Instagram

29 stycznia 2008

Jestem w nastroju niezapraszalnym

Nędza portali społecznościowych dopadła mnie dziś na raty. Najpierw na naszej-klasie zaprosił mnie do grona swoich przyjaciół użytkownik Legia Warszawa, a teraz "jeden z moich najbardziej odjechanych znajomych" o imieniu "regulamin kont pocztowych Wirtualnej Polski" umożliwił mi zostanie "następną gwiazdą internetu pokazując swoje talenty". Muszę tylko dołączyć do bahu.

Bahu shrahu.

28 stycznia 2008

My Mini City: Osiedle Ruda

Jeszcze do końca nie wiemy, jak to dokładnie działa, ale właśnie złapaliśmy z bratem nową zabawę w sieci. To coś jakby społecznościowa wersja Sim City online - każde kliknięcie w poniższy link daje mi nowych mieszkańców. Co poza tym? Trudno na razie ocenić - może się okazać, że zabawa jest na krótko, ale póki co zapraszam do mojego miasta: http://osiedle-ruda.myminicity.com/

PS: Wpadnijcie też do brata: http://spoko-city.myminicity.com/

24 stycznia 2008

Wayne's Coffee pod kopułą

Kiedyś na dyskusjach.pl wespół z przyjaciółką prowadziliśmy wątek z recenzjami warszawskich kawiarni. Było ich tak niewiele, że w przerwach między zajęciami bez trudu nadążaliśmy z odwiedzaniem kolejnych. W nawiązaniu do tej tradycji podzielę się pewnym odkryciem.

Reaktywować zwyczaju recenzowania kawiarni raczej mi się nie uda, są zresztą bloggerzy, którzy się w tym wyspecjalizowali, więc nie będę z nimi konkurował. Zresztą w między czasie kawa z przyjemnego elementu związanego z wolnym czasem stała się dla mnie niemal wyłącznie przemysłowym płynem podtrzymującym funkcje życiowe w takich chwilach, jak dziś - na wieczornej końcówce dyżuru na ten przykład.

Nawet w mojej ulubionej i wciąż bezkonkurencyjnej Karmie na placu Zbawiciela nie pijam już takim smakiem jak kiedyś. O większości sieciówek w ogóle nie mówię, bo tam jakoś paliwa obniża się w przykrym tempie (a może to moje podniebienie się wyjaławia?). Tak czy owak trafiłem ostatnio na miejsce z niezwykle dobrą kawą i uważam to za fakt wart odnotowania.

To miejsce to Wayne's Coffee - sieciówka, choć stosunkowo nowa i mała, ja znam tylko dwie kawiarnie z tym logo. Jedna jest w budynku dawnej Ikei w al. Jerozolimskich, a druga w Złotych Tarasach. A te ostatnie są częstym punktem na mojej trasie ze Śródmieścia na Służewiec, więc techniczne postoje na kawę i wuzetkę są wpisane w rozkład jazdy.

To zresztą jest dobry przyczynek do dygresji o samych Tarasach, które lada chwila będą obchodziły pierwsze urodziny. Wpisały się w mój warszawski krajobraz bardzo szybko i bardzo naturalnie głównie dzięki połączeniu z podziemiami dworców Centralnego i Śródmieście. Zawsze lubiłem te korytarze – to jest warszawski underground, ten z piosenki Toma Waitsa. Ze swoimi mieszkańcami, ciemną stroną, obok której codziennie prześlizgują się tysiące nieświadomych przechodniów. Tarasy tylko spotęgowały efekt, przydały kontrastowych widoków, skomplikowały perspektywy przestrzenne i przede wszystkim powiększyły podziemny labirynt o dodatkowe zakamarki. Uwielbiam tam łazić z muzyką na uszach, często nawet naginam trochę swoją marszrutę. Zresztą to akurat nie wymaga wysiłku - Tarasy mają naprawdę świetną lokalizację.

