Instagram

22 lutego 2008

Lao Che z Biblią w tle

Trzy lata trzeba było czekać na kolejny krążek płockiej kapeli Lao Che. Sukces „Powstania Warszawskiego” wysoko ustawił poprzeczkę oczekiwań, a zespół pracował z pełną tego faktu świadomością. Sprostał im na swój radykalny sposób.

Po nagraniu płyty, która od razu przeszła do historii można zrobić dwie rzeczy – zakończyć karierę lub dalej grać swoje. Tylko co to znaczy w przypadku zespołu, który garściami czerpie z literatury, historii i w oryginalny sposób przetwarza dowolne gatunki muzyczne? „Gospel” daje bezkompromisową odpowiedź i zaskakuje już na etapie okładki. Zamiast mrocznej estetyki „Guseł” i wydawnictw związanych z „Powstaniem Warszawskim” dostajemy jasne, kremowe opakowanie z napisami z kolorowej posypki do słodkich deserów. Do tego tytułu utworów wypisane literami przypominającymi logo Google i wizerunek ryby, symbol chrześcijaństwa na płycie zespołu, którego pierwszą płytę zaszufladkowano jako rock pogański.

Lao Che musiało zdecydować: płyta z piosenkami czy kolejny koncept-album? A jeśli spójna całość, to jaki motyw przewodni? Do jakiej tradycji lub epoki się odwołać? Co może dorównać nośnością opowieści o walczącej Warszawie? Odpowiedź jest radykalna i brawurowa: Pismo Święte. „Gospel” jest przesiąknięte biblijnymi odwołaniami i chrześcijańską symboliką: „Drogi Panie”, „Bóg zapłać”, „Zbawiciel Diesel”, Hydropiekłowstąpienie”, „Paciorek” – tytuły nie wymagają interpretacji. A więc Rock chrześcijański? Wręcz przeciwnie – Lao Che nie odcina się od swoich korzeni. Narrator tej opowieści nie ma w sobie wiele pokory i na pewno nie klęka przez Bogiem. Bez przerwy kłóci się z Nim, wręczy pyskuje i wykrzykuje swoje żale w pijackim widzie. Bywa w tym przekonujący, straszny, ale bywa też groteskowy.

Te dialogi pędzą w rytmie szalonej, skocznej, niemal cyrkowej muzyki. Pełno w niej zapożyczeń czytelnych dla publiczności osłuchanej z rockiem i punkiem. Trafimy bluesa, reggae i ska, a nawet muzykę latynoską, ale wszystko to wzięte w cudzysłów i poddane obróbce nadającej charakterystycznego klimatu, bez popadania w tani pastisz czy kicz. Sporo tu ostrych przełamań tempa, zwrotów akcji i wahań nastrojów – tego, co znamy z „Powstania Warszawskiego”. Podobnie jak zadziorność i power, który nie jest wynikiem prostej sumy zebranych do kupy elementów; jest niespotykaną dziś w muzyce wartością dodaną, przemyconą między taktami i wierszami.

Całość robi wrażenie, którego skali nie chcę mierzyć „Powstaniem Warszawskim”, bo z porównania z taką płytą mało kto może wyjść obroną ręką. Zespół Lao Che zmierzył się oczekiwaniami z ironią i dystansem, zachował własny styl, a przy okazji nagrał świetną rockową płytę z dobrym pomysłem i mocnymi tekstami.

Lao Che - Gospel
Antena Krzyku, 2008
www.laoche.art.pl
Audio i kopia okładki z merlin.pl


recenzja ze zmienionym tytułem ukazała się na www.dziennik.pl,
oraz w skróconej wersji, w"Dzienniku" 25.02.2008

16 lutego 2008

Satelita jak wieloryb

Od kilku dni karmię się w rozmowach krytyką kolejnego medium, tym razem padło na TVN24. Ale muszę przyznać, że wczoraj za ciosem poszli solidarnie niemal wszyscy.

Z głupiej, nieszczególnie ciekawej informacji, że amerykański satelita spadnie za dwa tygodnie w bliżej nieokreślonym miejscu (przedziały szerokości geograficznych, które pojawiły się w prasie wskazywały, że może się to zdarzyć niemal wszędzie, z wyłączeniem biegunów) rozkręcono wczoraj ogólnonarodową aferę, postawiono na nogi służby odpowiadające za ochronę kraju przed realnymi zagrożeniami, niemal przerwano urlop premierowi, któremu w tym akurat przypadku skłonny jestem współczuć.

W nocy TVN szalał już na całego - migawki z filmów katastroficznych, dramatyczne rozmowy z gośćmi w studiu (z których nieliczni starali się nawet tłumaczyć, że wiadomość jest kręcona ponad granicę zdrowego rozsądku, bezskutecznie jednak).

