Instagram

30 grudnia 2008

No to po blogasku

Spostrzegawczy czytelnicy zauważą pewnie niebawem pewną zmianę na prawo od notek - mapkę zastąpił inny gadżet. Estetyka jest jaka jest, wyniki na razie nie imponują, ale wszystko jest jasne. Sprawiłem sobie świąteczny prezent, który za pewne na jakiś czas stanie się głównym pożeraczem resztek wolnego czasu. A to oznacza, że będę pisał jeszcze mniej i jeszcze bardziej nieregularnie.

Tyle tytułem parafialnego ostrzeżenia.

Co do mapki, to funkcja ta jest na razie w fazie zarodkowej i nie działa zbyt efektywnie - mimo, że o_geo_tagowałem kilkanaście notek wstecz, pojawiły się tam tylko ostatnie. To mnie zniechęciło. Jak zabawka z dostępnej tylko w bloggerowym drafcie stanie się normalną funkcjonalnością, to może do niej wrócimy, bo potencjał związany m.in. z jej prostotą widzę wielki. Mam nadzieję, że te tagi się gdzieś zapisały i chociaż to nie poszło na marne.

Tymczasem Państwo wybaczą,
Manchester United czeka, bym poprowadził go do zwycięstwa w lidze :)

Uboczne skutki pogoni z newsem

Dużo się ostatnio dyskutuje o mediach, ich tabloidyzacji i o panujących w branży obyczajach. Ostatnio burzę rozpętał Piotr Pacewicz, który pożalił się na tegoroczny werdykt jury przyznający tytuł dziennikarza roku. Mam w tej sprawie swoje zdanie, ale nie o tym chciałem tym razem.

"Gazeta Stołeczna" - a w ślad za nią gazeta.pl - doniosła dziś o tym, że miasto stołeczne zapłaciło jakiemuś szamanowi za rozładowanie negatywnej energii jednego z tutejszych skrzyżowań. Miejsce jest faktycznie nieprzyjemne, a zna je dobrze wielu warszawskich mistrzów kierownicy, bo tuż obok położony jest jeden z ośrodków egzaminujących na prawo jazdy. Można oczywiście wyobrazić sobie, że drogowcy powinni skrzyżowanie lepiej oznakować, poprawić regulację świateł, ale to nie w Warszawie - tu urzędnicza demencja osiągnęła już taki poziom, że pomóc może tylko radiesteta. Nie chce mi się tego nawet komentować, tym bardziej, że zrobił to już dość celnie Wojtek Orliński, a inny kolega zauważył przytomnie, że w kraju, gdzie sejm modli się o deszcz to właściwie nie powinno dziwić.

Właśnie. Kolega to zauważył już ze dwa miesiące temu. I tu docieramy do meritum, czyli do przykrego spostrzeżenia. Oberwie się "Stołkowi", bo się podłożył, a także - jak okaże się niżej - z powodów osobistych, ale to zjawisko coraz częściej dotyka wszystkich mediów. A omówione zostanie na przykładzie z miejskich gazet, bo ten wciąż jest mi najbliższy.
Janek Fusiecki i Krzysiek Śmietana piszą:

Na trop tej historii natknęliśmy się na oficjalnej stronie internetowej urzędu miasta. Można tam znaleźć interpelacje radnych. A kiedy radny pyta, urzędnik musi złożyć wyjaśnienie na piśmie.

źródło: Gazeta Stołeczna

Jeśli tak, to znaczy, że w redakcji podupadł zwyczaj dokładnego robienia porannej prasówki, bo o sprawie radiestety pierwsze napisało "Życie Warszawy". Tekstu nie ma już stronie, ale wiadomość powtórzył wtedy PAP, a po nim inne serwisy - trafiłem na niego np. na stornie "Pulsu biznesu".

Pisząc tę notkę dokonałem jeszcze jednego ciekawego odkrycia. Tak naprawdę pierwsza o całej historii poinformowała... "Gazeta Stołeczna" 6 lat temu (całość jest w archiwum, data się zgadza). Sam nie wiem, jak to oceniać - przez tyle lat przez redakcję przewijają się tłumy, za moich czasów autorka już chyba nie pracowała w "Stołku", więc mogło się zdarzyć, że nikt o tym nie pamiętał, ale do ustalenia tego wszystkiego wystarczyło przeszukanie sieci po nazwisku rzeczonego radiestety.

A wygrała pogoń za newsem. Ściganie się na newsy to jeden z fajniejszych elementów tego zawodu - mieć coś przed innymi, przynieść to tryumfalnie do redakcji, zrobić z tego jedynkę, cieszyć się, gdy inni cytują następnego dnia - to strasznie fajny aspekt naszej pracy, dający wielką satysfakcję, ale niestety przesadnie fetyszyzowany przez same redakcje. To, co dla nas jest rodzajem sportowej rywalizacji, dla czytelnika nie ma zwykle żadnego znaczenia. On chce mieć pełną informację w jednej - tej, którą czyta - gazecie lub na jednej stronie internetowej i nie jest dla niego żadnym ciosem to, że dane medium powołuje się przy tym na konkurencję. Większą stratą jest na pewno sytuacja, w której redakcja udaje, że coś się nie stało, bo nie chce się powołać na inne medium.

Tak się złożyło, że pracując w "Dzienniku" wyspecjalizowałem się w zdobywaniu informacji o kolejnych wysokościowcach planowanych w stolicy. Pierwszym takim strzałem była informacja o wieżowcu, który będzie budowała firma Hines przy placu Grzybowskim. Napisałem o tym wiosną 2007 roku, prezentując pierwszą wizualizację i autorskie szkice Helmuta Jahna, autora projektu. Inwestor miał już wtedy warunki zabudowy, więc projekt nie był wirtualny (choć przyznaję, że w tym wyścigu i o takich zdarzało nam się pisać - niektóre do dziś nie zostały upublicznione, inne doczekały się decyzji, ale nie budowy). Po półtora roku Hines dostał pozwolenie na budowę, co nie było newsem zaskakującym - zainteresowani tematem dziennikarze wiedzieli, że termin się zbliża i wymieniali na ten temat informacje na "giełdzie". Przyznaję też, że mile zaskoczyła mnie lojalność kolegów pytających, czy pilnuję swojego tematu. Decyzja została wydana, inwestor upublicznił nowe wizualizacje - wiadomość rozeszła się po świecie.

A teraz czytam o tym projekcie w podsumowaniu 2008 roku na stronie bryła.pl. Bryła to nie jest "Stołek", choć - niestety, bo na początku było to fajny serwis - ostatnio rzadko ma kontent inny, niż przeklejone wiadomości z lokalnych dodatków "GW" lub innych, głównie zagranicznych serwisów. Oczywiście nie spodziewam się, że przy każdej wzmiance o tym wieżowcu dziennikarze pisać będą, że pierwszy napisał o nim "Dziennik" w 2007 roku. Ale przypisanie tego newsa do roku 2008 zakrawa już na wprowadzanie własnych czytelników w błąd. Tak samo, jak ignorowanie go przez półtora roku i podobnie jak chwalenie się, że wpadło się na jakiś trop dwa miesiące po tym, jak wpadła na niego konkurencja.

A swoją drogą obserwując ostatnie wiadomości "Stołka", takie jak ta - bądź co bądź posiłkująca się stroną urzędu miasta - czy ta z subiektywnym przeglądem interpelacji stołecznych radnych, odnoszę wrażenie, że ktoś w redakcji poszedł tropem bloga HGW-Watch, którego autor lubuje się w wyszukiwaniu smaczków właśnie w oficjalnych, dostępnych dla każdego dokumentach ratusza. I, przyznać trzeba, potrafi utrzeć nosa zawodowym dziennikarzom, którzy rzadko, oj rzadko są tak pilni w robieniu riserczu. Zresztą to, że akurat ten blog inspiruje dziennikarzy nie jest żadną tajemnicą. Szkoda tylko, że rzadko który się na niego powołuje, gdy bierze się po nim za jakiś temat.

25 grudnia 2008

Najlepszego!

I na koniec wieczoru akcent świąteczny. Jak dobrze się Państwo przyjrzą, to na lewo od Pałacu Kultury i Nauki widać choinkę. Choinkę tę tworzą oświetlone okna mojego ulubionego warszawskiego wieżowca, Rondo1. Budynek ten zasługuje na osobna notkę i kilku dobrych zdjęć z różnych perspektyw, z których robi absolutnie miażdżące wrażenie. Może się tym kiedyś zajmę. A na razie musi Państwu wystarczyć taki oto świąteczny smaczek.

