedzUsuń
  11. Organizowanie masy w Warszawie w godzinach piątkowego szczytu niczym specjalnie nie różni się od niebezpiecznego wyprzedzania albo spychania z drogi.

    Różni się chociażby tym, że jak słusznie zauważono wcześniej kierowcy robią swoją masę krytyczną 24/7/365 na wszystkich drogach Polski. Kali spychać innych z drogi zawsze i wszędzie - dobrze, Kalego "zmuszą" (jakby Kali czytał gazetę to by wybrał inną trasę - było o tym wyżej) do postania w korku raz w miesiącu - ooo, to już źle, to już terroryzm.

    Dziwią mnie Twoje słowa, Amiri, wiedząc, że pomieszkałeś trochę w dużym niemieckim mieście. Może trzeba było wskoczyć czasem na rower, tak na próbę - w München i Warszawie. Zobaczyłbyś różnicę i poczuł na własnej skórze o co walczy MK.

    OdpowiedzUsuń
  12. W jakim sensie się nie różni? Wymienisz jakieś ofiary śmiertelne masy krytycznej?

    Nie różni się w takim sensie, że jedno i drugie jest próbą wystąpienia z pozycji siły i wymuszenia czegoś na innych uczestnikach ruchu. Chodzi mi o intencje, a nie o skutki.

    I na terenie zabudowanym, na terenie miasta, przestrzeń powinna należeć do pieszych i rowerzystów w pierwszej kolejności. Tak, to oni powinni dominować. W przeciwnym przypadku miasto zamienia się w betonową pustynię.

    Zgadzam się z tym, dlatego nie krytykuję celu, który chce osiągnąć masa, ale środki, jakimi się posługuje. Mam tu dwa ale. Po pierwsze, nie sądzę, żeby dało się to osiągnąć poprzez comiesięczne irytowanie kierowców wracających z pracy do domu / wyjeżdżających na weekend z miasta. Po drugie, nie każdy ma obowiązek mieć taką jak my wizję miasta.

    Różni się chociażby tym, że jak słusznie zauważono wcześniej kierowcy robią swoją masę krytyczną 24/7/365 na wszystkich drogach Polski. Kali spychać innych z drogi zawsze i wszędzie - dobrze, Kalego "zmuszą" (jakby Kali czytał gazetę to by wybrał inną trasę - było o tym wyżej) do postania w korku raz w miesiącu - ooo, to już źle, to już terroryzm.

    Naprawdę uważasz, że masa jest w stanie to zmienić? I że przez to, że paru takich Kalich postoi sobie w korkach w piątek, zmieni sie ich nastawienie do rowerzystów? Bo ja sądzę, że masa robi coś zupełnie przeciwnego - zamienia kierowców, którzy dotąd byli obojętni sprawie w jej wrogów.

    Dziwią mnie Twoje słowa, Amiri, wiedząc, że pomieszkałeś trochę w dużym niemieckim mieście. Może trzeba było wskoczyć czasem na rower, tak na próbę - w München i Warszawie. Zobaczyłbyś różnicę i poczuł na własnej skórze o co walczy MK.

    W centrum Monachium byłem samochodem może raz w ciągu pół roku. Po Warszawaie zdarza mi się jeździć nawet kilka razy w tygodniu. Poza wieloma, innymi rzeczami, zmieniło się jeszcze to, że nie mam teraz pod domem stacji metra, którym mogę szybko dojechać w dowolny punkt w mieście. Prosty rachunek czasu i komfortu - nie opłacało mi się wsiadać do auta (nawet jeśli akurat wychodziło to trochę taniej) - zero ideologii. I nie powiem, podróżowanie po Monachium mniej mnie "kosztowało", przede wszystkim czasu i nerwów.

    Jeśli coś ma przekonać kierowców do porzucenia samochodów, to są to sprawna komunikacja miejska, parkingi P+R, S-Bahn, ścieżki rowerowe i egzekwowanie zakazów parkowania. A nie comiesięczny przejazd rowerzystów przez miasto.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeszcze jedno. Ilekroć czytam wypowiedzi uczestników masy krytycznej (chociażby w ostatnim tekście wyborczej), zawsze mam wrażenie, że chodzi o zrobienie komuś (kierowcom) na złość. O je, ale fajnie, można pokazać faka, a debile niech stoją w korkach, bo najmojsza jest racja. Kiedy czytałem ulotkę monachijskiego transportu publicznego, zachęcającą do zostawienia samochodu pod domem, miałem wrażenie, że chodzi o to, żebym wydał mniej i dojechał szybciej. Zgadnij, które podejście bardziej do mnie przemawia?

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie różni się w takim sensie, że jedno i drugie jest próbą wystąpienia z pozycji siły i wymuszenia czegoś na innych uczestnikach ruchu. Chodzi mi o intencje, a nie o skutki.

    Ale takie są intencje każdej demonstracji. Po takie środki sięga się, kiedy nie ma innych możliwości walki. Nawet strajk jest przecież de facto wystąpieniem z pozycji siły. A porównywanie uciążliwości MK polegającej na 15 minut dłuższym staniu w korku z codziennym ryzykowaniem zdrowia i życia przez samo wjechanie rowerem na polską drogę jest - wybacz - nie na miejscu. Nie ma porównania pomiędzy tymi sprawami.

    Po pierwsze, nie sądzę, żeby dało się to osiągnąć poprzez comiesięczne irytowanie kierowców wracających z pracy do domu / wyjeżdżających na weekend z miasta.

    Sure. I akurat z tym wątkiem się też poniekąd zgadzam - o czym pisałem powyżej w pierwszym komentarzu, więc nie będę komentował jego dalszej części. Ale - z drugiej strony - w takich miastach jak np. w Berlinie jednak pewne sprawy wywalczono. Jaki udział w tym miały MK, pewnie trudno konkretnie ustalić.

    Po drugie, nie każdy ma obowiązek mieć taką jak my wizję miasta.

    Sure. Tylko znów różnica jest taka, że wizja miasta w którym samochód jest najważniejszy, jest już w tym kraju realizowana, z pozycji siły - biurokratycznej, ekonomicznej, bezwładu urzędniczej machiny, o urzędniczej głupocie nie wspominając, czy kto tego chce czy nie.

    Naprawdę uważasz, że masa jest w stanie to zmienić? I że przez to, że paru takich Kalich postoi sobie w korkach w piątek, zmieni sie ich nastawienie do rowerzystów?