"Fakt" kłamał pisząc o wielorybie, który płynie w górę Wisły? To jak nazwać straszenie ludzi widmem nieuchronnej katastrofy, z której uratować może nasz tylko Bruce Willis?

Dziś przyszło opamiętanie - wiadomości o satelicie zmieciono z pierwszych stron portali pod dywany, co robi TVN24 w wydaniu telewizyjnym nawet nie wiem, nie chce mi się sprawdzić. Ale widać, że ten lub zorientował się, że trochę przesadził. Chociaż tyle.

15 lutego 2008

A nie mówiłem?

Jakby na potwierdzenie mojego skojarzenia premierów Tuska i Turskiego - mamy akcję jak z serialu. Tam był wybuch atomowy - a w realu spada na nas satelita, tyle że nie wschodni, lecz zachodni.

Z gruntu poważnie

Poranny przegląd prasy przyniósł m.in. ciekawy artykuł z Rzeczpospolitej o reliktach PRL w polskiej administracji publicznej.

Rzadko się tak pisze, rzadko pokazuje się, że źródłem potężnych problemów w takich dziedzinach, jak choćby służba zdrowia nie jest brak pieniędzy, lecz fatalne zarządzanie. Bardzo się cieszę, że takie tekst zaczynają się tu i ówdzie pojawiać, i chcę dodać coś ze swojego podwórka, czyli z samorządu. Najpierw dwa cytaty z tekstu:
Konia z rzędem temu, kto potrafi wskazać odpowiedzialnego za faktycznie podstawowy produkt systemu oświaty – jakość kształcenia. Za finansowanie i bazę materialną odpowiada organ prowadzący (wójt/burmistrz/prezydent/starosta), za siatkę placówek oświatowych organy stanowiące (rady gmin i powiatów), za formalnie rozumiany nadzór pedagogiczny odpowiada kurator, komisje egzaminacyjne organizują pomiar kompetencji uzyskiwanych przez uczniów, które w praktyce zarządzania oświatą mają zastosowanie wyłącznie przy naborze na kolejne szczeble edukacyjne. Nabór kluczowych kadr – dyrektorów placówek oświatowych – jest w rękach komisji o bardzo zróżnicowanej strukturze. Kto odpowiada za produkt końcowy – jakość kształcenia? Nikt.

(...)

I znowu, kto odpowiada za produkty systemu ochrony zdrowia? Organem założycielskim szpitala jest samorząd powiatowy. „Grupowym” płatnikiem kosztów opieki zdrowotnej jest obywatel – bywający klientem tego szpitala, niestety, realizujący swą rolę płatnika za pośrednictwem politycznie sterowanego Narodowego Funduszu Zdrowia.
I na koniec:
Mimo to w polskim samorządzie istnieją podstawy prawne i dobre praktyki wprowadzania rozwiązań rynkowych w sferze takich usług komunalnych, jak zaopatrzenie w wodę czy gospodarka śmieciami. Pora wprowadzić te wzorce do porządku prawnego i praktyki również w takich sferach, jak ochrona zdrowia, pomoc społeczna, oświata i wychowanie czy usługi administracyjne.
Zestawiam te trzy fragmenty, bo w kontekście dwóch pierwszych, niezwykle trafnych opisów i dobrych diagnoz przyczyn administracyjnej niewydolności państwa (ze swojej działki dodałbym do tego jeszcze prawo budowlane, które [nie] działa podobnie) ostatni cytowany akapit trochę mnie zaskoczył. Uważam bowiem, że taki sam udział w paraliżowaniu jakichkolwiek skutecznych działań administracyjnych ma struktura samorządowa w Polsce.

Może jest to rodzaj lokalnego - warszawskiego - skrzywienia, ale warto podkreślić, z czego on się bierze. Kilka kat temu Polska śmiała się z faktu, że stolica ma ponad siedmiuset radnych na pięciu szczeblach samorządu (tak, jakby mieszkańcy Warszawy sami sobie napisali taką ustawę warszawską). Krytyka, owszem, pomogła i ustawę zmieniono i od kilku lat mamy w Warszawie tylko 460 radnych. Lub 450, głowy nie dam, zawsze muszę to sprawdzać, bo w meandrach lokalnej samorządności naprawdę ciężko się odnaleźć - w każdym razie w przybliżeniu tylu, ilu posłów w - też swoją drogą nie wiem po co tak licznym - sejmie. To znaczy wiem, tak samo jak wiem, czemu tych radnych jest aż tylu. Słowa klucze: doły partyjne.