Zdrowych, wesołych,
nie_spędzonych_w_pracy Państwu życzę :)

Flota

Będzie w tym element korporacyjnego marketingu, ale to nie tak, że mi już całkiem mózg wyprali. Po prostu darzę Smarty ogromną sympatią. Tak dużą, że czasami żałuję, że na co dzień nie będę takim jeździł do roboty. Nawet tym żółtym, oklejonym - delikatnie mówiąc - nieco przesadnie. Przechodzi mi trochę, jak widzę operatora z reporterem, kamerą, statywem i oświetleniem, gramolących się do tego samochodziku. Ale jedno jest pewne - nie sposób tego przeoczyć :)

Malbec - wino z powerem

Założony przez mnie dawno temu tag "wino" zasadniczo okazał się niewypałem. Bynajmniej nie dlatego, że nie piję wina. Ale od picia do pisania droga nie jest taka krótka (zazwyczaj to akurat zaleta), a do pisania o winie jeszcze dalsza. Ale dziś trafiłem taka butelkę, której poświęcę chwilę.

Finca Flichman Oak Aged Reserva Malbec 2006 Mendoza Argentina atakuje (tak właśnie!) już w chwili otwarcia korka. Choć to wino wymagające chwili oddechu, swój potencjał zdradza od początku - z butelki wydobywa się intensywny aromat owoców leśnych. Przelane do kieliszka jakby potwierdzało to leśne skojarzenie swoim jagodowym kolorem. Zapach jest tak intensywny, że aż kręci w nosie: jagody, głównie jagody. Może nawet zbyt intensywne, przytłaczające inne aromaty, ale za to z jaką energią!

Nim poczuje się jego smak, na czubku języka czuć jego - może to nie jest najlepsze słowo - power. Pieprzne, aż wibruje, niemal jakby wrzało.

Mija pół godziny. Kolor trochę blaknie, a smak łagodnieje - jakby naprawdę dojrzewało porzucając młodzieńczą spontaniczność na rzecz pewnej elegancji, ale bynajmniej nie tracąc charakteru. Do głosu dochodzą inne aromaty - lekki zapach wiśni, odrobinę gorzkiej czekolady, a owoce leśne przesuwają się w kierunku dojrzałych, soczystych jeżyn - to nie jest zresztą duże zaskoczenie, bo to aromaty charakterystyczne dla malbeca, francuskiego szczepu, który znakomicie przyjął się w Argentynie. Na rodzime podniebienia to chyba zbyt ostre wina - o ile w sklepach branżowych można malbeca znaleźć bez trudu, o tyle w marketach na półkach "Nowy Świat" trudno go spotkać.

Tymczasem smak pozostaje wyrazisty, czubek języka wciąż wyłapuje pieprz. Wino jest ciężkie, mięsiste, choć mniej w nim radości. Pojawia się nuta śliwkowych powideł, jedna z moich ulubionych, charakterystyczna dla win starzonych w dębowym drewnie.

Kolejne pół godziny i to, co wydawało się tracić smak, znów wali w nos mocnym aromatem. Wino odzyskuje wigor, pojawiają się cytrusy - i to jest ta niespodzianka, na którą czekałem. Coś jakby babciny sok z owoców zgasiła jakaś z pozoru nie pasująca nuta, jakiś taki niespodziewany sznyt. I takie jest już do końca: elegancja z charakterem.


Zdjęcie wygooglane trochę przekłamuje - to butelka z 2007 roku.

Kolejne filmowe zaległości

Znów przerzuciłem trochę filmowych nowości i zaległości. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Niestety, częściej z gorszym.

Wanted, reż. Timur Bekmambetov, USA, Niemcy 2008. Scenarzyści musieli chyba grać w "Assassin's Creed" - zbiorowym bohaterem filmu jest organizacja zabójców, którzy od wieków chronią świat przed chaosem mordując tych, których wskażą im sploty tajemniczego krosna. Czyli trochę tak, jak w grze. Tyle, że tu zamiast Ziemi Świętej mamy współczesne Stany Zjednoczone. Ale nie o fabułę miało tu chodzić - trailer zapowiadał widowiskowy film sensacyjny żywcem czerpiący z komiksów, gier i filmowej klasyki choćby w postaci "Matrixa". Co zresztą nie dziwi. - reżyser "Straży Nocnej" i "Straży Dziennej" już nauczył swoich widzów, że lubi powielać takie motywy. Niestety, fantastyczne plenery były generowane komputerowo, a podkręcanie kul wystrzeliwanych z pistoletów to trochę za słaby motyw, by pociągnął film, który właściwie nie ma scenariusza. Znudziłem się.

10,000 BC, reż Roland Emmerich, USA 2008. Kolejny film, który oglądałem, bo trailer zapowiadał ciekawe efekty wizualne. I kolejny, który potwierdził, że nawet kino rozrywkowe musi mieć jednak jakiś scnariusz. Tu mamy prostą jak drut historię dzikusa, który szuka porwanej kobiety i zderza się z faktem, że kawałek drogi od jego wioski mieszkają inni ludzie. Niektórzy w innym kolorze - większość zdecydowanie nieprzyjazna. Emmerich wrzucił w jeden barszcz wszystko - afrykańskie plemiona, Bliski Wschód, starożytny Egipt, tygrysy, dinozaury, mamuty, co tam się nawinęło. A zapomniał o zbudowaniu jakiejkolwiek opowieści. W dodatku film strasznie wolno się rozkręca i nim na ekranie pojawiły się wspaniałe widoki, byłem już strasznie znudzony.

Da Vinci Code, reż Ron Howard, USA 2006. Był skandal, była sensacja, był film - a ja po obejrzeniu zastanawiam się o co tyle hałasu? Fatalnie dobrani katorzy - Gandalf w roli złego, Hanks w roli twardzieala-bohatera, Taitou w roli potomka Jezusa, który popyla po Paryżu Smartem... Odrobinę, kurde, powagi. Tylko Reno, którego postać wychodzi minimalnie poza schemat (jeśli wyjściem poza schemat jest schematyczna wolta ze złego w dobrego, to naprawdę musi być słaby film) i Bettany w roli biczującego się Silasa wypadają jakoś tak mniej blado (w tym drugim przypadku to niezbyt celne określenie, ale nie chce mi się szukać lepszego). Straszna słabizna. A już robią drugą część...

Righteous Kill, reż. Jon Avent, USA 2008. Myślicie, że nie da się spieprzyć filmu z De Niro? Albo z Pacino? A z oboma to już w ogóle musi być hit? No to macie kolejny dowód, że oprócz dobrego pomysłu trzeba mieć jeszcze dobry scenariusz. Dwóch policjantów bliskich emrytury granych przez dwóch starzejących się aktorów - obie pary czasy świetności mają wyraźnie za sobą - po cichu sprzyja mordercy, który uwziął się na różnych innych ciemnych typków. Oficjalnie muszą go jednak tropić z pełną determinacją. I szybko dochodzą do zgodnego wniosku, że zabija policjant. A widz kierowany jest w stronę jednego, by na koniec dowiedzieć się, że to ten drugi. I nic ponadto. Żadnej niezapomnianej sceny, żadnego dobrego dialogu, nic co pierwszy naprawdę wspólny film tych dwóch aktorów kazałoby zapamiętać. Może poza konstatacją, że De Niro starzeje się strasznie brzydko, a Pacino jakoś tak bardziej los oszczędził. Ale lepiej sobie jeszcze raz obejrzeć "Gorączkę" (czekam na edycję na bluray).

Eigh Miles High, reż Achim Bornhak, Niemcy 2008. Lubię tę epokę i lubię filmy o niej, szczególnie te biograficzno-narkotyczne. Z dużą nadzieją dałem więc szansę niemieckiej produkcji o Uschi Obermaier, niemieckiej groupie, modelce, dziewczynie, którą - jak wynika z filmu - miała co najmniej połowa Rolling Stonesów i przynajmniej część liderów słynnej berlińskiej Kommune 1. No a do tego zaintrygowała mnie uroda Natalii Avelon. Barwne czasy, barawne postacie, to i opowieść wyszła dość barwa, ale znów niezbyt porywająca. Długo zstanawiałem się, czego zabrakło, czemu film nie daje się porównać np. z "Velevt Goldmine". Chodzi chyba o znaczie słabszą ścieżkę dźwiękową. Ale trzeba przyznać, że Mick i Keith zagrani bardzo fajnie, a Avelon rzeczywiście fascynująca. I w efekcie film miał w sobie przynajmniej troszeczkę tej magii i atmosfery, która mnie w tamtych czasach fascynuje.

EagleEye, reż. D.J. Caruso, USA, Niemcy 2008. Znów dobry trailer, który zapowiadał ciekawe kino sensacyjne. Bohater wiedzie swój nudny, nędzny szczególnie w dziedzinie stanu konta żywot. W dniu pogrzebu brata bliźniaka znajduje na swoim koncie setki tysięcy dolarów, a w swoim mieszkaniu - materiały wybuchowe i broń. Dostaje telefon z instrukcjami, ale nie idzie za nimi i trafia do aresztu oskarżony o terroryzm. Znów telefon, znów instrukcje, tym razem się stosuje, a osoba, która mu je przekazuje szybko daje do zrozumienia, że ma tylko jeden wybór: wykonywać polecenia. Osoba, dodajmy, wszechpotężna - sterująca telefonami, pociągami, maszynami budowlanymi, kamerami. Osoba czy... No właśnie - szybko okazuje się, że to nie człowiek, lecz sztuczna inteligencja. Film bardzo sprawnie gra na emocjach, jakie budzą coraz potężniejsze systemy gromadzenia informacji lub - zdaniem coraz większej grupy ludzi - wręcz kontroli nad obywatelami. Kamery, telefony, bankomaty - wszystko wpięte w globalną sieć. Na pewno nie brak na świecie ludzi, których kusi, by wykorzystać kryjące się za tym możliwości. W filmie zwycięża człowiek, zakończenie, choć przez moment wydaje się że będzie poważne, okazuje się cukierkowate i patetyczne w najgorszym amerykańskim stylu. Do myślenia to szczególnie nie daje, ale ogląda się dobrze.