Gdy się otwierały, trwał ożywiony spór o to, czy centrum handlowe w takim miejscu ma sens. Cóż - dla mnie ma. Choć rzadko wpadam tam na typowe zakupy (bliżej mam do Arkadii), to właśnie tu rzeczywiście zdarza mi się liznąć tego, co niektórzy nazywają kulturą malli. Nie żeby mi to jakoś imponowało czy było niezbędne - ale akurat w ZT rzeczywiście zatrzymuję się na moment z pewną przyjemnością. Cenię sobie to, że zwykle jest tam dość luźno, jak na przybytki tego typu.

I korki w Centrum wcale nie są większe.

No i widok spod kopuły jest naprawdę fajny. Niech się chowają krytycy - WOW! effect na mnie działa.

A jak mam więcej czasu lub pretekst w postaci spotkania, to staram się w ZT zahaczyć o Wayne's Coffee (fatalne inicjały, właśnie zauważyłem). Latte podają tam w wielkich kubkach, owsiane ciastka też są solidnej średnicy, ceny zaś nie odstają od warszawskiej średniej. No i kawa jest po prostu pyszna - nie wiem co to za gatunek i czy można ją tam kupić, ale czasami mam ochotę zamówić drugi taki kubek.

Słowem: polecam :)

Konkurencji gratulujemy wyczucia

Miałem już nie jechać po konkurencji, ale sami się proszą. Jutrzejsze Życie Warszawy przyniosło właśnie RSS-em artykuł o młodych szczecinianach mieszkających w stolicy, którzy założyli stowarzyszenie, które ma promować ich miasto wśród warszawiaków. Idea szczytna, pochwały godna. Tyle że nazwa stowarzyszenia jest taka jakby nie na dziś: Lecim na Szczecin.

Casą może?

Fakty medialne na placu Defilad

Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio wokół placu Defilad. Z tym, że dzieją się głównie w przestrzeni medialnej. Zamieszanie zaczęło się w okolicy weekendu (w poniedziałek nadrabiałem lekturę gazet z kilku dni, więc trudno mi teraz odtworzyć, które to dokładnie były wydania), gdy "Rzeczpospolita" i "Polska" (nawiasem mówiąc tu projekt KDT awansował do rangi całego planu zagospodarowania, a kilka dni temu w telewizyjnym Kurierze pokazali go zamiast projektu Muzeum Sztuki Nowoczesnej) ogłosiły, że we wtorek zapadnie ostateczna decyzja o przyszłości tego placu. Jako że tematem zajmuję się od wielu miesięcy, przyjąłem te rewelacje z obawą; coś przeoczyłem? Szybko okazało się jednak, że to burza w szklance wody - sprawa miała po prostu stanąć na posiedzeniu zarządu miasta.

Zarząd miasta to niestatutowe ciało, które nie może podejmować decyzji - to nic więcej, jak cotygodniowe robocze spotkanie Hanny Gronkieiwcz-Waltz z jej zastępcami. Owszem, w ten wtorek stanęło na nim kilka ważnych spraw, w tym kwestia zagospodarowania placu Defilad. Tyle, że to żaden przełom. Wbrew temu, co pisze "Polska", posiedzenia nie zwołano też specjalnie z tego powodu - rzecznik ratusza, Tomasz Andryszczyk tłumaczył nawet, że spotkanie może potrwać do wieczora, tak wiele punktów jest do omówienia.

Niestety, tego samego dnia temat podchwycił TVN24 wraz z "Faktami", które w głównym wydaniu próbowały te karkołomne tezy obronić. Z mizernym skutkiem, co akurat rozumiem - w lokalnych warszawskich perypetiach na pewno trudno się połapać kolegom, którzy na co dzień w tym bagienku nie robią.