Liczbę radnych zredukowano więc o 1/3 zostawiając Warszawę z tym majdanem. I, co gorsza, od tego czasu nikt w ogóle nie mówi o tym, że to nadal jest jakaś totalna paranoja granicząca z absurdem z jakiegoś chorego filmu. Nikt nie proponuje zmiany ustawy warszawskiej, nie jest to przedmiotem kampanii wyborczej do sejmu, ani do samorządu. Nawet żadne populistyczne ugrupowanie nie wykorzystało tego do zrobienia wokół siebie szumu, a to pozwala wnioskować, że temat jawi się politykom zbyt hermetycznym, zbyt mało nośnym. Słowem nikt się w ogóle nie zastanawia nad tym chorym stanem rzeczy.

A ja obawiam się, że tak skonstruowana administracja po prostu nie jest w stanie czymkolwiek zarządzać w sposób sensowny i kompetentny, nawet jeśli w tej rzeszy ludzi są jacyś całkiem mądrzy i sensowni. A czy są? Można mieć wątpliwości, skoro radni nie rozumieją podstawowych mechanizmów (pierwszy cytat w podlinkowanej notce), którymi prawnych, które są narzędziami w ich rękach.

I obawy te potwierdzają się, gdy pójdzie się na posiedzenie rady dzielnicy czy rady miasta. Nieustannie zachęcam, by każdy choć raz poszedł na sesję, najlepiej taką, gdzie omawia się jakiś kontrowersyjny projekt, np. budowę oczyszczalni ścieków lub przebieg autostrady - tego się nie da opisać. Nawiasem mówiąc obrady Rady Warszawy są pokazywane w internecie, na stronie urzędu miasta i nawet nie trzeba chodzić tam osobiście, by przekonać się, jak zachowują się nasi przedstawiciele i jakimi pierdołami muszą się zajmować z racji tak, a nie inaczej skonstruowanego prawa (głosowanie o tym, czy odesłać do podkomisji ochrony środowiska wniosek o wycięcie drzewa blokującego budowę drogi z powodu tego, że znajdująca się w owym drzewie dziupla może być zamieszkała przeszedłby pewnie do legendy, gdyby nie to, że nikt mi nie wierzy, iż takie głosowanie miało miejsce. Kolejnym nawiasem mówiąc powtarzano je chyba dwa razy, z braku kworum).

I znów, jak w poprzedniej notce, dodaję jeden tag, który tylko z pozoru nie ma związku ze sprawą.

-------------------------------------{edit}-------------------------------------

PRemier Tursk

Nie, to nie literówki w tytule - nasz premier zdaje się robić wszystko, by upodobnić się do serialowego bohatera, premiera Konstantego Turskiego z Ekipy.

Najpierw zadeklarował, że z wizytą do USA uda się rejsowym samolotem, co zresztą byłoby chyba kontynuacją pomysłu z kampanii wyborczej, gdy tym samym sposobem zjednywał sobie sympatię Polaków kursujących między macierzą a Wyspami. Potem pojechał na wywczas bez ochrony i zapędzał się na czarne trasy narciarskie (nie jest to może serialowy premier na paralotni, ale jak sie nie ma, co się lubi...).
- Kampania się skończyła, a Tusk dalej swoje - komentować mogłaby opozycja (i pewnie to robi, ale nie chce mi się szukać cytatów). Oni nazywają to pewnie populizmem, sympatycy premiera mówią prawdopodobnie o oszczędnościach i tanim państwie. To drugie jest naiwne, to pierwsze jest przesadą. Tak naprawdę to tylko PR i z technicznego punktu widzenia nawet niezły, bo obiektywnie rzecz biorąc nie można premierowi czynić zarzutów, z tego co robi.

Można natomiast zarzucić mu wiele, w kwestii tego, czego nie robi. Ale nie chce mi się wchodzić w politykę, dodam tylko jeden tag, który z pozoru nie ma związku z treścią notki i będzie wiadomo do czego piję.

To już serial czy jeszcze reality show?


PS: Wiadomo coś o kontynuacji tego serialu?