Death Race, reż. Paul W.S. Anderson, USA, Niemcy, Anglia 2008. Pewnie bym się nie skusił, gdyby nie Statham w roli głównej. To zapowiadało co najmniej dobre rozrywkowe kino. Film - remake zresztą - jest niezłym przykładem tego, jak można przenosić na ekran gry komputerowe. Utrzymany w takiej właśnie estetyce, nagrany w niesamowitych, industrialnych plenerach, ubrany w komputerowe elementy (wyścig, o który tu chodzi, transmitowany jest na żywo w telewizji, więc ma to swoje uzasadnienie), szybki, dynamiczny, ostry - ma swój urok, mimo absolutnie szczątkowej fabuły. Szybkie, rozrywkowe kino.



Widać chyba dość dobrze po tym zestawieniu, że ostatnio nie gustuję w zbyt ambitnych produkcjach. Zwróciłem na to uwagę już wcześniej - od kina oczekuję raczej rozluźniającej rozrywki, dlatego oglądam filmy proste, by nie powiedzieć, że prostackie. Nie angażujące emocjonalnie ani intelektualnie. Takie, co pozwolą się po pracy odizolować od otoczenia. To nie znaczy, że nie widzę słabości tych filmów, czy że nie chciałbym czasem między nimi znaleźć czegoś naprawdę ciekawie opowiedzianego, co wyrwałoby mnie nieco z takiej postawy. Ale jakoś się nie trafia - dobry film sensacyjny, mocny kryminał, który nie będzie jednocześnie ociekał krwią i sadyzmem, to naprawdę rzadkość. Zostają albo efektowne fajerwerki, jak te powyżej, albo gry komputerowe.

To ostatnie zdanie to zapowiedź zakupu spóźnionego świątecznego prezentu, za którym chodzę już stanowczo zbyt długo. I, jak sądzę, zapowiedź jeszcze mniejszej aktywności na blogu. Ta ostatnia przegrała jednak nie z kinem, a z pracą - współprowadzę teraz trochę bardziej skomplikowanego w obsłudze bloga pod adresem www.tvnwarszawa.pl ;)

16 grudnia 2008

[PAP] Sikorski rozmawiał z Roodem o tarczy antyrakietowej

Skoro podał to PAP, to musi być prawda, nie? Ustaliliśmy z Radkiem, że musimy zaatakować Rosję. W czwartek, góra w piątek. Wcześniej ustalił to prezydent:



Tylko koledzy z PAP nie wiedzą, że pisze się "Roodym" ;)

15 grudnia 2008

11 grudnia 2008

Dawny blask rozbłyska na nowo

Z kronikarskiego obowiązku odnotować muszę kolejny odcinek sagi o tym, że Warszawa odzyskuje dawny blask. Tym razem do zdefiniowanego przeze mnie i "Dziennik" wzorca nawiązuje "Polska". Ale nawiązuje - co trzeba podkreślić - w sposób kreatywny ;)

A plany dla pl. Grzybowskiego też warte są uwagi. Miasto przedstawiło swoją wizję. Nie ma w niej Dotleniacza, ale to, co jest - śmiało można uznać za efekt dotlenienia, jakie wtedy nastąpiło. Będzie miejsce spotkań, a nie kolejny wygon z martyrologicznym akcentem na środku ożywiany raz w roku wieńcami i zniczami. To cieszy.

10 grudnia 2008

Manager

A to z kolei fotka zrobiona jakiś czas temu w jednym z warszawskim marketów. Do zakupu gry Fifa Manager 09 zachęca mój absolutnie ulubiony komentator wydarzeń piłkarskich - Jacek Gmoch.

Ciekawe, czy polska edycja ma patcha afera_korupcyjna.exe i dodatek bohomazy_09 - analizuj sprzedane mecze metodami mistrzów polskiej myśli szkoleniowej!



A dla wszystkich dorosłych fanów Jacka Gmocha - w cyklu "przeżyjmy to jeszcze raz" - Mundial 2002:

Peace


Pod oknem mojej mamy administracja osiedla
z pomocą awangardowej iluminacji
dała wyraz swoim pacyfistycznym przekonaniom :)

08 grudnia 2008

Hala na Koszykach odzyska dawny blask*

Znów dostało się firmie Quinlan Private Golub, właścicielowi Hali na Koszykach. Tym razem za to, że chce pozbawić swoich przyszłych sąsiadów okien.

O sprawie napisała kilka dni temu Gazeta Stołeczna. Podobny przypadek z ulicy Zajęczej opisałem latem w Dzienniku. Tam było nawet ostrzej, bo okna zamurowano ludziom z dnia na dzień, w ramach ocieplania elewacji. Wrócili z pracy do domu i zastali w oknach pustaki - nikt się nie fatygował do środka zrobić to porządnie. Nawiasem mówiąc budowa na sąsiedniej działce wciąż nie zaczęła.

Ale to, że może być gorzej, to marne pocieszenie dla mieszkańców kamienic przy Noakowskiego. Niestety, wszystko wskazuje na to, że deweloper jest w prawie. Okna w ślepych z założenia ścianach wkuwane były zazwyczaj nielegalnie czy też raczej bez żadnej kontroli w czasach, gdy spora część warszawskich kamienic leżała w powojennych gruzach, a te ocalałe zasiedlano gęsto, dzieląc niegdysiejsze apartamenty na ciasne klitki. Dziś zabudowa się dogęszcza, ślepe kiedyś ściany muszą wrócić do stanu pierwotnego. Tym bardziej, że są to często ściany konstrukcyjne i pożarowe - nadzór budowlany, gdy już sprawą się zajmie, nie ma pewnie specjalnego wyboru. A to, że w środku zapadnie ciemność? To już problem mieszkańców, którzy są na przegranej pozycji.

A ja przy tej okazji dokonałem pewnego odkrycia - na stronie dewelopera znalazłem wizualizacje apartamentowców, które mają stanąć właśnie w otoczeniu Hali na Koszykach. Jakość jest skromna, ale coś tam można wypatrzyć. Nie mogłem się powstrzymać przed ich opublikowaniem - chodziłem za tym dobre dwa lata, ale deweloper wciąż zasłaniał się tym, że nie ma ostatecznego porozumienia z miastem. Najpierw szło o samą halę, a przede wszystkim o to, czy zostanie ona zachowana. Po długiej batalii na początku roku osiągnięto kompromis, który zadowolił obrońców zabytków - stalowa konstrukcja hali ma zostać zdemontowana, by pod parcelą dało się zbudować podziemny parking. Potem wróci i nadal będzie stanowić właściwą konstrukcję, a nie tylko atrapę. Hala ma zachować charakter i parametry.

Czy tak się stanie? Warszawa widziała już niejedno, ale wydaje się, że czas takich przekrętów minął i żaden poważny deweloper nie zdecyduje się na nieczystą grę. Z drugiej strony powiedzieć, że konstrukcja do niczego się nie nadawała i poszła na złom nie jest trudno. Ja wciąż mam nadzieję, że za kilka lat hala wróci, stanie się żywą galerią handlową, a sąsiadujące z nią apartamentowce z pewnością będą prestiżowym adresem.

Po hali przyszedł czas na uzgodnienia projektu trzech budynków, które dogęszczą działkę. Pierwszy - nie wiadomo czy ostateczny - efekt widać na obrazkach. Ze strony QPB można wyczytać, że znajdą się tam 152 mieszkania, a łączna powierzchnia nowych budynków wyniesie 10 tys. metrów kwadratowych. Na obrazkach widać zbyt mało, by wdawać się w opis architektury - widać tylko, że nie będzie udawać historycznej, lecz będzie miała współczesny charakter. Zapowiada się projekt na przyzwoitym poziomie. Nie wiadomo niestety, kto jest jego autorem.


Obrazki pochodzą ze strony Quinlan Private Golub.
* Nie mogłem nie nawiązać do klasyki ;)

-------------{ edit }-------------

Firma QPB nie skomentowała tego artykułu. Natomiast na stronie pojawił się dopisek, że wizualizacje nie są jeszcze ostateczny projektem.

04 grudnia 2008

Każdemu po drodze

Dwa zdjęcia. Pierwsze zrobione przez Rafała Stankiewicza, wybrane w konkursie będzie promować Warszawę w zmaganiach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Wywołało liczne kontrowersje - zarówno samo w sobie, jak i w tym promocyjnym charakterze. Ja jestem po środku - samo w sobie podoba mi się bardziej, niż jako gadżet reklamujący Warszawę akurat w tych zmaganiach.