Trochę trudniej usprawiedliwić kolegów z "Rzeczpospolitej", którzy puszczają na swoich łamach takie farfocle:
– Im wyżej, tym lepiej – ocenia wszystkie pomysły przewodniczący komisji ładu przestrzennego w Radzie Warszawy Paweł Czekalski, szef klubu PO. Jako najbardziej realny wskazuje wariant wieżowców od ul. E. Plater. – Od momentu obowiązywania obecnego planu zagospodarowania, czyli przez półtora roku, do urzędu miasta wpłynęły tylko cztery wnioski od inwestorów o wydanie warunków zabudowy. To świadczy o tym, że ten plan miał błędne założenia. Nie opłaca się stawiać niskich budynków na tym najdroższym w stolicy gruncie – stwierdza Czekalski.
Pomijam fakt, że szef klubu partii rządzącej dwumilionowym miastem, odpowiedzialny w dodatku za jego ład przestrzenny powinien się zdobyć na nieco bardziej pogłębioną refleksję urbanistyczną, niż tylko im wyżej tym lepiej. Zdumiewa to, co dzieje się dalej - koronnym argumentem przeciwko planowi ma być to, że nie podoba się inwestorom? To może od razu oddajmy im Pole Mokotowskie i inne zielone tereny pod zabudowę mieszkaniową - to się na pewno spodoba i nie trzeba będzie latami procedować nad planami... Na tym nie koniec - dowodem, że się nie podoba jest to, że inwestorzy nie składają wniosków o warunki zabudowy dla tego terenu. Panie Czekalski, na litość Boską, tam gdzie uchwaliliśta wreszcie plan zagospodarowania nie wydaje się warunków zabudowy - to procedura wymyślona dla tych terenów, gdzie planów radni wciąż nie mają czasu przyjąć (czyli dla 80% powierzchni Warszawy, jakby Pan zapomniał). Radny z komisji ładu przestrzennego nie zna elementarnych procedur. Nie zwracają na to uwagi dziennikarze piszący na co dzień o inwestycjach. Nic to - tvn24.pl powtarza te mądrości i w świat idzie komunikat, że obowiązujący plan jest do dupy.

Idealny nie jest, to skądinąd fakt.

Tymczasem zarząd radzi o tym i o tamtym. Wieczorem odpowiedzialny za inwestycje wiceprezydent Jacek Wojciechowicz informuje, że w sprawie placu Defilad umyślono zrobić tak: z czterech wariantów przygotowanych przez Biełyszewa i Skopińskiego wybrano dwa - ten, który właściwie nie ma nic wspólnego z ich pierwotnym projektem i w niewielkim stopniu modyfikuje obowiązujący plan (o trzy wieżowce) i ten, który redukuje kolisty bulwar i koronę wieżowców do minimum, czyli też wnosi stosunkowo niewiele. Ale wbrew temu, co w środę ogłasza "Gazeta Stołeczna" ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. Nie podpisano żadnego dokumentu, nie zlecono sporządzenia projektu nowego planu według wytycznych - nic z tych rzeczy. Wojciechowicz informuje, że następnym etapem będzie odesłanie obu tych pomysłów do Rady Architektury, która ma je ocenić.

Rada Architektury i Rozwoju Miasta to kolejne niestatutowe ciało - Hanna Gronkieiwcz-Waltz powołała je niby w zastępstwie zlikwidowanego stanowiska Naczelnego Architekta Miasta, tyle że rada nie ma żadnej władzy. Może doradzać. I rzeczywiście - na temat placu Defilad radzi od października. I radzić będzie dalej. Nic z tego nie wynika - na placu nadal obowiązuje plan zakładający niską zabudowę. Do tego, by od strony ulicy Emilii Plater dopuścić wieżowce droga jest jeszcze daleka i wyboista. Trzeba zlecić przygotowanie projektu planu, uwzględnić w nim wiele różnych uwag, wyłożyć do wglądu, poddać publicznej debacie, uwzględnić kolejne uwagi i odwołania od decyzji je odrzucających, wreszcie przegłosować nowy plan w Radzie Miasta. Do końca kadencji na pewno się nie uda.