    Pisałem to już raz, ale powtórzę: Uważam, że lepszy skutek miałoby egzekwowanie należnych już rowerzystom praw przez policję i straż miejską. Pytanie - czy znasz jakikolwiek sposób by te instytucje do tego zmusić? Jeśli nie demonstracja, to co? Strajk? Głodówka?

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeszcze jedno. Ilekroć czytam wypowiedzi uczestników masy krytycznej (chociażby w ostatnim tekście wyborczej), zawsze mam wrażenie, że chodzi o zrobienie komuś (kierowcom) na złość. O je, ale fajnie, można pokazać faka, a debile niech stoją w korkach, bo najmojsza jest racja.

    Wsiądź na rower i wyjedź na polską drogę, to zrozumiesz. Nie chodzi mi o to, żebyś popierał. Ja też nie popieram. Ale rozumiem.

    Kiedy czytałem ulotkę monachijskiego transportu publicznego, zachęcającą do zostawienia samochodu pod domem, miałem wrażenie, że chodzi o to, żebym wydał mniej i dojechał szybciej. Zgadnij, które podejście bardziej do mnie przemawia?

    Mi też odpowiadają współczesne europejskie rozwiązania socjalne, ale żeby je wywalczyć, sto lat temu w demonstracjach ginęli ludzie.

    W Berlinie nie odbywają się już MK. Nie ma takiej potrzeby. Może za 10 lat tak samo będzie w Wawie. I też będziesz mógł przeczytać ulotkę.

    OdpowiedzUsuń
  16. P.S. I ja się bardzo zgadzam z Tobą w kwestii transportu publicznego. Dlatego hasło, aby Masa Krytyczna jako cele i hasła stawiała sobie także np. budowę drugiej linii metra, obwodnicy miasta itp. traktuję bardzo poważnie.

    OdpowiedzUsuń
  17. @ Amiri

    Nie rozumiem, czemu odmawiasz kierowcom prawa do zawłaszczania tej przestrzeni, skoro masa robi dokładnie to samo - różnią się tylko środki.

    Nie odmawiam - zwracam tylko uwagę, że rowerzyści mają do tego dokładnie takie samo prawo. I raz w miesiącu z niego korzystają przypominając o swoim istnieniu.

    Ilekroć czytam wypowiedzi uczestników masy krytycznej (chociażby w ostatnim tekście wyborczej), zawsze mam wrażenie, że chodzi o zrobienie komuś (kierowcom) na złość. O je, ale fajnie, można pokazać faka, a debile niech stoją w korkach, bo najmojsza jest racja.

    To jest zwyczajna psychologia tłumu - na co dzień rowerzyści są na ulicy słabsi, a w grupie są nie do ruszenia i niektórzy to uczucie siły uzewnętrzniają (a czują je pewnie wszyscy).

    Nie jest to może zbyt górnolotna motywacja, ale też dość naturalna - kto kiedykolwiek brał udział w jakimś zbiorowym przeżyciu dobrze ją zna.

    Nie popieram chamstwa i faków, te ostatnie częściej stosuję, gdy mierzę się z kierowcami sam na sam, ale nie dziwię się przesadnie, się w tłumie rowerzystów są tacy, którzy to uczucie uzewnętrzniają.

    Na co dzień kierowcy robią mniej więcej to samo - są większością, która nie liczy się z mniejszością i z tej pozycji oraz wynikającego z niej poczucia siły niektórzy z nich też zachowują się chamsko w stosunku do rowerzystów czy pieszych.

    OdpowiedzUsuń
  18. Pisałem to już raz, ale powtórzę: Uważam, że lepszy skutek miałoby egzekwowanie należnych już rowerzystom praw przez policję i straż miejską. Pytanie - czy znasz jakikolwiek sposób by te instytucje do tego zmusić? Jeśli nie demonstracja, to co? Strajk? Głodówka?

    Masz rację, o tym akurat nie pomyślałem. Tylko że z tego nie wynika, że masę należy organizować akurat wtedy, kiedy jest na ulicach największy tłok. Bo wtedy cierpią na tym kierowcy, a nie policja i straż miejska.

    Wsiądź na rower i wyjedź na polską drogę, to zrozumiesz. Nie chodzi mi o to, żebyś popierał. Ja też nie popieram. Ale rozumiem.

    Tak samo mogę rozumieć przedstawicieli handlowych, którzy robią czasami na drodze takie rzeczy, że oko bieleje. Przecież to ich praca, żeby być wszędzie na raz, muszą utrzymać rodzinę, etc. Nie mam zamiaru jednak identyfikować się z żadną z tych grup, ani nawet pochwalać ich zachowań. Nic dobrego z tego nie wynika.

    Mi też odpowiadają współczesne europejskie rozwiązania socjalne, ale żeby je wywalczyć, sto lat temu w demonstracjach ginęli ludzie.

    Wydaje mi się, że poza rozwiązaniami socjalnymi, przez te 100 lat Europa osiągnęła jeszcze parę innych rzeczy - chociażby to, że konfliktów nie załatwia się poprzez zmuszanie innych siłą do swojej racji.

    Masa powinna być przeciwko samochodom, a nie przeciwko kierowcom.

    Tak się ostatnio zastanawiałem, co sprawia, że nie jeżdżę po Warszawie na rowerze (chyba że rekreacyjnie). Szczerze mówiąc, nie czuję się, jakbym ryzykował życie wsiadając na rower. Problem jest znacznie bardziej banalny - jak już dojadę, nie mam go gdzie bezpiecznie zostawić. Może warto uruchomić jakąś inicjatywę; dogadać się ze sklepami, kinami etc., żeby wyznaczyły miejsca, w których klienci mogą zostawiać rowery pod mniej lub bardziej czujnym okiem personelu? Nie chodzi o to, żeby takiego parkingu pilnował dodatkowy ochroniarz - raczej, żeby ci co już są mieli na oku to, co tam się dzieje (np. czy nikt nie przecina właśnie zabezpieczenia). Do tego jakaś akcja medialna, strona www z listą miejsc przyjaznych rowerom...

    OdpowiedzUsuń
  19. @ Amiri

    Masa powinna być przeciwko samochodom, a nie przeciwko kierowcom.