A drugie zdjęcie to szara warszawska rzeczywistość w podobnym ujęciu - ulica Emilii Plater.



Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony Urzędu Miasta, drugie z materiałów TVN Warszawa.
A skoro o tym mowa -
ruszamy 15 grudnia.

30 listopada 2008

Kilka filmowych zaległości

Pośród wielu bardzo wątpliwych uroków przebywania na zwolnieniu jest jednak przynajmniej jeden niepodważalny - czas na nadrobienie filmowych zaległości. Oto wrażenia.

Doomsday, reż. Neil Marshall, Anglia, USA, 2008. Fabuła zerżnięta z "Ucieczki z Nowego Jorku" (w 2035 roku zabójczy wirus atakuje Londyn - jedyna nadzieja, że lekarstwo jest w odciętej od świata murem Szkocji, gdzie 30 lat temu zaatakował po raz pierwszy), wizualna kalka z "Mad Maxa" - to raczej nie zachęca. Ale im dalej w staroangielski las, tym robi się ciekawiej. Pojawiają się łucznicy rodem z Robin Hooda, szkockie zamki, rycerze zakuci w zbroje i parowe lokomotywy mknące przez zielone wzgórza. Do tego całkiem fajna bohaterka, która robi porządek w świecie bez zasad. Wszystko skąpane we krwi ofiar wirusa o sympatycznej nazwie "Żniwiarz", który upodobnia ludzi do klasycznych zombie i odrobinie angielskiego humoru. Gdybym nie zobaczył, nie uwierzyłbym że to może być apetyczna mieszanka. A jednak - efektem jest kawał dobrego, rozrywkowego kina, które nie udaje, że jest mądrzejsze niż w rzeczywistości, za to często mruga do widza porozumiewawczo. Ale raczej na chłopacki wieczór, niż na randkę.

Uprowadzona, Taken, reż. Pierre Morel, Francja 2008. Liam Neeson w roli tatusia-paranoika. Praca w charakterze agenta służb specjalnych nauczyła go, że świat jest pełen niebezpieczeństw i rozbiła małżeństwo. Długo się łamie, gdy niepełnoletnia córka prosi go o zgodę na wycieczkę z Kalifornii do Paryża, ale w końcu się godzi. Córa ląduje w tej strasznej, dzikiej Europie, a tam wszystkie obawy się spełniają - od razu porywają ją albańscy handlarze żywym towarem. Tatuś rusza na odsiecz. Morduje, okalecza, strzela, łamie zasady ruchu drogowego i przepisy BHP. W szaleńczym tempie - w ciągu 96 godzin trop po porwanej dziewczynie niechybnie się urwie - rozpracowuje albańską mafię, obnaża korupcję we francuskich kręgach rządowych, dowodzi niechybnie, że Paryż pozostaje stolicą perwersji i odzyskuje córkę. Uśmiechnięci wracają do domu. Szybko, dynamicznie, ostro, ale płytko. Liam Neeson niezbyt wiarygodny w roli Bruce'a Willisa.

2 dni w Paryżu, Deux jours à Paris, reż Julie Delpy, Francja, 2007. Do trzech razy sztuka - wyszło fajnie w "Przed wschodem słońca", bez większego trudu udało się powtórzyć w "Przed zachodem słońca", więc Delpy zrobiła to po raz trzeci. Tym razem trochę lżej i trochę weselej, niż we wcześniejszych filmach. Fabuła ta sama: dwoje ludzi, dwa dni, miasto - symbol. I dużo dialogów. Właściwie same dialogi, na pierwszy rzut oka grane w dużej mierze na żywo, bez gotowego tekstu (jeśli to wrażenie było zamierzonym efektem, to tym lepiej o nich świadczy). Delpy gra wciąż te samą postać, tym razem inny jest facet u jej boku. Jack (Adam Goldberg) musi się zmierzyć z tym, że jego dziewczyna ma bogatą przeszłość. Na każdym kroku natykają się na jej ex. Nie jest to kino wybitne, nie jest jakieś szczególnie głębokie, ale dzięki temu, że składa się głównie z dobrych, naturalnych dialogów na pewno ciekawsze niż zwyczajne komedie romantyczne.

Pan życia i śmierci, Lord of War, reż. Andrew Niccol, USA, Francja, 2005. Do tej pory znałem tylko niepowtarzalne napisy początkowe z tego filmu i dobre opinie na jego temat. Na mnie nie podziałał zbyt mocno, bo jest źle opowiedziany. Zbudowany został na zasadzie retrospektywy, której nie poprzedza żadna dramatyczna scena zwiastująca intrygującą końcówkę, więc napięcie nie rośnie. Opowieść rozłazi się w połowie. Atutem są znakomite zdjęcia - o reszcie można dyskutować; czy "kreskówkowy" pościg agenta za głównym bohaterem jest infantylny, czy zabawny? Na pewno nie jest wciągający. Aktorstwo Cage'a to też kwestia gustu - mnie nigdy nie przekonywało. Bohater - cyniczny handlarz bronią - okazuje się nietykalny i choć traci wszystko, gra dalej. Człowiek strzela, pan Bóg kule nosi - nic nowego w sumie.

Born in da PRL



Gdy w grudniowy poranek telewizja nie pokazała Teleranka, dobiegałem dwóch lat. Trudno, żebym to pamiętał. Ale też jestem born in da PRL, zbierałem puszki, u Dziadków na taki magnetofon i takie kasety nagrywałem nawet jakąś muzykę, której pewnie dziś nie dałoby się z nich odsłuchać (pewnie gdzieś leżą, w jakimś pudle) nie dziwne więc, że i do mnie ten kawałek trafił. Bez polityki, bez wybielania czegokolwiek. Sama nostalgia. Jak u autorów.

29 listopada 2008

"Czas honoru" to czas zmarnowany

Telewizja Polska wyprodukowała kolejny serial o II wojnie światowej. Tym razem zmarnowała nie tylko pomysł, ale i scenariusz ze sporym potencjałem.

Dokładnie rok temu recenzowałem serial "Tajemnica twierdzy szyfrów". O "Czasie honoru" mógłbym właściwie napisać to samo, z jednym wyjątkiem - tyle miejsca, ile tam poświęciłem Cezaremu Żakowi, nie ma na kogo spożytkować. Poza Janem Englertem, który jest klasą sam dla siebie, nie ma kogo pochwalić. Aktorstwo drewniane, nieprzekonujące, oparte o jedną minę na postać. W przypadku wojskowych gra jeszcze mundur - w przypadku cywilów nie gra nic.

Historia jest prosta. Pięciu Cichociemnych, wśród nich bracia Władek i Michał Konarscy (Jan Wieczorkowski i Jakub Wesołowski) i ich ojciec Czesław, dowódca oddziału (Jan Englert właśnie) zostaje zrzuconych do Polski. Trafiają do Warszawy, gdzie włączają się w działalność konspiracyjną. I od razu pakują się w kłopoty, bo nie potrafią powstrzymać się przed odwiedzeniem - lub przynajmniej zobaczeniem - bliskich, których nie widzieli od września 1939 roku.

Szybko okazuje się, że te same wojenne realia, które z pięciu ludzi stworzyły oddział żołnierzy, poprzecinały też życiowe drogi ich bliskich w kraju. Intryga kręci się wokół narzeczonej jednego z Cichociemnych, Bronka (Maciej Zakościelny). Wanda (Maja Ostaszewska - szokująco drewniana!) tak desperacko chce wspierać podziemie, że daje się wciągnąć w intrygę swojego byłego męża, Karola, który uratował się przed rozstrzelaniem mamiąc Niemców kontaktami w organizacji. Nie wiedząc o tym Wanda co krok naraża wszystkich na wsypę. Tymczasem inny spadochroniarz - Władek - wpada w czasie łapanki i ląduje na Pawiaku. Cichociemni postanawiają go odbić.

Potencjał tej historii to właśnie tragiczny wymiar działań Wandy i jej matki, która nie rozumie motywacji córki i źle je oceniając wpędza córkę w kolejne kłopoty w chwili, gdy tamta zaczyna rozumieć swoją sytuację - losy tych postaci rzeczywiście mówią coś o wojennych dramatach Polaków. Niestety, serial się na tym nie skupia, lecz tyleż usilnie, co nieudolnie próbuje być filmem sensacyjnym.

Historycy-puryści mogą się przyczepić, że oddział spadochroniarzy nie mógłby się raczej składać w 60 proc. z jednej rodziny, ale to można jeszcze wybaczyć - w końcu chodzi o to, żeby losy bohaterów się splatały. Spadochroniarze nie łamali jednak tak swobodnie bezwzględnego zakazu kontaktowania się z bliskimi. W najlepszym razie decydowali się przekazać jakiś zaszyfrowany znak życia (matka Stefana Bałuka miała się zorientować, że syn jest w Warszawie, gdy ten, przez umyślnego zamówił u niej ubrania na wymiar). A już na pewno nie zorganizowali by nieautoryzowanej przez komendę główną akcji odbicia kogokolwiek z Pawiaka.