Stosunkowo najdokładniej pisze o tym "Życie Warszawy", choć też w newsowym tonie. "Gazeta Stołeczna" od samego początku krytykowała pomysł Hanny Gronkieiwcz-Waltz, by w ogóle dłubać przy planie. Przestrzegała, że przez kilkanaście lat nie udało się tam nic zbudować i teraz, gdy jest na to szansa, szkoda z niej rezygnować. Nie przeszkodziło to jednak kolegom ze "Stołka" obwieścić w środę, że oto na placu Defilad ziścił się bodaj pierwszy cud zapowiadany przez Platformę Obywatelską. Mam tu zresztą także żal czysto prywatny, za te mianowicie słowa:
Od wielu miesięcy żyliśmy tylko domysłami. Nikt nie wiedział, jakie centrum Warszawy pichcą stołeczni rajcy za zamkniętymi drzwiami swoich gabinetów. Pojawiały się tylko jakieś plotki i przecieki, a każdy był inny.
Tak się składa, że wizualizacje tego, co "pichcą rajcy" były dostępne od października i wystarczyło postać kilka godzin pod właściwymi drzwiami, by je dostać. Albo dzień później zajrzeć do "Dziennika" i wyrwać z zaklętego kręgu domysłów i przecieków. Albo poprosić biuro prasowe. Zresztą po nas obrazki pokazały inne warszawskie gazety z jednym wszakże wyjątkiem. Nie jedyny to zresztą news, którego "Stołek" dyplomatycznie nie zauważa do dziś. Czy wieżowce Hinesa i Gminy Żydowskiej przy placu Defilad ogłosi w którymś momencie jako swoje newsy? Czy można stwierdzi, że "Dziennik" się trochę pospieszył z ich publikacją, tak jak z informowaniem o tym, że Pirelli RE planuje zabudować około 300 ha terenów Huty Warszawa?

Mniejsza wszak o osobiste żale i o stołkową zmianę frontu. Nie pojmuję jak starzy wyjadacze z Czerskiej, którzy bądź co bądź uczyli mnie podstaw zawodu i pomagali przetrzeć pierwsze szlaki w urzędowo-administracyjnej dżungli, mogą wciskać taki kit. Okej, wiem, "Dziennikowi" też da się wiele zarzucić - zresztą sam raczej w nas, niż w konkurencję uderzam na blogu. Ale medialny bałagan wokół placu Defilad strasznie mnie wkurzył także dlatego, że od października staram się podkreślać, że prace nad tymi projektami to działania wstępne, dalekie od ostatecznych rozstrzygnięć.

Na koniec wszak w jednej kwestii się ze "Stołkiem" zgodzę - wersja wprowadzająca do planu więcej zieleni i wieżowce od strony Emilii Plater, to istotnie zadziwiająco rozsądna propozycja. Tak rozsądna, że jeśli dojdzie do skutku - sam ogłoszę cud, bo też pomysłu z korso żałować nie będę.

22 stycznia 2008

Nastrojowe kryminały

Są takie kryminały, które można oglądać wielokrotnie, bo nie zaskakujące rozstrzygnięcie decyduje o ich uroku. Pełnometrażowa wersja "Policjantów z Miami" ku memu zdziwieniu właśnie do takich filmów się zalicza.

Kolejna nadrobiona zaległość i kolejna bardzo miła niespodzianka. Bo choć nazwisko reżysera obiecywało wiele, aż tak dobrego kina się po "Miami Vice" nie spodziewałem. I trudno się dziwić. Należę do rocznika, dla którego kolorowe marynarki i szybkie samochody serialowych policjantów z Miami były przez jakiś wyznacznikiem klasy (to był ten wiek, gdy piękne kobiety jeszcze w ogóle nie wyznaczały niczego w prostym świecie chłopackich zabaw w policjantów i złodziei strzelających do siebie z plastikowych pukawek na szkolnych korytarzach - piękne, jak się zresztą dopiero jakiś czas później okazało, kobiety z naszego otoczenia pewnie się z nas wtedy śmiały), do pokolenia dla którego serial z Donem Johnsonem miał jeszcze posmak zakazanego owocu, bo jednak nie każdy odcinek nam się udawało nam się zobaczyć. Ale pomimo tych wszystkich miłych skojarzeń, na wspomnienie białych trampek na bose stopy zakładanych do garniturów i innych detali tamtego stylu robi mi się słabo. I jak tu zrobić współczesne kino w tych realiach nie popadając w obciach i parodię?