    A jak - w praktyce - proponujesz to rozróżnić? Blokować parkingi strzeżone? ;)

    Może warto uruchomić jakąś inicjatywę; dogadać się ze sklepami, kinami etc., żeby wyznaczyły miejsca, w których klienci mogą zostawiać rowery pod mniej lub bardziej czujnym okiem personelu? Nie chodzi o to, żeby takiego parkingu pilnował dodatkowy ochroniarz - raczej, żeby ci co już są mieli na oku to, co tam się dzieje (np. czy nikt nie przecina właśnie zabezpieczenia). Do tego jakaś akcja medialna, strona www z listą miejsc przyjaznych rowerom...

    Wokół Masy działa mnóstwo takich inicjatyw. Co więcej, można się do nich dołączyć z własną - na pewno poprą i wesprą organizacyjnie. Zachęcam.

    @ 3m:

    Wracając do Krakowa - tramwaje w Warszawie mają jednak prawie wszędzie wydzielone torowiska, co znacznie usprawnia ich ruch i czyni dużo lepszym środkiem transportu. Poza tym Warszawa jest jednak rozwleczona po większej powierzchni - tramwaje nadrabiają na prostych ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Tylko że z tego nie wynika, że masę należy organizować akurat wtedy, kiedy jest na ulicach największy tłok.

    No tak. Najlepiej urządzić ją poza miastem, jeszcze lepiej niech sobie stadion wynajmą i w kółko jeżdżą. A strajki powinno się urządzać w weekend, co nie?

    Demonstracja. Demonstrować. Sorry, ale w semantyce tych słów zaszyta jest widoczność protestu.

    Zauważ, że demonstracyjne pokazanie się na drodze jest tylko i wyłącznie reakcją. Reakcją na codzienne z niej spychanie. Na zawłaszczenie ulicy (i miasta) przez kierowców i nie szanowanie praw rowerzystów. Praw, które im się wg kodeksu drogowego należą. Nazywanie walki mniejszości o wyegzekwowanie swoich istniejących już, ale brutalnie olewanych praw, próbą zawłaszczania miasta, to jest dla mnie takie samo prawackie "nadużycie semantyczne" jak nazywanie walki o tolerancję dla gejów "promocją homoseksualizmu". Kiedy czyjeś prawa są deptane, to się w ich obronie demonstruje. To jest m.in. jedna ze zdobyczy europejskiej kultury ostatnich parudziesięciu lat.

    Tak samo mogę rozumieć przedstawicieli handlowych, którzy robią czasami na drodze takie rzeczy, że oko bieleje.

    Chybione porównanie. Rowerzyści na drodze są ofiarą dyskryminacji, bo nie są w stanie egzekwować należących im praw. Przedstawiciel handlowy zapierdalający samochodem z narażeniem życia prawo łamie. Gdzie tu widzisz jakąkolwiek paralelę?

    Wydaje mi się, że poza rozwiązaniami socjalnymi, przez te 100 lat Europa osiągnęła jeszcze parę innych rzeczy - chociażby to, że konfliktów nie załatwia się poprzez zmuszanie innych siłą do swojej racji.

    No to ja czekam na moment, kiedy siła masy samochodu przestanie być na polskich drogach argumentem silniejszym od prawa drogowego. Z chęcią powitam wtedy polskich kierowców w Europie.

    OdpowiedzUsuń
  21. A jak - w praktyce - proponujesz to rozróżnić? Blokować parkingi strzeżone? ;)

    Przekonywać kierowców, że rower jest alternatywą - lepszą, tańszą, szybszą, zdrowszą, cokolwiek. A nie, że rowerzyści to tacy ludzie, którzy się cieszą, jak samochody stoją w korkach. Bo to do niczego nie prowadzi.

    No tak. Najlepiej urządzić ją poza miastem, jeszcze lepiej niech sobie stadion wynajmą i w kółko jeżdżą. A strajki powinno się urządzać w weekend, co nie?

    Pomiędzy tymi dwoma absurdalnymi skrajnościami jest jakieś pole do wyboru. Nie przypominam sobie żadnej, regularnej, demonstracji, która miałaby miejsce w piątek o 18. Zwykle odbywają się one w środku dnia, a na dodatek obejmują ścisłe centrum i nic więcej.

    Nazywanie walki mniejszości o wyegzekwowanie swoich istniejących już, ale brutalnie olewanych praw, próbą zawłaszczania miasta, to jest dla mnie takie samo prawackie "nadużycie semantyczne" jak nazywanie walki o tolerancję dla gejów "promocją homoseksualizmu".

    Wybacz, ale jeśli cokolwiek w tej całej dyskusji kojarzy mi się z "prawactwem", to rewanżyzm masy ("dzisiaj jest korek rowerowy"), który powoduje tylko i wyłącznie narastanie spirali agresji. A nie rozwiązywanie jakichkolwiek problemów. Naprawdę, można walczyć o swoje prawa na różne sposoby. Jakoś nikomu nie przyszło dotąd do głowy, żeby poprowadzić Paradę Równości po torach tramwajowych od Dworca Centralnego do Ronda Waszyngtona w poniedziałek o 8:30 rano.

    Chybione porównanie. Rowerzyści na drodze są ofiarą dyskryminacji, bo nie są w stanie egzekwować należących im praw. Przedstawiciel handlowy zapierdalający samochodem z narażeniem życia prawo łamie. Gdzie tu widzisz jakąkolwiek paralelę?

    Prawo to jest inna bajka, w tym wątku rozmawialiśmy o rozumieniu i empatii. Tak samo, jak mogę rozumieć motywacje masowiczów (do rozdawania faków kierwocom, bo o to tutaj akurat chodziło), mogę rozumieć też motywacje przedstawicieli handlowych. Ale to nic nie zmienia w mojej ocenie ich zachowania na drodze.

    No to ja czekam na moment, kiedy siła masy samochodu przestanie być na polskich drogach argumentem silniejszym od prawa drogowego. Z chęcią powitam wtedy polskich kierowców w Europie.

    A ja się obawiam, że akcje w rodzaju masy nie tylko nie przybliżają nas do tego celu, ale wręcz od niego oddalają.

    OdpowiedzUsuń
  22. Pomiędzy tymi dwoma absurdalnymi skrajnościami jest jakieś pole do wyboru. Nie przypominam sobie żadnej, regularnej, demonstracji, która miałaby miejsce w piątek o 18.

    Serio widzisz jakiś sens w pikietowaniu w piątek o 18:00 Urzędu Miasta od dwóch godzin zamkniętego na cztery spusty? Protestuje się tak, aby być widocznym dla grupy docelowej, albo przynajmniej dla dziennikarzy.