I tu już trudno usprawiedliwiać cokolwiek realiami filmu - to naginanie rzeczywistości historycznej maskuje po prostu słabość warsztatu. Współczesne seriale karmią się przecież właśnie stopniowym odkrywaniem wzajemnych relacji między bohaterami, czego szczytowym osiągnięciem jest bodaj "Heroes", gdzie na przestrzeni niecałych trzech sezonów chyba każdy bohater zdążył ze dwa razy zmienić stronę, z dobrego stać się złym lub odwrotnie, zaskakując przy tym zarówno widza, jak i inne postacie. Tymczasem w "Czasie honoru" bohaterowie są do gry wprowadzani łopatologicznie, schematycznie, raz ustawieni na planie niczym już nie zaskoczą - historia z całkiem niezłym potencjałem wyprztykana jest już w trzecim odcinku. Reszta to akcja, która powinna się rozegrać na przestrzeni dwóch, góra trzech epizodów, a wlecze się kolejnych dziesięć (klasycznie: nuda i dłużyzny).

Współczesneh seriale budowane są według pewnego schematu - fabuła całości jest czasem niedookreślona, bo to kiedy się skończy, zależy od oglądalności. Trzeba mieć pomysł na jeden sezon, ale liczyć się z tym, że może trzeba będzie go rozciągnąć do trzech albo sześciu. Spójną całością jest za to każdy odcinek - z początkiem, rozwinięciem i finałem, najczęściej w postaci cliffhangera. Jak to wygląda w produkcji TVP?

Kulminacyjną sceną jednego wątku jest pierwsze spotkanie Bronka z Wandą. Okoliczności są dramatyczne: Wanda - przed wojną gwiazda teatru - idzie pod rękę z nachalnym dyrektorem koncesjonowanego przez Niemców Teatru Polskiego, który chce ją namówić do powrotu na scenę. Zza rogu wypada Bronek z pistoletem w ręku i recytuje: "W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej został pan skazany na..." - urywa i patrzy na Wandę, ona na niego. To be continued? A gdzie tam! Widz i tak nie jest zaskoczony, bo scenarzyści szykowali go na tę scenę od dwóch odcinków, a i Wanda zaskoczona nie jest, bo chwilę wcześniej o tym, że Bronek jest w Warszawie dowiaduje się od matki, która go widziała. A cała scena następuje nie na końcu odcinka, ani nawet przed przerwą reklamę (bo w TVP reklam nie ma, a oglądając zachodnie seriale skonstruowane tak, by widz nie zmienił kanału w czasie przerwy można dojść do wniosku, że reklamy wręcz służą scenariuszom), tylko w samym środku.

Wszystko to jest w dodatku realizowane na modłę teatru telewizji - głównie ciasnych wnętrzach, bez szerokich (bo drogich) planów, bez panoram, przelotów, scen batalistycznych, pościgów, z kilkoma niezbyt spektakularnymi wybuchami, ciągle w tych samych plenerach. Mizerię budżetu obnaża fakt, że obrazki z okupowanej Warszawy to czarno-białe filmy archiwalne. W takim anturażu Państwo Podziemne wygląda na teatralny spisek grupki wariatów - potęga konspiracyjnej maszyny sprowadzona jest do kilku smutnych panów i kilku wesołych łączniczek.

Wiedząc, że serial ma 13 odcinków spodziewałem się, że wszystkie otwarte w nim wątki zbiegną się w finale - a finałem konspiracji w Warszawie było oczywiście Powstanie. Nic bardziej mylnego - fabuła wraz z pobocznymi wątkami urywa się gdzieś w połowie 1941 roku wraz z odbiciem Władka z Pawiaka.

Pytanie, które rodzi się po obejrzeniu takiej produkcji, brzmi: czy zamiast co roku wypuszczać jeden gniotowaty, kilkunastoodcinkowy, ni to obyczajowy, ni to sensacyjny serial, nie lepiej za budżet trzech takich produkcji wyprodukować pięć odcinków czegoś, co naprawdę będzie trzymało w napięciu?

27 listopada 2008

Internet nie zwalnia, ja trochę tak

Pisałem kilka dni temu o tym, że muszę trochę ograniczyć sieciową aktywność. Robiłem to m.in. po to, żeby zrobić miejsce na last.fm. A dwudniowe zwolnienie pozwoliło mi to miejsce wykorzystać.

Pierwsze kroki były trudne. Od czasu, gdy pojawiły się serwisy tego typu (ja np. kilka lat temu testowałem Pandorę) cała idea obrosła wieloma nowymi rozwiązaniami. Musiałem zasięgnąć języka na blipie i wśród znajomych. Efekty są zadowalające. Strasznego smaku narobiła mi myśl o synchronizacji statystyk z przenośnym odtwarzaczem, ale ta radość będzie musiała jeszcze zaczekać. Szkoda o tyle, że muzyki słucham głównie w drodze i bez tego cała statystyka jest trochę niereprezentatywna. No ale nie tylko o to w tym wszystkim chodzi - mi zależy przede wszystkim na wyszukaniu nowych wykonawców. Tak czy owak po prawej stronie można obserwować moje poczynania.

Natomiast ogarnięcie tego, do czego służy ściągnięty ze strony soft i jak się ma to, czego słucham z dysku do tego, co się pokazuje w moim profilu - to zajęło mi dłuższą chwilę. W pierwszej czułem się zagubiony. Podobnie, jak cały czas czuję się na fejsbuku, który jest dla mnie potokiem nieuporządkowanych komunikatów oraz zestawem dziwnych aplikacji, do których co i raz ktoś mnie zaprasza. Umiem odczytać tam wiadomości, które do mnie trafiają, ale pomimo przyjaznego, oszczędnego dizajnu całość mnie raczej zniechęca. Nie ogarniam.

Co z kolei uświadomiło mi, że cała ta internetowo-webdwazerowa rzeczywistość zmienia się cholernie szybko. Pierwszy raz poczułem, że za nią nie nadążam. Nie to, żebym z tego powodu cierpiał - i tak muszę się ograniczyć. Ale to uczucie jest niepokojące. I mocno kojarzy mi się z toczącą się właśnie na łamach Gazety Wyborczej debatą o starości. Poczułem się trochę jak pan Mirek ;)

26 listopada 2008

Niewinni Czarodzieje

Po tegorocznym festiwalu "Niewinni Czarodzieje" dawno już pozamiatane. Zostało fajne wspomnienie, które właśnie objawiło się na u2b. Panie i Panowie, Mitch & Mitch w niepowtarzalnym secie - a raczej w jego skromnym fragmencie:


Wieńczący festiwal dancing zorganizowany w dożywającym swych dni kinie Iluzjon był naprawdę niezwykły. Zespół wspiął się na wyżyny, zagrał muzykę żywcem wyjętą sprzed kilkudziesięciu lat, a kolorowe skarpetki, koszule z obszernymi kołnierzami, koki na głowach pan oraz wódka i śledzik dopełniły uroku. Najbardziej niezwykłe wrażenie robił jednak parkiet podrygujący w niedzisiejszym rytmie, ludzie ruszający się w sposób nie mający nic wspólnego z zabawą we współczesnych klubach. Wrażenie było niezwykłe, magiczne, podróż w czasie okazała się możliwa. Wspaniała zabawa.

Warszawa odzyskuje dawny blask

Notka będzie branżowa, ironiczna, proszę nie brać jej do siebie. O "Dzienniku" mógłbym opowiadać długo, dziś podam jeden dowód na jego potężny wpływ na język stołecznych mediów

W tej gazecie zawsze dużą wagę przykładano do tytułów. Założenie od początku było takie, że nie zaszywamy w nich żartów, nie umieszczamy świadomych dwuznaczności, lecz redagujemy je w sposób informacyjny. Pisząc na łamach warszawskiego dodatku tejże gazety o zabytkach i planowanych rewitalizacjach dostrzegłem dość szybko, że ta reguła idzie dalej - na niektóre tematy najbezpieczniej pisać jest pod jednym, zawsze podobnym tytułem. Stąd co i raz na naszych łamach jakiś zabytek miał "odzyskać dawny blask".

Sformułowanie to weszło do naszego redakcyjnego języka jako hasło ironicznie komentujące nigdy nie spisany stylebook. Nie było to jedyne wiecznie powracające sformułowanie, ale na pewno jedno z częściej.