A jednak się da. Michael Mann, który wyprodukował tamten serial trochę od połowy lat 80. przeszedł, a po drodze popełnił przynajmniej jeden film bezdyskusyjnie wielki. "Gorączkę" ponieśli przede wszystkim aktorzy: Al Pacino i Rober De Niro - nie po raz pierwszy w jednym filmie, ale po raz pierwszy w jednej scenie, pijący razem kawę w chwili, gdy zabawa w policjantów i złodziei zostaje na chwilę wzięta w nawias rozmowy między dwoma nieskomplikowanymi i w gruncie rzeczy bardzo podobnymi facetami... Tego nie dało się zepsuć! Sztuka Manna polegała na tym, że banalną historię opowiedział w sugestywny sposób uzupełniając doskonałymi rolami drugoplanowymi (czy wręcz trzecioplanowymi - np. Henry Rollins!), znakomitą muzyką, nieprawdopodobnym dźwiękiem, montażem prowadzącym akcję w idealnym rytmie oraz kilkoma innymi pamiętnymi epizodami (jak scena z telewizorem - a właściwie dwie). No i oczywiście sceną strzelaniny na ulicach Los Angeles, której najlepszą rekomendacją jest to, że pokazuje się ją amerykańskim żołnierzom, jako wzorowy przykład odwrotu pod ciężkim ostrzałem. Na koniec dygresji ciekawostka - postać grana przez De Niro jest autentyczna. Można o tym przeczytać na IMDB.

Przesadą byłoby stwierdzenie, że "Miami Vice" dorównuje "Gorączce". Ale trzeba oddać honor - Mann sięgnął po podobne chwyty i pokazał, że do mieszania składników w odpowiednich proporcjach ma idealne wyczucie. Aktorów wybrał moim zdaniem dość ryzykownie - ani Jamie Foxx, ani tym bardziej Colin Farrell na pierwszy rzut oka do swoich postaci nie pasują. Wsadził ich w scenerię przypominającą hip-hopowy teledysk, ale da zmyły poza sekwencją początkową poszedł w kierunku innej muzyki - latynoskiej. Choć znów, żeby ten smak przełamać, miksowanej współcześnie. Samochody dał bohaterom drogie, ale się tym faktem nie upajał. Motorówki i samoloty potraktował jako pretekst do pokazywania malowniczych widoków, a broń, choć jej pełno, strzela praktycznie tylko w ostatniej sekwencji. W to wszystko wplótł dwa wątki nawet nie miłosne - romansowe raczej, a jednak zajmujące dość dużo czasu. Nie budował jednak portretów niespełnionych kochanków, tylko na chwilę zwolnił rytm sensacyjnego filmu, by zaraz znów docisnąć gaz do dechy (przegadał tylko końcowe sceny). Zagrał pogodą - upał leje się z ekranu, czuć duchotę i zbliżającą się burzę. Deszcz jest krótki, w jednej scenie, można go przeoczyć. Dopiero na końcu chłodny wiatr od morza przynosi ulgę. Dlaczego tyle piszę o pogodzie? Bo wydaje mi się, że w umiejętności jej ekranizowania kryje się odpowiedź na pytanie, jak z mizernych scenariuszy o policjantach i złodziejach dwa razy z rzędu można zrobić tak dobre kino. I jakkolwiek jest to ostatni przymiotnik, jakim powinno się reklamować kino akcji, są to filmy cholernie nastrojowe.

Mann i Foxx musieli być zadowoleni ze współpracy - po "Policjantach z Miami" zrobili razem "Królestwo", które idąc po linii aktorskiego skojarzenia nadrobiłem dzień później. I choć to film z nieco innej bajki, to okazało się, że nie tylko wspomniane kiedyś napisy początkowe są w nim dobre. Też kawał dobrego kryminału, w aktualnych realiach wojny na Bliskim Wschodzie. Już beż wchodzenia w detale - też polecam.

Miami Vice
USA 2006
scenariusz i reżyseria: Michael Mann

These are the voyages...