    Jakoś nikomu nie przyszło dotąd do głowy, żeby poprowadzić Paradę Równości po torach tramwajowych od Dworca Centralnego do Ronda Waszyngtona w poniedziałek o 8:30 rano.

    Pewnie dlatego, że nie PR nie ma nic wspólnego z ruchem drogowym i jest protestem przeciwko homofobii i nietolerancji a nie chamstwu na drodze. PR ma być medialna i w takiej porze, aby ściągnąć jak najwięcej uczestników i gapiów. MK - ma być uciążliwa dla kierowców. To przecież logiczne.

    Prawo to jest inna bajka, w tym wątku rozmawialiśmy o rozumieniu i empatii. Tak samo, jak mogę rozumieć motywacje masowiczów (do rozdawania faków kierwocom, bo o to tutaj akurat chodziło), mogę rozumieć też motywacje przedstawicieli handlowych.

    Serio, potrafisz empatycznie (a nie rozumowo) "zrozumieć" tych kierowców? A to przepraszam. Ja nie potrafię.

    Wybacz, ale jeśli cokolwiek w tej całej dyskusji kojarzy mi się z "prawactwem", to rewanżyzm masy ("dzisiaj jest korek rowerowy"), który powoduje tylko i wyłącznie narastanie spirali agresji.

    Po jednej stronie jest chamstwo non stop i narażanie czyjegoś życia. Po drugiej - raz w miesiącu symboliczny w gruncie rzeczy "jeden korek więcej". Znaj proporcją mociumpanie. Jeśli to jest "rewanżyzm", to ja dla Ciebie mogę być nawet terrorystą. I takiemu sposobowi myślenia pokazuję radosnego faka. Ot, co.

    Koniec tematu z mojej strony.

    OdpowiedzUsuń
  23. "MK - ma być uciążliwa dla kierowców. To przecież logiczne."

    OK, ja uważam wręcz przeciwnie i chyba do tego sprowadza się nasz spór. Cieszę się, że mogliśmy kulturalnie wymienić poglądy. Wcale nie uważam Cię za terrorystę, tylko po prostu za osobę, która myśli inaczej niż ja. Moje osobiste ZDANIE nt. masy to jedna sprawa, a to, że uznaję PRAWO mniejszości do wyboru takiej formy protestu to druga. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  24. Na początek scenka rodzajowa z życia (niestety) wzięta: piątek popołudnie, około 19.30, chyba ze 2-3 miesiące temu, wracam z pracy i zajęć pozapracowych ul. Okopową w kierunku Żoliborza tramwajem, czyli chyba najekologiczniejszym środkiem komunikacji miejskiej, najmniej zajmującym i korkującym ulice. Niestety, kilkadziesiąt metrów przed Rondem Babka (przepraszam, ale nie mogę się przestawić na „Radosława”) tramwaj staje, podobnie jak kilka innych przed nim. Ja i inni pasażerowie ze mną jadący mieliśmy to „szczęście” spotkać na swojej drodze tłum rowerzystów którzy w asyście Policji i Straży Miejskiej postanowili pojeździć sobie po Warszawie. Piszę „pojeździć sobie”, bo nie dotyczyły ich żadne przepisy ruchu drogowego i temu podobne drobiazgi. Jechali, bo walczą o ścieżki rowerowe (podobno) i z samochodami (na pewno) – a całe frajerstwo, które akurat miało pecha nie być na rowerze musiało czekać. I to wcale nie 15 minut, ale dłużej. A kiedy wreszcie tramwaj przejechał przez rondo (dzięki wewnętrznej służbie porządkowej Masy) i mogłem wysiąść na przystanku za rondem (na pasie zieleni po środku ul. Słowińskiego), to okazało się, że muszę, podobnie jak i inni piesi, stać tam i czekać przez kolejne niewiadomo ile minut, bo szanowne rowerzystki i rowerzyści cały czas nieśpiesznie jechali. Światło zielone, czerwone – a co to kogoś obchodzi. Jeszcze mógłbym zrozumieć że to nie obchodziło tylko ich, ale piesi przed przejściem na zielonym świetle byli powstrzymywani przez strażników miejskich i służby porządkowe MS (niezbyt zresztą grzeczne). Całe szczęście, że tu miałem większy wpływ na przebieg wydarzeń niż w tramwaju i przy kolejnym zielonym świetle dla pieszych po prosu wszedłem na ulicę. Nie wiem, może miałem mord w oczach, ale nikt z ww. służb mnie nie zatrzymał. Zatrzymali się za to rowerzyści – nie wszyscy oczywiście, ale wystarczająco wielu (część mnie minęła) żebym niedraśnięty dotarł na drugą stronę ulicy. Jednak naśladowców za sobą nie widziałem. Koniec końców wściekły i mocno spóźniony dotarłem do domu.

    Tyle przydługiego wstępu, teraz kilka przemyśleń – dla jasności zaznaczę, że z samochodu korzystam średnio raz na dwa tygodnie w weekend, po mieście poruszam się komunikacją miejską, a rowerem nie jeżdżę, bo nie bardzo mam jak. Jestem jak najbardziej za sprawnym systemem ścieżek rowerowych (miałem możliwość korzystanie z nich w Holandii), ale jestem PRZECIW Masie Krytycznej – szczególnie po opisanym powyżej zdarzeniu.

    Piszesz Roody dlaczego jeździsz, a ja się pytam dlaczego ja nie mogę jechać albo iść z powodu Waszego widzimisię? I to jako pasażer tramwaju albo pieszy! I to, co mnie chyba najbardziej wkurza „widzimisię” realizowanego przy aprobacie i ochronie Policji i Straży Miejskiej, za to wbrew przepisom Kodeksu ruchu drogowego i jeszcze paru innych ustaw (chociaż wiem, że sam przejazd MK jest zgłoszony i legalny). Dlaczego policjanci do których pensji ja również się dokładam mają mi uniemożliwiać przejście na zielonym świetle przez ulicę?

    Po pierwsze, bo to fajnie pojeździć w peletonie – wybacz, nie trafia do mnie (polecam sekcje kolarską Legii).