Minęło trochę czasu, mnie już w "Dzienniku" nie ma, ale potężny wpływ tej gazety ujawnia się na każdym kroku. Oto bowiem firma Reinhold uzyskała pozwolenie na przebudowę kamienicy Lipińskiego w Alejach Jerozolimskich. Tej samej, o którą wcześniej zacięty bój ze znanym fotografem Tomasze Gudzowatym stoczyli obrońcy zabytków. I czego się dowiadujemy?
Gdyby nie to, że "Życie Warszawy" wyłamało się z trendu, mógłbym popaść w samozachwyt i złożyć się w Sevre pod Paryżem w charakterze ścisłego wzorca pisania o warszawskich kamienicach.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich autorów :)

24 listopada 2008

Zdjęcia Warszawy w Google raz jeszcze

W statystykach widzę, że co chwilę trafia do mnie ktoś, kto próbuje szukać zdjęć z magazynu "Life", ale robi błąd składniowy w zapytaniu. To skądinąd przyjemne, że wszystkie poza właściwą formy zapisu tego zapytania prowadzą do mnie. Niemniej dla zawiedzionych prosta instrukcja:
  • zdjęć szukamy nie w zwykłej wyszukiwarce Google, tylko w wyszukiwarce grafiki...
  • ... wpisując do niej "warsaw source:life" bez cudzysłowów i, co ważne, tylko z jedną spacją między warsaw (lub innym szukanym słowem) a source.
  • Przy dwukropku nie ma spacji!
Miłej zabawy :)

Dwa wieżowce to pomysł ratusza

Potwierdziły się moje podejrzenia. Projekt Porta Varsovia powstał na zlecenie Zarządu Mienia Miasta Stołecznego - instytucji, która wciąż pozostaje dla mnie dość tajemnicza.

Rozmawiałem właśnie z autorem koncepcji, Aleksandrem Mirkiem. Projekt powstał na zlecenie stołecznego ratusza, który chce mieć wpływ na kształt przyszłej zabudowy tej prestiżowej działki. Zamierza zaprezentować go na przyszłorocznych targach nieruchomości w Cannes i szukać inwestora skłonnego zrealizować wizję krakowskich architektów.

- Miejsce jest wyjątkowe. Tuż obok stoi kościół św. Piotra i Pawła o wyjątkowej historii. Był konfiskowany przez władze carskie po powstaniu styczniowym, a potem wysadzony przez Niemców po Powstaniu Warszawskim i to razem z fundamentami. A mimo to odbudowano go tuż po wojnie - podkreśla Mirek.

Z drugiej strony działka po Hoffmanowej graniczyć będzie w przyszłości z trzema wieżowcami - istniejącymi Marriottem i Oxford Tower, oraz planowanym 260-metrowcem zaprojektowanym przez Zahę Hadid. - To prestiżowe sąsiedztwo. Z Zahą Hadid nie zamierzamy się ścigać, a na pewno nie na wysokość. Dlatego nasze budynki planowane są na 230 metrów wysokości. Jeden z nich będzie miał charakterystyczne wcięcie - jego łuk ma podejmować dialog z wieżowcem Hadid - tłumaczy architekt.

Na tym nie koniec oryginalnych pomysłów architektonicznych. Projekt zakłada m.in. wpuszczenie ul. Emilii Plater pod ziemię i połączenie zielonych terenów wokół wieżowców z założeniem parkowym otaczającym kościół.

Wschodnie elewacje obu budynków będą czarnymi murami o grubości około 6 metrów. W ich wnętrzu znajdzie się infrastruktura techniczna. Z zewnątrz obie elewacje mają być podziurawione - architekt chce w ten sposób nawiązać do śladów po kulach, które wciąż można znaleźć na wielu warszawskich budynkach sprzed wojny. - Ogrodzenie kościoła też jest całe podziurawione - podkreśla Mirek.

Niecodziennym rozwiązaniem jest też rozrzedzanie kondygnacji - te najwyższe, przeznaczone na restauracje i kawiarnie oraz ekskluzywne biura lub apartamenty mogą mieć nawet 6 metrów wysokości. Budynki mają połączyć w sobie dwie funkcje - w mniejszym znajdą się mieszkania, a w większym biura.

Pomiędzy budynkami rozciągnięta ma być struktura z włókien węglowych, która ma w przyszłości umożliwiać rozwieszanie elementów związanych np. z wydarzeniami w stolicy. - O tym decydowałoby miasto. Np. w czasie rocznicy Powstania Warszawskiego mógłby to być znak Polski Walczącej. Podobnie teraz, w czasie prezydencji Francji w UE Wieża Eiffla ozdobiona jest unijnymi gwiazdkami - roztacza swoją wizję architekt.

Sam zastrzega jednak od razu, że ta odważna koncepcja daleka jest od realizacji. Nie wiadomo, czy inwestorzy będą chcieli kupić działkę z tak szczegółowym projektem, szczególnie w dobie kryzysu. Nie wiadomo też, czy ratusz naprawdę zdecyduje się na tak szczegółowy zapisy w decyzji o warunkach zabudowy.


Wyświetl większą mapę

Koncepcję krakowskich architektów trzeba traktować z dużą ostrożnością. Nie wiadomo jeszcze ile z oryginalnych pomysłów Aleksandra Mirka i Piotra Ostrowskiego zapisze w swojej decyzji ratusz, ani tym bardziej nie wiadomo, czy znajdzie się inwestor skłonny budować według ich wytycznych. Prawdę mówiąc mam co do tego spore wątpliwości.

Z całego założenia najbardziej podoba mi się pomysł ukrycia ulicy Emilii Plater w tunelu i oddania w ten sposób kawałka przestrzeni pieszym. Jeśli teren wokół dwóch budynków byłby otwarty i zagospodarowany w przyjazny sposób, miasto zyskałoby kawałek parku w środku najbardziej zurbanizowanej części Śródmieścia. To niezły pomysł.

Na podstawie przygotowanych przez architektów wizualizacji i dostępnych zdjęć makiety trudno ocenić, jak dwie nowe wieże wkomponowałyby się w warszawski skajlajn. Martwi mnie brak przyziemia - obawiam się, że przy stosunkowo małym obrysie w parterach nie znalazłoby się miejsce na nic, poza recepcjami. A to z kolei może powodować, że w praktyce całe parkowe założenie będzie martwe po południu i wieczorem.

Najwięcej wątpliwości budzą jednak elementy symboliczno-zdobnicze. Wschodnie elewacje z podniesionymi do potęgi dziurami po kulach są w warstwie symbolicznej dość infantylne, a skalą przekraczają granicę między monumentalnością, a jej karykaturą. Mam wrażenie, że Warszawa nie potrzebuje takiego pomnika łączącego martyrologię z komercją. Tym bardziej, że nad miastem górują już dwa symbole Polski Walczącej - ten na budynku PAST-y i ten na czerniakowskim kopcu. Potęgowanie tej symboliki może zostać odebrane jako karykatura.

Liny rozwieszone między dwoma wieżowcami przypominają mi z kolei kable i sznury na pranie rozwieszone między pierzejami wąskiej, ciemnej uliczki. Obawiam się zresztą, że w praktyce ktoś w końcu zaoferowałby takie pieniądze za rozwieszenie na nich reklamy podpasek, że miasto szukające np. środków na łatanie luki w budżecie ugięłoby się pod finansową presją.


Tekst powstał we współpracy z TVN Warszawa.

23 listopada 2008

Rezygnuję z soup.io

Rezygnuję z zupki. Zabawka fajna, ale mam bloga, blipuję (ostatnio rzadziej), udostępniam różne rzeczy w Google Readerze, co można czytać na prawej szpalcie lub śledzić w postaci osobnego kanału RSS. W dodatku Reader ma dokładnie taką samą możliwość dodawania do udostępnionych rzeczy linków spoza śledzonych RSS-ów. Zupka smaczna, ale niepotrzebna.

W ogóle muszę trochę okiełznać swoją sieciową aktywność. Nowa praca ma jednak taką specyfikę, że nie nadążam z czytaniem wszystkiego, co mam w Readerze, o posyłaniu tego dalej nie mówiąc. Dlatego rezygnuję z zupki też od drugiej strony - wywalam RSS-y znajomych. Z lekkim żalem, ale bez przesady - zgodnie z regułą, którą jakiś czas temu opisała Marta Klimowicz zakładam, że podobnie jak newsy, trafią do mnie tak czy owak te śmieszne rzeczy, które naprawdę są tego warte (ba, jak znam życie, to spora część tych nie wartych i tak też trafi).

Poza tym z zupką jest trochę tak, jak na załączonym obrazku - ostatni mógłby być podpisany soup.io. To jest tylko multiplikowanie internetowych dupereli. Ja zaczynam mieć dość.

Wszystko to po części w związku z piątkowym zamieszaniem wokół zdjęć z magazynu "Life" (trzeba mieć większą kontrolę nad tym co i gdzie się firmuje swoja ksywką, jak widać), a po części z faktem, że dopiero dziś udało mi się wygrzebać z oznaczonych gwiazdką tekstów z poprzednich tygodni i prawdę mówiąc nie czuję, że bez nich byłbym uboższy.

No, może film o skoku spadochronowym z Burj Dubai był wart uwagi:


Na mnie samo wejście po schodach na 160 piętro robi wrażenie ;)

22 listopada 2008

Robią o mnie film

Dość już tych poważnych tematów. W cyklu "trailer na weekend" znów coś związanego ze Star Trekiem i Gwiezdnymi Wojnami. "Fanboys":



To jeszcze film dla mnie czy już o mnie? ;)

Dwa wieżowce w miejscu Hoffmanowej?

O sprawie sprzedaży działki, na której dziś stoi liceum im. Klementyny Hoffmanowej warszawskie media piszą już od dłuższego czasu. Cała historia zaczyna się mniej więcej wtedy, gdy historia wieżowca zaprojektowanego przez Zahę Hadid dla spółki Lilium.