10 lutego 2008

Bardzo celnie

Po sprawiedliwości - bardzo celny komentarz Michała Wojtczuka do tekstu o pikiecie kupców ze stadionu X-lecia. Zgadzam się całkowicie, że czas przeciąć tę kpinę i powiedzieć wprost, że kupcy nie mogą liczyć na to, że ktoś im coś da w prezencie. Tylko jakoś nie wierzę, że znajdzie się odważny. Pozwolę sobie wrzucić w całości:

Bezczelność czy histeria - komentarz
Michał Wojtczuk

Sam już nie wiem, co kieruje kupcami ze Stadionu Dziesięciolecia: histeria czy bezczelność? Te płacze, te pikiety. Wszystko dlatego, że Ministerstwo Sportu nie chce im w ekspresowym tempie i bez przetargu wydzierżawić pod nowy bazar blisko 30 ha ziemi, po której ma przebiegać w przyszłości trasa Olszynki Grochowskiej. Rzeczywiście, skandal. Jak ktoś śmie nie dać kupcom tego, czego chcą? Przecież im się należy. Przecież są solą ziemi. Przecież zeszli z korony stadionu, gdy skończyła się im umowa dzierżawy - a mogli urządzić burdę, coś podpalić. Taka niewdzięczność za ich dobrą wolę ich spotyka! Pora stawiać barykady, odbić Stadion Dziesięciolecia, zamknąć łańcuchem gabinet ministra Drzewieckiego, obrzucić jajami wojewodę Kozłowskiego, zwymyślać prezydent Gronkiewicz-Waltz i na wszelki wypadek wysłać petycję o odwołanie Euro 2012 do Michela Platiniego.

A teraz bez żartów. Szanuję ciężką pracę ludzi, którzy dzień w dzień wstają o nieludzkich godzinach, by zarabiać na życie. Muszą jednak zrozumieć, że wpisanie targowiska (!) przy Radzymińskiej na listę inwestycji niezbędnych dla organizacji piłkarskich (!) mistrzostw Europy było tylko surrealistyczną przedwyborczą grą pod publiczkę. Kupców nikt nie krzywdzi. Przeciwnie, ratusz zamierza władować ciężkie miliony w modernizację działki na Marywilskiej, którą bez przetargu wydzierżawi pod bazar. To prawda, jego budowa potrwa. Do tego czasu kupcy muszą znaleźć sobie inne miejsce - w hali Maximus w Nadarzynie, hali KDT czy gdziekolwiek indziej. Nikt tego za nich nie zrobi. Tak jak nikt nie zaprowadzi za rękę zwalnianego pracownika na nową posadę.

04 lutego 2008

Gdy kilka dni temu pisałem o medialnej burzy wokół placu Defilad, nie myślałem, że konkurencja tak ochoczo przyzna mi rację. Tymczasem dziś Darek Bartoszewicz zdaje się wycofywać z własnych informacji:
Z koncepcjami zagospodarowania przestrzennego tego terenu panuje bowiem potworny bałagan. Każda gazeta pokazuje inną wizualizację, akurat taką, jaką udało się przechwycić od anonimowego informatora ewentualnie z pracowni architektów Andrzeja Skopińskiego lub Bartłomieja Biełyszewa. Obaj architekci od 1992 r. (wtedy wygrali konkurs międzynarodowy) opracowują kolejne warianty zabudowy wokół Pałacu Kultury pod dyktando zmieniających się władz. Żaden z ostatnich "obrazków" nie został jeszcze oficjalnie namaszczony - na publicznej prezentacji przez obecną ekipę z ratusza. Jeden (publikujemy go dziś na stronie 17 w głównym grzbiecie "Gazety") - jak ustalił nasz dziennikarz Michał Wojtczuk - najbardziej przypadł do gustu zarządowi miasta.
Gazeta Stołeczna, 4.02.2008
Jedna uwaga - niczego nie trzeba wyszarpywać, ani bohatersko zdobywać - wizualizacje rozsyła biuro prasowe ratusza, a o tym która najbardziej przypadła do gustu władzom Warszawy wiadomo było blisko dwa tygodnie temu. O tym, że żadna nie jest jeszcze oficjalnym dokumentem też wspomniałem w podlinkowanym wpisie.

03 lutego 2008

Jeszcze dzień, wyjdę stąd...

Mówi się o niej czasem "najdłuższa ulica w Warszawie", bo przejście przez nią zajmuje niektórym wiele lat. Zawsze, gdy szedłem wzdłuż murów Rakowieckiej zastanawiałem się, czy mieszkańcy okolicznych domów widzą z okien spacerniak. A i owszem - z bloków spółdzielni mieszkaniowej o wdzięcznej nazwie Temida widać mianowicie głowy tych, którzy raz dziennie spędzają czas na tym oto spacerniaku:

W tle wieżowce Śródmieścia i piramida na dachu SGH. Rozwaliło mnie to, co na tym zdjęciu nie jest już terenem więzienia, lecz podwórkiem bloku:

Też klimatycznie, nie? Nie wiem, czy mieszkanie z takim widokiem jest zdrowe dla głowy. Wiem, ze radio tej nocy wpisało się w sytuację, i gdzieś koło północy usłyszeliśmy znany refren "Jeszcze dzień, wyjdę stąd...". Niezły lot.

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.