    Po drugie, bo jest za mało ścieżek rowerowych. Zgadzam się, też chciałbym żeby było więcej, ale jakby mi teraz ktoś dał do podpisania petycję w tej sprawie, to choćby z przekory i złości bym nie podpisał. Tak więc cel niespecjalnie osiągnięty - i w każdy ostatni piątek miesiąca tracicie sporo takich potencjalnych zwolenników. Zaś kolejnych nie zyskujecie, bo MK nie robi już żadnego wrażenia na decydentach z Ratusza – przecież oni wręcz pomagają ją organizować – ot, taki folklor albo wentyl bezpieczeństwa dla rowerowych aktywistów (żeby niepowiedzieć „koncesjowana opozycja”).

    Kolejny argument – Ci, którzy stoją w korkach spowodowanych przez MK są sami sobie winni, bo nie interesują się tym co się dzieje w mieście. Przepraszam, ale komunikacją miejską ciężko się dostać z Żytniej na Krasińskiego z ominięciem Ronda Babka, a z powodu „widzimisię” kilkuset czy kilku tysięcy współużytkowników miejskich ulic nie zamierzam rezygnować z zajęć albo jechać dwa razy dłuższą drogą. Co innego, gdybym jechał samochodem, wtedy miałbym większe pole manewru – skręciłbym w Powązkowską i przejazdem przy Arkadii wyjechałbym na rondem. Ale przecież nie o to chodzi organizatorom MK, żeby skłonić ludzi do zamiany tramwaju na samochód, prawda?

    Argumentujesz też, że „Warszawska Masa Krytyczna jest od wielu lat imprezą legalną, zgłaszaną władzom miasta, ochranianą przez policję, zapowiadaną przez media” Tylko za czym to ma być argument – że warto w niej jechać, że jest słusznym rozwiązaniem ? Wiem że porównanie bez związku, ale drwale do Rospudy też mieli wkraczać w majestacie polskiego prawa, za zgodą władz, z ochroną Policji i z medialnym rozgłosem – i co z tego. Powiem więcej, jako osoba o lekko anarchistycznych ciągotach patrzyłbym dużo przychylniej na dziki, spontaniczny przejazd ludzi walczących o jakąś sprawę lub po prostu „pieprzących system”. Chcą, niech jadą, na własne ryzyko i ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wtedy nie będę narzekał, że jechali wbrew sygnalizacji świetlnej, ale oni niech liczą się zarówno z reakcją służb porządkowych jaki i ludzi (np. kierowców lub pieszych), którzy w tym momencie mają inny pomysł na wypełnienie miejskiej przestrzeni. Bo pokazywanie „faków” kierowcom korzystając z policyjnej zasłony nie jest żadnym bohaterstwem. Albo „anarchistyczne korzenie” albo odcięcie się od nich i współtworzenie miejskiego happeningu przy współasyście Policji – nie można być trochę w ciąży. Oczywiście w tej kwestii mam pretensje nie tylko do organizatorów MK, ale także do władz miejskich i służb porządkowych, bo nie zgadzam się, żeby legitymizowali i wspomagali to „widzimisię’, ale to już zupełnie inna historia.

    Kompletnie nie trafia do mnie też argument, że samochody codziennie robią korki, więc rowerzyści też raz na miesiąc mogą. Po pierwsze, to, że samochody powodują korki jest w dużej mierze winą organizacji systemu drogowego, a nie samych kierowców (nie mówię oczywiście o tych wybitnych jednostkach, które wjeżdżając na dziesiątego przy żółtym świetle na skrzyżowanie liczą, że korek za nim się nagle rozpłynie). Po drugie kierowcy nie robią tego korka celowo, a wręcz przeciwnie raczej za nim nie przepadają (nie licząc oczywiście wcześniej wspomnianych indywiduów i masochistów). Po trzecie zaś tworzą korek poruszając się zgodnie z przepisami ruchu drogowego (z uwzględnieniem wcześniejszych zastrzeżeń), a w przypadku ich naruszenia powinni liczyć się z tego konsekwencjami. W przypadku MK żadna z powyższych okoliczności nie zachodzi, więc nie widzę wskazywanego przez Ciebie związku. I na tym polega różnica pomiędzy codziennym blokowaniem miasta przez samochody, a comiesięcznym przez MK.

    Czystą demagogią są też stwierdzenia typu „Nie ma musu, by do pracy jeździć samochodem” czy też „kierowcom też nikt nie każe codziennie jeździć do pracy”. Jak już napisałem, ja nie jeżdżę, ale ciężko nie zauważyć, że naprawdę wiele osób nie ma za dużego wyboru – zbyt duża odległość do pracy (chodzi mi o dojeżdżających daleko z poza Warszawy), stan zdrowia, konieczność chodzenia do pracy w określonym stroju czy choćby brak prysznica w pracy. Oczywiście można odpowiedzieć, że nie ma musu mieszkać lub pracować w określonym miejscu, ale przy tego typu argumentach można równie dobrze twierdzić, że Holandia stoi otworem na wszystkich spragnionych ścieżek rowerowych, więc po co je budować w Polsce.

    Czytając to co napisałem zastanawiam się po co tak naprawdę jeździcie w MK i co tak naprawdę chcecie osiągnąć. Nie nowych sprzymierzeńców dla idei Rzeczpospolitej Rowerowej, bo przyczyniacie się do tego tak, jak wandale w szalikach Legii demolujący Starówkę w ramach mistrzowskiej fety do szerzenia dobrego imienia klubu (ale ich przynajmniej nie ochraniają funkcjonariusze państwowi). Nie dla anarchistycznej zadymy, bo Policja i Straż Miejska pilnują, żeby Wam nic się nie stało i nikt wam nie przeszkadzał. Jeżeli po to, żeby pokazać ilu jest rowerzystów, to wybaczcie, ale niedługo w myśl zasady „niech nas zobaczą” Warszawę zablokują (oprócz górników i rolników) mańkuci, zielonoocy i miłośnicy akwarystyki. Jedyną odpowiedzią która mi się nasuwa (chociaż nie twierdzę oczywiście, że jedyną słuszną) jest: na złość (kierowcom, pieszym, władzom – ogólnie wszystkim „nierowerowcom”). Oczywiście nie zaprzeczam, że czysta złośliwość też może być ciekawą pobudką działania, ale w takim wypadku nie dorabiajcie do tego żadnych ideologii, nie wymagajcie społecznej aprobaty ani państwowej pomocy.