Inwestor mówił już wtedy, że chętnie wszedłby z miastem we współpracę, która miałaby na celu budowę kolejnego wieżowca w miejscu liceum. Gdy Zaha Hadid odwiedziła Warszawę, pokazano nawet, że mógłby on wyglądać jak młodszy klon właściwego wieżowca (dwa kolejne klony miałyby stanąć w miejscu dworca Centralnego). Lilium twierdziło nawet, że w dolnej części tego budynku nadal mogłaby działać szkoła.

Miasto nigdy nie odniosło się do tej propozycji wprost, ale sam pomysł wyraźnie trafił w gusta urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz, bo sprawa sprzedaży Hoffmanowej wciąż jest aktualna. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży atrakcyjnej działki mają pomóc załatać miejski budżet. Kilka tygodni temu wiceprezydent Jacek Wojciechowicz potwierdził to w rozmowie ze mną.

Nawiasem mówiąc w tej samej rozmowie potwierdził też, że spółka Lilium dostała decyzję o warunkach zabudowy dla narożnika Alei Jerozolimskich i ul. Chałubińskiego - wieżowiec Zahy Hadid, o ile rzeczywiście powstanie, będzie miał nie 250, jak proponowała architektka, nie 235 jak pierwotnie zapowiadało miasto, lecz 260 metrów.

Plan ratusza zakłada, że liceum Hoffmanowej przeniesie się do pobliskiego budynku szkoły samochodowej przy ul. Hożej, a ta z kolei placówka zacznie działać na Szczęśliwicach. Przeciwko temu rozwiązaniu protestowali ostatnio uczniowie samochodówki, choć z moich informacji wynika, że akurat dyrekcja tej placówki jest zadowolona z tego pomysłu, bo w budynku przy Hożej nie sposób zbudować nowoczesnego garażu, który takiej szkole jest po prostu niezbędny.

Co innego Hoffmanowa - tam oficjalnie nikt o sprawie nie wie, a o tym, że być może jeszcze w tym roku trzeba będzie się wynieść uczniowie i pracownicy dowiadują się z mediów. Urzędnicy tłumaczą się zawiłością procedur przygotowawczych. O całej sprawie dość obszernie pisze autor serwisu HGW-watch.pl. I to właśnie tam można było trafić na link do strony, z wizualizacjami dwóch wieżowców, które miałyby stanąć w miejscu Hoffmanowej. Autorzy projektu piszą, że miałby mieć po 230 metrów wysokości i jednocześnie byłyby najwyższe w Polsce, co jest dość śmieszne - Pałac Kultury ma 231 metrów.

Koncepcję i widoczną na pozostałych zdjęciach makietę przygotowało krakowskie biuro inwestycyjno-projektowe Kontrapunkt V-projekt. Na czyje zlecenie - nie wiadomo. By złożyć wniosek o wydanie warunków zabudowy, nie trzeba mieć prawa do działki - może to zrobić właściwie każdy. Intrygujące jest jednak, że koncepcja nazywa się "Porta Varsovia", a taka nazwa pojawia się w miejskich dokumentach. Czy projekt powstał na zlecenie miasta? Spróbuję dowiedzieć się tego w poniedziałek. Na stronie można przeczytać, że wstępną zgodę (cokolwiek to znaczy w sensie formalnym) wydał już Zarząd Mienia Stołecznego Miasta Warszawy - tajemnicza instytucja, o której istnieniu dowiedziałem się dopiero niedawno. Tak czy inaczej to pierwsze wizualizacje tego, co ewentualnie mogłoby powstać na miejscu liceum.

Wszystko wraca do normy


Za promocję dziękuję "Dziennikowi", dziennikowi.pl i, dwukrotnie, Wirtualnej Polsce. Jak widać na załączonym obrazku, sytuacja powoli wraca do normy - moje pięć minut w roli "znanego warszawskiego blogera" mija bezpowrotnie. Zagaszamy ;)

21 listopada 2008

Problemy source:Dziennik

Na przecięciu nowych i tradycyjnych mediów dochodzi czasem do zgrzytów. Środowa notka o tym, że archiwum zdjęć magazynu "Life" trafiło do internetu i zostało zindeksowane przez Google odbiła się echem, którego nie przewidziałem. Skutki są niestety głównie uboczne.

Na moje "odkrycie" powołuje się dziś dodatek warszawski "Dziennika", a od wczoraj także portal dziennik.pl. Każde na swój sposób. Portal informuje, że wśród opublikowanych w sieci zdjęć można też znaleźć spory zbiór nad wyraz ciekawych zdjęć z okupowanej Warszawy. Wśród nich są i te najbardziej zaskakujące - kolorowe zdjęcia Hugo Jaegera wykonane w Warszawie w październiku 1939 roku. Papierowe wydanie "Dziennika" ogłasza natomiast sensację i twierdzi, że zdjęcia te nie były wcześniej znane w Polsce. Tezę tę - co kompletnie mnie zaskakuje - popiera swoim autorytetem Zygmunt Walkowski, varsavianista specjalizujący się właśnie w fotografii z czasów okupacji.

Tymczasem jest to wierutna bzdura. Zdjęcia są znane co najmniej od kilku lat - o ile nie myli mnie pamięć, pierwszy pokazał je tygodnik "Przekrój". Pobieżny risercz w internecie dowodzi zaś, że znaczna część z nich krąży w sieci od dawna i jest co jakiś czas linkowana na forach poświęconych Warszawie. Znalezisko, które przypisał mi "Dziennik" nie jest więc żadną sensacją - jest nią natomiast to, że magazyn "Life" zdecydował się opublikować swoje archiwum w sieci, w wysokiej rozdzielczości i w porozumieniu z Google, co pozwala przeszukiwać je w niezwykle prosty sposób.

Tyle, że to też nie jest moje odkrycie - w swojej notce zaznaczyłem zresztą, że wiadomość ta błyskawicznie obiegła internet. Jako pierwszy w Polsce napisał o tym bodaj Grzegorz Marczak na stronie AntyWeb. To on zasugerował zresztą, by do wyszukiwarki wpisać zapytanie "poland source:life", które ja zamieniłem tylko na "warsaw source:life". Ot i cała moja zasługa. Zdecydowanie zbyt mała, by informować o niej na jedynce portalu i pierwszej stronie papierowej gazety, choć oczywiście trudno mieć za złe taką promocję.

Cała sprawa ma jeszcze drugie, zawodowo-osobiste dno. Stali czytelnicy bloga pewnie o tym wiedzą - ci, którzy trafili tu dzięki tej promocji na pewno nie. Otóż do sierpnia tego roku byłem... dziennikarzem działu warszawskiego "Dziennika". A autor tej publikacji to mój kolega, który, niestety, zaliczył przy tej okazji zawodową wpadkę - powołał się na źródło, którego nie zweryfikował. Smutna prawda jest bowiem taka, że redakcja "Dziennika" w ogóle nie próbowała się ze mną wczoraj skontaktować. Gdyby to zrobiła, nie popełniła by w papierowym wydaniu takiego błędu (mam wrażenie, że w portalu nad tekstem pracował ktoś, kto po prostu znał te zdjęcia i błąd wyłapał). A wystarczyło tylko wykręcić numer telefonu, który koledzy - miałem cichą nadzieję - wciąż wszyscy mają w komórkach.

Zwykła koleżeńska przyzwoitość nakazywała dać znać, że taki tekst powstaje, a zawodowa - wspomnieć na łamach o tym, że "znany warszawski bloger" był do niedawna "naszym współpracownikiem". Tym bardziej, że publikacja "Dziennika" stawia mnie w dość niezręcznej sytuacji względem obecnego pracodawcy, czyli redakcji informacyjnej kanału telewizyjnego i strony internetowej TVN Warszawa (uprzedzając pytania: nie wiem, kiedy ruszamy). To, że nie ma nas jeszcze w eterze nie oznacza przecież, że taki sensacyjny temat by nas nie zainteresował. Tymczasem moi koledzy i przełożeni dowiedzą się o "moim odkryciu" z dzisiejszego "Dziennika". Kłopotliwe tym bardziej, że mam dziś wolny dzień i nie będzie mnie na miejscu, by od razu odkręcić całe zamieszanie i wyjaśnić, że nie ma żadnej sensacji.

Innym ubocznym skutkiem publikacji "Dziennika" jest to, że z poprzedniej notki usunąłem kolorowe zdjęcie wojsk niemieckich na Krakowskim Przedmieściu. Obawiam się, że link na głównej stronie portalu może skierować w moje skromne progi przedstawiciela agencji fotograficznej, która dysponuje prawami do zdjęć magazynu "Life" w Polsce. Z moich informacji wynika, że jest to agencja Flash Press Media reprezentuje archiwalną część Getty Images, w tym Time&Life Pictures, którą przy okazji przepraszam za spowodowane zamieszanie. Chciałem tylko pochwalić genialny pomysł Google i "Life", który pozwala na długie godziny utonąć w historycznych zdjęciach nie tylko Warszawy, czy Polski, ale też z wielu innych miejsc na świecie. Mimo wszystko - serdecznie polecam.