Zaczęło się odliczanie. W sieci właśnie pojawił się teaser nowego Star Treka. A że robi go J.J. Abrams, to promocja będzie na pewno wciągająca. Na dobry początek mamy stronę stoczni, gdzie do grudnia 2008 ma powstać Enterprise. Ale coś czuję, że na ręcznym regulowaniu kamer i podglądaniu pracy spawaczy się ta zabawa nie skończy :)

Fani klęczą. Profani milczą z godnością ;P

13 stycznia 2008

Tablodiowa ofensywa Agory

Agora w internetowej ofensywie - nie ma dnia, by gdzieś w okolicy głównej strony gazety.pl nie pojawił się do kolejnego serwisu zbudowanego w oparciu o ten sam prosty skrypt, co najbardziej chyba znany, promowany nawet na bilbordach plotek.pl.

Już nawet nie próbuję ich liczyć - do listy, którą kiedyś skompletowałem, dołączyły ostatnio GameCorner.pl, PoBandzie.pl, a nie dalej jak dziś kotek.pl. Na głównej stronie pojawił się nawet pasek z linkami, ale też chyba nie do wszystkich. Agregować w całość próbuje inny - też promowany outdoorowo - serwis, www.g.pl.

Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że ktoś tam się chyba pogubił i nie ogarnia, bo tematyka serwisów zaczyna się powtarzać, ale szybko zostałem upomniany, że chyba nie dostrzegam niuansów różniących plotka od kotka. Pewnie nie - nie moja zajawka. Co od razu dostrzegłem, to że ten ostatni jedzie już bez żadnej żenady po rodzimych tabloidach. Jako newsy wpadają tam skanowane teksty z Faktu i SuperExpressu.

Oceniam ten - nomen omen - fakt z dwóch perspektyw. Z czysto ideowej jest to oczywiście przejaw hipokryzji Agory, która na stronie swojej sztandarowej gazety wciąż deklaruje, że nie jest jej wszystko jedno, a w komentarzach swoich czołowych publicystów potrafi zarzucić konkurencji ogłupianie Polaków za niemieckie pieniądze.

Z rynkowej jest to jednak posunięcie porażające swoją skutecznością i prostotą zarazem. Nie trzeba być ekspertem, by ocenić, że wszystkie te serwisy mają ten sam, prosty skrypt (przy tej okazji nie zaszkodzi kolejny raz się upomnieć o to, by z automatu dodawać RSS-y). Zdaje się, że redagowane są przez pracowników Agory, ale materiały dostarczają w dużej mierze bloggerzy z blox.pl. Nie wiem, czy są wynagradzani, ale tak czy inaczej to mistrzowskie posunięcie. Nie na tym jednak polega siła tego pomysłu.

Jakiś czas temu Fakt miał się doczekać własnej strony WWW, gdzie wszystko miało być zrobione na wysoki połysk. To, w czym ten tytuł przoduje, a co ogólnie nazwać można jazdą po bandzie (komputerowe rekonstrukcje wydarzeń, infografiki, fotomontaże, wywiady z koniem i chomikiem) miało zyskać nowy wymiar m.in. dzięki flashowym animacjom i temu podobnym środkom. Strony nie ma. Dyrdymały o gwiazdeczkach trafiają na dziennik.pl (który po liftingu wreszcie wygląda, jak porządna strona normalnej gazety), gdzie oczywiście giną w tłumie innych wiadomości podane w nieadekwatnej formie portalu z poważniejszymi aspiracjami, w dodatku te aspiracje skutecznie podkopując.

Gdy mówiło się o tej stronie, słychać było głosy, że czytelnik Faktu nie korzysta z internetu. Minęło trochę czasu, pierwszy wystartował pudelek.pl i zaraz potem okazało się, że jest dokładnie odwrotnie - plotkarsko-tabloidowa nisza jest tak przestronna, że znalazło się w niej miejsce dla plotka, kotka, srotka, pudelka i serdelka. Nie umiały się w niej znaleźć potencjalnie najlepiej przygotowane papierowe tabloidy, więc sporą część tortu zagospodarowała czujna na to, co dzieje się w sieci Agora. W kategoriach rynkowych należy się szacunek.