    I uważajcie, bo każdy kij ma podobno dwa końce. I może się zdarzyć, że w pewne słoneczne sobotnie przedpołudnie ścieżki rowerowe w Powsinie, wzdłuż Wisły lub w innych miejscach rowerowej rekreacji (wybaczcie, jeżeli nie trafiłem z tymi lokalizacjami, ale w tej kwestii nie mam rozeznania) zapełnią się złośliwie i powolnie maszerującymi grupkami pieszych (nie chodzi mi o tych wchodzących teraz na nie „bezideowo”), którzy będą protestować przeciwko np. rowerzystom jeżdżącym po chodnikach. I będzie i cel słuszny, i korzenie anarchistyczne i „na złość” innym.

    OdpowiedzUsuń
  25. Na początek scenka rodzajowa z życia (niestety) wzięta (...) Koniec końców wściekły i mocno spóźniony dotarłem do domu.

    Och jej. Pan mieszka w dużym mieście i pierwszy raz natknął się na blokadę ulicy z powodu demonstracji i się wkurwił wielce. No sztraszne po prostu.

    Rozumiem, że jesteś w takim razie przeciwko organizowaniu w mieście jakichkolwiek demonstracji, parad, defilad, maratonów ulicznych (żebyś wiedział jak to korkuje miasto), imprez masowych, o strajkach komunikacji nie wspominając?

    Tej. Ja mam pomysł. Wyprowadź się na wieś.

    Jeżeli po to, żeby pokazać ilu jest rowerzystów, to wybaczcie, ale niedługo w myśl zasady „niech nas zobaczą” Warszawę zablokują (oprócz górników i rolników) mańkuci, zielonoocy i miłośnicy akwarystyki.

    Jeżeli będą dyskryminowani i nie będą mieli innej metody zaprotestowania niż demonstracja, to niech blokują. Prawo do demonstracji w takiej sytuacji to jeden z fundamentów demokracji.

    I może się zdarzyć, że w pewne słoneczne sobotnie przedpołudnie ścieżki rowerowe w Powsinie, wzdłuż Wisły lub w innych miejscach rowerowej rekreacji (wybaczcie, jeżeli nie trafiłem z tymi lokalizacjami, ale w tej kwestii nie mam rozeznania) zapełnią się złośliwie i powolnie maszerującymi grupkami pieszych (nie chodzi mi o tych wchodzących teraz na nie „bezideowo”), którzy będą protestować przeciwko np. rowerzystom jeżdżącym po chodnikach.

    Ale spełnienie postulatów rowerzystów protestujących w MK z definicji eliminuje przyczynę Twojego wyimaginowanego protestu.

    I uważajcie, bo każdy kij ma podobno dwa końce.

    Podobno. Za to ja znam co najmniej jeden przykład miasta, w którym MK przestała się odbywać bo zrealizowano jej postulaty. Nie podobno, tylko w rzeczywistości. Ale oczywiście do niektórych bardziej przemawia gdybanie niż fakty, zwłaszcza w fazie ostrego wkurwu.

    Ochłonąć trochę sugeruję.

    OdpowiedzUsuń
  26. PS Gdyby każdy polski rowerzysta chciał opisywać scenki rodzajowe, kiedy kierowcy zaleźli mu za skórę co najmniej tak jak tobie rowerzyści (a w porównaniu z tym, zaleźli Ci tyle co nic, bo ani przez chwilę nie zagrażali Twojemu życiu albo zdrowiu), to samo Google nie dałoby rady serwerów dostawiać. Także te gorzkie żale cokolwiek śmieszne są i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  27. „Rozumiem, że jesteś w takim razie przeciwko organizowaniu w mieście jakichkolwiek demonstracji, parad, defilad, maratonów ulicznych (żebyś wiedział jak to korkuje miasto), imprez masowych, o strajkach komunikacji nie wspominając?”

    Szczerze – jestem przeciwko organizowaniu strajków komunikacji (ale nie ich zakazaniu), zwolennikiem demonstracji i defilad też raczej nie jestem; co do parad i maratonów, to zakładając ich odświętny (sporadyczny) charakter, to przeżyję. Wydawało mi się, ze z mojej wypowiedzi dosyć jasno wynikało, że nie jestem przeciwko wszelkim formom blokowania miasta, ale tej konkretnej, a w szczególności dorabianej do niej ideologii.

    „Tej. Ja mam pomysł. Wyprowadź się na wieś.”

    Może nie powinienem odpowiadać, bo szkoda tego bogu na ten poziom polemiki, ale jeżeli już, to chęć jazdy samochodem lub tramwajem wydaje mi się bardziej „wielkomiejskim” pragnieniem niż jazda rowerem.

    „Jeżeli będą dyskryminowani i nie będą mieli innej metody zaprotestowania niż demonstracja, to niech blokują. Prawo do demonstracji w takiej sytuacji to jeden z fundamentów demokracji.”

    Tylko, że to nie jest już demonstracja, tylko piknik współorganizowany przez tych przeciwko którym demonstrujecie (czyli władze miasta) – bo o ile dobrze rozumiem, to ta demonstracja ma być przeciwko władzom miasta, które nie budują wystarczająco ścieżek, a nie przeciwko kierowcom samochodów i pasażerom tramwajów, którzy ... ?? ... nie chcą jeździć na rowerach ?? (chyba, że mają oni być zobowiązani do wybudowania ścieżek w czynie społecznym).

    „Ale spełnienie postulatów rowerzystów protestujących w MK z definicji eliminuje przyczynę Twojego wyimaginowanego protestu.’

    Spoko, dla takich protestów zawsze znajdzie się powód – rowerzyści, którzy nie przepuszczają pieszych na przejściach dla pieszych przecinających ścieżki rowerowe, zbyt krótko świecące światła dla pieszych albo po prostu: „dla zabawy, bo jazda w peletonie to naprawdę fajne doświadczenie, które nijak ma się do jazdy solo, w duecie lub nawet w kilkunastoosobowej grupie.” (zamień „jazdę” na „spacer”).

    „Za to ja znam co najmniej jeden przykład miasta, w którym MK przestała się odbywać bo zrealizowano jej postulaty. Nie podobno, tylko w rzeczywistości. Ale oczywiście do niektórych bardziej przemawia gdybanie niż fakty, zwłaszcza w fazie ostrego wkurwu.
    Ochłonąć trochę sugeruję.
    PS Gdyby każdy polski rowerzysta chciał opisywać scenki rodzajowe, kiedy kierowcy zaleźli mu za skórę...”

    I tu tkwi problem – Wy cały czas myślicie, że MK pomaga i jest siłą sprawczą wszystkich zmian, a tak nie jest. Zmiana nastawienia różnych decydentów na takie bardziej frontem do roweru jest generalnie rzecz biorąc wynikiem wiatru zmian z Zachodu, a nastawienia ludzi (w tym kierowców) tym bardziej w ten sposób nie poprawicie, a wręcz przeciwnie – czego ja sam jestem najlepszym przykładem.

    Z dwoma rzeczami się zgadzam:
    – po pierwsze rowerzyści z pewnością mają do opisania wiele dużo, dużo gorszych scenek – tylko nikt oficjalnie nie twierdzi, ze to jest słuszne i OK i nie nawołuje do powtórki w przyszłości
    - po drugie: więcej luzu – wszystkim ;-)

    OdpowiedzUsuń
  28. co do parad i maratonów, to zakładając ich odświętny (sporadyczny) charakter, to przeżyję

    To wszystko zależy od tego, co dla kogo oznacza "sporadyczność". W dużym mieście ilość takich imprez potrafi być naprawdę spora. To po prostu uroki życia w metropolii - dzisiaj maraton, jutro strajkują górnicy, pojutrze jest masa krytyczna...

    Może nie powinienem odpowiadać, bo szkoda tego bogu na ten poziom polemiki, ale jeżeli już, to chęć jazdy samochodem lub tramwajem wydaje mi się bardziej „wielkomiejskim” pragnieniem niż jazda rowerem.

    Tu można by polemizować, ale nie o to chodzi.

    Mieszkając czy pracując w centrum wielkiej metropolii po prostu trzeba zaakceptować, że tam się dużo dzieje. Byle stłuczka tramwaju z samochodem potrafi spowodować wypadnięcie kilku kursów. C'est la miejskie życie. Jeśli ktoś chce "świętego spokoju", to znajdzie go na przedmieściach.

    bo o ile dobrze rozumiem, to ta demonstracja ma być przeciwko władzom miasta, które nie budują wystarczająco ścieżek, a nie przeciwko kierowcom samochodów

    Nie użyłbym określenia "przeciwko kierowcom" ale jednak jednym z celów MK jest uświadomienie kierowcom praw rowerzystów jako użytkowników szosy metodą siły.

    I tu tkwi problem – Wy cały czas myślicie, że MK pomaga i jest siłą sprawczą wszystkich zmian, a tak nie jest. Zmiana nastawienia różnych decydentów na takie bardziej frontem do roweru jest generalnie rzecz biorąc wynikiem wiatru zmian z Zachodu, a nastawienia ludzi (w tym kierowców) tym bardziej w ten sposób nie poprawicie, a wręcz przeciwnie – czego ja sam jestem najlepszym przykładem.

    No to jest właśnie kwestia dyskusyjna. Nie da się jednoznacznie stwierdzić, że na zmiany świadomości społecznej ma w 70% wpływ łagodny lobbying, a w 30% agresywne demonstracje albo odwrotnie. Mimo wszystko, MK jako akcja duża i jednorazowa, ma większą medialną siłę przebicia. Ileś osób dzięki temu w ogóle po raz pierwszy usłyszało, że jest jakaś znacząca liczba rowerzystów w ich mieście, że mają jakieś problemy, że o coś walczą. Być może kierowcy o pewnym stażu już są straceni - pewnych nawyków nie zmienią, kultury drogowej się nie nauczą. Ale co roku zdaje egzamin na prawko ileś tam ludzi, którzy od początku będą sobie zdawać sprawę, że po drogach jeżdżą także rowery. I być może do iluś z nich ta informacja dotrze dzięki MK właśnie.

    Jednym z celów MK jest uświadomienie kierowcom podmiotowości rowerzystów. Kierowcy rowerzystów na drodze po prostu "nie zauważają" - stąd to całe zajeżdżanie drogi, wyprzedzanie na grubość lakieru i tak dalej. MK nie da się nie zauważyć. I o to właśnie chodzi.

    rowerzyści z pewnością mają do opisania wiele dużo, dużo gorszych scenek – tylko nikt oficjalnie nie twierdzi, ze to jest słuszne i OK i nie nawołuje do powtórki w przyszłości

    No ale, pominąwszy głąbów, dla których MK to tylko okazja do przejechania się w peletonie i pokazania faka kierowcom, MK też z założenia ma być środkiem do celu. W Berlinie ten cel osiągnięto i z organizowania MK zrezygnowano. Raz do roku odbywa się Sternfahrt - przejazd gwiaździsty przez miasto, ale dzieje się w niedzielę, bo tu już chodzi bardziej o piknik, a nie o demonstrację.

    OdpowiedzUsuń
  29. Stop. Wróć. Jak się dogooglałem, jednak MK w Berlinie się odbywa, ale na Kreuzbergu, bez blokowania centrum miasta i raczej cieszy się mizernym zainteresowaniem. W relacji z marca tego roku (było już ciepło) mowa o... 35 uczestnikach, z których szybko zrobiło się 25 a i to dzięki przypadkowemu wsparciu grupy holenderskich turystów ;-] Wygrzebałem też post z września ubiegłego roku na którym gość się skarży, że przyjechał na miejsce startu i było ich... w sumie pięciu więc się rozjechali. Nie osiągnęli masy krytycznej, he he he ;-)

    OdpowiedzUsuń
  30. DO: "miasto-masa-maszyna" tak ogólnie:
    I jednak można spokojniej ;-) Tylko po co to ciągłe wysyłanie na wieś/przedmieścia - ja się z Warszawy nie ruszę za próg, co nie znaczy, że nie moge chcieć minimalizowac pewnych niedogodności życia w niej (na większość nie mam wpływu, chociaz na MK też w sumie nie :-)
    A co do uświadamiania kierowcom praw i problemów rowerzystów, to ... wg mnie nie tędy droga. Wg mnie, bardziej kierowcy niż rowerzysty, nie ma to raczej żadnego wpływu na świadomość, a tym bardziej późniejsze zachowanie, kierowców. A jeżeli już, to prędzej może spowodowac wzrost adrenaliny podczas nastepnego spotkania juz samotnego rowerzysty na drodze. Ale to już moja ocena (chociaż ja osobiście jak widze rowerzystę na drodze, to mam reakcję podobną jak wobec kobiet w ciąży w autobusie - obejść/objechać jak najszerszym ukiem, bo jak nie daj Boże będę za blisko to zrobię jej/jemu krzywdę ;-)
    A co do medialności i sily odziaływania, to może gdyby to było naprawde duże COŚ raz-dwa razy w roku, to może rzeczywiście by się o tym głosno mówiło - a tak media robia o tym zwykle kilkulinijkową notatkę, szerzej piszą o tym własnie raz-dwa razy do roku (vide teraz Wyborcza), a co miesiąc dostaje się po d... kilkuset niewinnym/winnym stołecznym obywatelom. I ogolny oddźwięk jest w mojej ocenie negatywny.