A swoją drogą pośród serwisów opartych o ten prosty skrypt są bodaj tylko dwa poważne: poświęcona architekturze bryla.pl i omawiający nowe technologie technoblog.pl. Oba serwisy są znakomite. I mam nadzieję, że walcząc na rynku internetowych tabloidów Agora nie zapomni o innych odcinkach frontu, gdzie z pomocą tego prostego narzędzia jest jeszcze sporo do wygrania.

Ale pomysły zachowam dla siebie ;)

12 stycznia 2008

Popkultura historyczna 4: Monster w Warszawie

Poranny przegląd RSS-ów przyniósł kilka ciekawie przeplatających się linków, które wrzucam w takiej kolejności, w jakiej na nie trafiłem.

Najpierw zobaczyłem polską wersję trailera filmu "Cloverfield" - filmik ma scenariusz identyczny, jak ten, od którego kilka miesięcy temu zaczęła się promocja tajemniczego projektu J.J. Abramsa, twórcy "Zagubionych". Tyle, że tym razem tłem jest warszawskie Stare Miasto:




Mocna rzecz. Na amatorską produkcję nie wygląda i koresponduje z innymi pomysłami dystrybutora - Michał Wojtczuk ze "Stołka" zauważył, że w kinie Atlantic zawisł banner z Pałacem Kultury promującym ten sam film. W tym miejscu nie można wszak nie zauważyć, z jakim wyczuciem polski dystrybutor zmarnował cały wysiłek ludzi odpowiedzialnych za promocję tego filmu na świecie. Podczas gdy oficjalnie wciąż nie wiadomo, czy będzie to film o potworach - choć wszyscy się tego domyślają, a reżyser daje ku temu powody - u nas rzecz rozstrzygnięto od razu. Film wejdzie do kin pod tytułem "Projekt: Monster".

Tak czy owak wszystko to kojarzy się oczywiście z niedawną promocją gry Halo 3, która również dotarła do Warszawy.


Na tym jednak nie koniec - ta sama Gazeta Stołeczna przynosi bowiem informację, że miasto dość poważnie zastanawia się nad włączeniem rekonstrukcji walk w obchody rocznicy wybuchu powstania w Getcie Warszawskim. Reakcje są różne, choć dominują niechętne.

Do tej pory kibicowałem ruchowi związanemu z tymi widowiskami, ale obserwuję rzecz od kilku lat i cały czas zadaję sobie pytanie o granicę tego, co można pokazać. W minionym roku na Czerniakowie nie byłem, musiałem zostać w redakcji, ale czytałem relacje i znałem scenariusz. Wiem, że nie zabrakło scen ostrych, budzących wielkie emocje tak wśród tych, którzy Powstanie Warszawskie pamiętają, jak i dzieci, które zostały zderzone z brutalnością widowiska. Mam też swoje własne wspomnienia zza kulis tych widowisk. Poruszony byłem, gdy na Woli Świst "spotkał" swojego kolegę z Powstania, zszokowany, gdy matka chłopaka odgrywającego Rudego pod Arsenałem oglądała swojego skatowanego syna z powstańczymi pieczątkami na ogolonej czaszce (kto pamięta film "Akcja pod Arsenałem", ten domyśla się do czego nawiązywała charakteryzacja - a zrobiona była więcej niż przekonująco) i miała łzy w oczach. A najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja, gdy w sosnowym zagajniku na tyłach stadionu Polonii szukałem prezesa stowarzyszenia historycznego i zarazem dowódcę odtwarzanego przez jego członków niemieckiego oddziału. Wszedłem między drzewa, gdzie w gorące, lipcowe popołudnie oddział Niemców rozbił obóz. Siedzieli, gadali, pili wodę, palili papierosy, czekali na początek innego widowiska. Gdy rozmawiałem z dowódcą, bardziej niż na jego słowach, skupiałem się na niemieckim mundurze i słyszałem w głowie jedną myśl: "uciekaj póki jeszcze możesz". To wcale nie żart - po prostu na taki widok w głowie włączają się chyba z automatu takie mechanizmy i skrypty.