    OdpowiedzUsuń
  31. Księciuniu, ja jestem cały czas spokojny :-) Osiągnęliśmy punkt, w którym "twoim zdaniem" coś jest A, a "moim zdaniem" nie-A, i chyba na tym musimy zakończyć bo, tak jak już wspominałem - zmierzyć się tego nie da, a przy własnych opiniach i wrażeniach zostaniemy tak czy siak.

    OdpowiedzUsuń
  32. DO 3M:
    Nie mógłbym się zgodzić bardziej :-)

    P.S. Ale uważajcie na tą zdesperowaną Pieszą Masę Krytyczną ;-)

    OdpowiedzUsuń
  33. @ Księciuniu:

    Skoro moje argumenty Cię nie przekonały, to już pewnie mi się to nie uda, dlatego oszczędzę nam polemiki zdanie po zdaniu ;) Chcę tylko zwrócić uwagę na dwie rzeczy.

    Po pierwsze, nie masz racji pisząc, że Masa łamie prawo o ruchu drogowym jadąc na czerwonym świetle. Jako kolumna zorganizowana, eskortowana przez policję na sygnale ma do tego prawo. To uwaga stricte formalna - nie argument w dyskusji.

    A dalej piszesz o korkach:
    Po drugie kierowcy nie robią tego korka celowo, a wręcz przeciwnie raczej za nim nie przepadają

    Zgoda, żaden kierowca nie wsiada do samochodu z myślą "ale fajny korek dziś zrobię". Niemniej każdy kierowca wyruszający rano spod domu samochodem w immanentny sposób przyczynia się do tego, że w mieście są korki i jest to koszt, który on, jako mieszkaniec tego miasta, akceptuje, oczywiście zwykle kompletnie bezrefleksyjnie. A skoro tak, to ja nie widzę powodów, dla których rowerzysta nie miałby przeprowadzić takiej samej - tylko w pełni świadomej - oceny i dojść do wniosku, że korek, który spowoduje jest akceptowalnym kosztem jego walki o ścieżki. Ba, może nawet uznać to za akceptowalny koszt swojej przyjemności.

    Oczywiście, to nie przekona kierowców do Masy - ale skoro już o tym dyskutujemy - warto sobie uświadomić takie zależności. A fakt, że Masa daję okazję, by sobie to uświadamiać jest dla mnie argumentem za.

    Dalej piszesz, że jesteś gotów przeżyć ograniczenia w ruchu wynikające z organizowania takich imprez jak maratony. Nie przypadkiem pisałem w swojej notce o tym, że Masa jest dziś czymś więcej, niż demonstracją - w gruncie rzeczy jest rowerowym świętem, takim jak Sylwester na pl. Defilad i zamkniętej Marszałkowskiej, Wianki na zamkniętej Wisłostradzie, Apel Poległych na zamkniętej ul. Miodowej, rekonstrukcje powstańczych walk albo festiwal Singera na pl. Grzybowskim i wiele innych wydarzeń, z których jedne interesują mnie bardziej, inne wcale, ale które jako mieszkaniec miasta po prostu akceptuję, jak jeden z nieodłącznych jego elementów. Gdy sam zapomnę o jakiejś imprezie i trafię przez to w korek, to winię wyłącznie siebie - nie mam pretensji do tych, którzy się bawią. Dlaczego Masy nie potraktować podobnie? Muzeum Powstania dostrzegło i włączyło Masę w obchody rocznicy - to jest dla mnie strasznie pozytywny przykład. Może warto go przełożyć na swoje jednostkowe podejście?

    bo o ile dobrze rozumiem, to ta demonstracja ma być przeciwko władzom miasta, które nie budują wystarczająco ścieżek

    A nie przyszło Ci do głowy, że to może być demonstracja ZA, a nie PRZECIW? Za zabawą, za stylem życia, za tym, żeby miasto się zmieniało na lepsze, za budową ścieżek... Ja w każdym razie nie jeżdżę w Masie przeciwko Tobie ani komukolwiek innemu.

    PS: Cieszę się, że się sami uspokoiliście ;)

    OdpowiedzUsuń
  34. A, nie podałem mojego ulubionego przykładu - procesji bożocielnych!

    PS: Uwadze polecam wywiad z redaktorem Piątkiem:
    http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,5502532,Akupunktura_miasta.html?skad=rss

    OdpowiedzUsuń
  35. W ocenie tego co jest „akceptowalnym kosztem” walki o ścieżki się różnimy i różnic będziemy; co do akceptowalnego kosztu przyjemności, to niech nie dochodzi do niego dodatkowo koszt pracy policji opłacanej – sorry za wyświechtany zwrot – z pieniędzy podatników.
    Różnica między MK a Sylwestrem, Wiankami czy Bożym Ciałem jest taka, że te ostatnie są raz w roku a nie co miesiąc (chociaż wiem, że łącznie wyjdzie pewnie tego więcej niż 12 w roku, a rowerzyści też mogą w każdy ostatni piątek miesiąca obchodzić doroczny Dzień pompki, trąbki czy nawet za przeproszeniem pedała – ale to by już zahaczało o politykę ;-)
    Ja wiem, że to jest cena mieszkania w mieście, ale jak o każdą cenę tak i ta można się targować – bo dojdziemy do tego, że każde blokowanie ulic będzie się tłumaczyć, ze to miasto, Stolica więc można, a jak się nie podoba to do Grójca.
    A za „procesje bożocielne” (pomysłowe określenie chociaż strasznie pejoratywne) dostajesz przynajmniej dzień wolny w robocie :-)

    A tak właściwie to 1 sierpnia nie jest najlepszym dniem na takie swary głupie.
    Warszawa ’44
    PamiętaMY

    OdpowiedzUsuń

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.