I za każdym razem, gdy widzę takie sytuacje, zastanawiam się, co można pokazać pod pretekstem przybliżania historii ludziom. Nie chcę wydawać wyroku na pomysł rekonstrukcji bitwy w Getcie, bo nie znam szczegółów. Mogę tylko powiedzieć, że na pewno nie pasuje on do zwyczajowej, pełnej skupienia atmosfery tych obchodów i że uczestników nie powinno się takim przedstawieniem uszczęśliwiać na siłę, nawet jeśli istotnie ma ono wartość edukacyjną i przyciągnęłoby na miejsce ludzi, którzy inaczej by tam nie przyszli. Ale wiem też, że znany z relacji świadków widok dwóch spowitych dymem flag łopoczących nad Gettem - białej, z niebieską Gwiazdą Dawida i drugiej, biało-czerwonej - do niejednego warszawiaka mógłby przemówić mocniej niż cokolwiek innego.

A na zakończenie zaś losu ironia splatająca te dwa tematy w jeden. Oto screen z gazety.pl:


Chochlik. Ale jaki!

07 stycznia 2008

Wywiad z Włatcom Móch

Skoro notka o "Włatcach..." wywołała tak burzliwą reakcję (znaczy w przeciwieństwie do większości innych została skomentowana), to na dobitkę wrzucam wywiad z "Wysokich Obcasów" z twórcą (tfrucom?) serialu, Bartkiem Kędzierskim. Mówi tam trochę o skojarzeniach z South Parkiem no i potwierdza, że trwają prace nad kinową wersją serialu.

Zajebiaszczo :)

Za link dziękuję Rudej.

05 stycznia 2008

Awaria

On Jan 5, 2008 2:07 AM, Carlos El Cobosso wrote:

Czy ktoś ma jakiś pomysł, dlaczego z całego internetu nie mogę się połączyć z jedną stroną - własną?!

Sprawdzone - strona i domena działają.
Sprawdzone - nie blokuje jej żaden plugin - nie widzę jej z żadnego urządzenia stojącego z moim routerem z telefonem włącznie (jeśli łączy sie po Wi-Fi - po GPRS daje radę).
Sprawdzone - home.pl mojego IP nie zablokowało.
Nie sprawdzone - co na to Aster.

Nie wiem, czy Wam też się to czasem zdarza, ale to coś jak pamiętna scena z "Seksmisji", gdy plan ucieczki głównych bohaterów na skażoną wirusem doktora Kuperweisera powierzchnię zdaje się w oczach rozpadać o nieznajomość hasła (dziś powiedzielibyśmy - PIN-u). Ja na ten przykład często mam tak, że czekam na windę (jak się mieszka na nieludzkiej wysokości 16. piętra, to często się tak ma), czekam, czekam i dopiero jak wypowiem hasło - to samo hasło, oczywiście - winda się zjawia w ten sam zaskakujący, graniczący z magią sposób. Podobnie bywa z wszelkimi infoliniami - czasem niestety zdarza się, że po kwadransie kulturalnego spełniania prośby o cierpliwe oczekiwanie na zgłoszenie się operatora hasło usłyszy ten, który akurat zdecyduje się łaskawie podnieść słuchawkę, z której skapuje już zwykle pokaźna ilość żółci i jadu.

Tak właśnie zadziałał powyższy mail z desperacką prośbą o pomoc - gdy po kilkudziesięciu minutach gmerania w oknie Firefoxa, odbyciu konsultacji z kumplem, czatu z operatorem home.pl oraz prądowym restarcie wszystkiego zacząłem w głowie układać, co powiem jutro temu jebanemu chujowi z Aster, który podniesie wreszcie tę pierdoloną słuchawkę...

... nieopatrznie nacisnąłem [F5]...

...i na ekranie znów zobaczyłem swoje parszywe gęby ze stoickim spokojem odstraszające gości www.roody102.pl

PS: Wiem, opieprzam się ostatnio. Nie mam weny, święta były, obżarstwo takie, że sam niemal stałem się nieruchomością, przez co o mały włos nie dałbym własnego zdjęcia na okładkę dziennikowego dodatku o tychże.

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.