A swoją drogą nie sądziłem, że kiedyś jeszcze wrócę na jedynkę "Dziennika".

20 listopada 2008

Life in Google

Wbrew pozorom to nie będzie kolejne wyznanie wiary w nową religię. Chociaż... Od kilku godzin świat obiega ciekawa informacja - magazyn "Life" i Google właśnie porozumiały się i rozpoczęły wrzucanie do sieci zdjęć z archiwum tego pierwszego. Ta wiadomość może z pozoru wydawać się banalna. Większe wrażenie robią liczby - na razie 2 miliony, docelowo podobno 10 milionów zdjęć. Jeśli to wciąż nie robi wrażenia, to poniżej wklejam wynik jednego z pierwszych strzałów.

Kolorowe zdjęcia z okupowanej Warszawy, które kilka lat temu były dziennikarską sensacją, dziś, w niespotykanej jakości, są po ot tak po prostu do obejrzenia (i ściągnięcia) z Google. Oczywiście ich wykorzystanie np. w druku to zupełnie inna sprawa. Przy każdym jest link do strony, gdzie można je kupić.

Działa to tak - w googlowej wyszukiwarce zdjęć wpisujemy np. "warsaw source:life". Prościej się nie da.

A przede mną kilka zarwanych wieczorów...

-----{ edit }-----

Z treści notki usunąłem zdjęcie. Wyjaśnienie tutaj.

18 listopada 2008

Rzecznik metra o defibrylatorze

Ucięliśmy sobie z rzecznikiem metra krótką wymianę maili na temat defibrylatora z pl. Wilsona.

Dowiedziałem się, że urządzenie z placu Wilsona zostało skradzione we wrześniu. Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie, a metro zamierza kupić nowy defibrylator. Nie była to zresztą jedna kradzież takiego urządzenia ze stacji metra. Jednego złodzieja złapano na stacji Centrum na gorącym uczynku. W sumie w metrze jest teraz osiem defibrylatorów, każdy wart około 10 tysięcy złotych. Część zakupiło metro, część to dary.

Co ciekawe, żaden nie został do tej pory użyty do ratowania życia. Kilka razy były już zdejmowane ze ściany, ale za każdym razem pogotowie przybywało na miejsce wystarczająco szybko, by użyć własnego sprzętu.

To oczywiście bardzo dobra wiadomość, ale zawodowy odruch każe mi szukać dziury w całym. Czy aby na pewno warto instalować na stacjach metra takie urządzenia, skoro są one - jak widać - atrakcyjne dla złodziei, a nie są pomocne?

I drugie pytanie; kto tak naprawdę miałby ich użyć? Na skrzynce napisane jest wyraźnie, że może to robić tylko przeszkolony człowiek, a nie przypadkowy przechodzień, choć same urządzenia zrobione są tak, że głosowo instruują, co trzeba robić. Tyle, że ja na ten przykład nie odważyłbym się tego użyć - nie umiałbym ocenić, czy ofiara potrzebuje właśnie takiej pomocy.

- Nasz personel jest przeszkolony - podkreśla rzecznik Malawko. I odwołuje się do wiedzy z lekcji przysposobienia obronnego (które, nawiasem mówiąc, ma być zastąpione jakimś bardziej sensownym modelem edukacji). Ja niestety nie miałem szczęścia do tego przedmiotu - nie umiem rozpoznać zatrzymania krążenia. Od razu rodzi się więc pytanie, co grozi osobie, która zaryzykuje i - zamiast pomóc - zaszkodzi, i śmiertelnie porazi kogoś prądem?

Oczywiście można liczyć na to, że do pomocy rzuci się ktoś z odpowiednim przeszkoleniem - ratownik lub wracając z pracy lekarz. Nie jestem jednak do końca przekonany, czy cały ten program został porządnie przemyślany i wyceniony, skoro w praktyce i tak pogotowie jest na miejscu szybciej.

Rzecznik Malawko odpowiada pytaniem na pytanie: - Złodzieje kradną wszystko. Czy z faktu, że w metrze nie było pożaru i gaśnice są kradzione wynika, że są one zbędne? Niechby ich tylko zabrakło - jestem pewien, że zaraz będą potrzebne - pisze. I dodaje: - Jeśli choćby jeden raz taki defibrylator pomoże uratować życie - to już warto było je kupić.

I z tym ostatnim argumentem rzeczywiście nie zamierzam polemizować.

17 listopada 2008

Where no one has gone before...

Myślę, że to może być pierwszy film, po którym wyjdę z sali i kupię sobie bilet na następny seans. Chciałbym, żeby tak było w każdym razie. Panie i Panowie - jest już nowy trailer Star Treka w interpretacji JJ Abramsa. Nie embeduję, bo oglądanie tego w jutubowej jakości jest profanacją. Klękamy i ściągamy w jakości HD stąd lub - łatwiej - stąd.

Kometarze krytyczne będą usuwane ;)

16 listopada 2008

Metro bez serca

Pojawiły się w zeszłym roku na wszystkich - lub na większości - stacjach warszawskiego metra. Nowoczesne defibrylatory, które wydają polecenia głosowe. W ekstremalnej sytuacji może je obsługiwać nawet laik. Niestety, nie wszędzie.

Na pewno nie na stacji pl. Wilsona, gdzie zrobiłem to zdjęcie. W skrzynce po urządzeniu jest wprawdzie fotokomórka, więc kradzież z pozoru trudna. Ktoś się jednak nie bał i... defibrylator znikł. Nie sprawdzałem, jak jest na innych stacjach, ale zdjęcie zamierzam wysłać do Metra Warszawskiego z pytaniem, czemu wprowadza w błąd osoby, które mogłyby kiedyś chcieć udzielić komuś pomocy. Jeśli na innych stacjach jest podobnie, - proszę o sygnał w komentarzach.

Żyleta

Nigdy tam nie byłem. I już nie będę.


Trochę żałuję.

14 listopada 2008

Werner Herzog na krańcu świata

Nigdy nie byłem fanem filmów przyrodniczych, ale na ten zwróciłem uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze, trailer pojawił się w sieci niedługo po tym, jak wróciłem z kursu nurkowego. Po drugie przez wzgląd na nazwisko reżysera. Werner Herzog opowiada o tym, kogo spotkał na końcu świata.



Stwierdzenie, że nie jest to typowy film przyrodniczy nikogo raczej nie zaskoczy. Zresztą Herzog - prowadzący narrację zza kamery, w pierwszej osobie - od razu mówi, że nie będzie to kolejny film o pingwinach. I rzeczywiście pingwinów jest tu stosunkowo niewiele, właściwie jeden, choć epizod z jego udziałem jest poruszający. To w ogóle przymiotnik, który najlepiej oddaje charakter tego niecodziennego filmu.

Czytelne jest w nim przesłanie ekologiczne, które z perspektywy powierzchni gigantycznej góry lodowej, która krąży po ocenie brzmi znacznie bardziej przekonująco, niż z jakiejkolwiek innej. Nawet dotknięte suszą rejony Afryki nie przerażają tak, jak ta masa wody, która pewnego dnia się po prostu rozpuści.

Film ma bohaterów - wielonarodowy tłum koczowników zamieszkujących bazę naukową na końcu świata; freaków, dziwaków, odszczepieńców, uciekinierów, ludzi, którzy zatracili się w nauce tak dalece, że pewnego dnia ocknęli się "na dole" kuli ziemskiej, gdzie - jak mówi jeden z nich - spadają w końcu wszyscy ci, którzy nigdzie indziej nie umieją się zaczepić. Herzog przygląda im się z życzliwym dystansem, ale nie próbuje ukrywać, że każdy z nich jest przerażający w szaleństwie, które pchnęło go na biegun lub co najmniej w jego okolicę. Ale też podziwia zapał eksploratorów, dla których chlebem powszednim jest odkrywanie nowych gatunków organizmów, nurkowanie pod lodem czy mieszkanie w namiocie na krawędzi wulkanu.

Przetyka te portrety zdjęciami przyrody - w dobie filmów przyrodniczych w jakości HD dostępnych w każdej kablówce trudno mówić tu o czymś miażdżącym. Rzecz raczej w nastrojowości, w chwilami nawet zbyt sugestywnej muzyce, która nie zostawia właściwie pola do interpretacji. Pokazuje świat, który czasem przypomina otwartą przestrzeń kosmiczną, innym razem planetę Hoth, a czasem coś na pograniczu Archiwum X, Obcego i innych klasyków SF. W bazie naukowej otoczonej śniegiem, ale samej w sobie unurzanej w błocie, pełnej koparek, spychaczy i brudnych baraków poczujemy się niemal jak w odległej stacji kosmicznej na rubieżach galaktyki; niemal tak klaustrofobicznie, jak w metalowej puszce na orbicie. Gdzieś w tle pojawia się też skojarzenie z Odyseją Kosmiczną, tyle że to nie HAL mówi odmawia nam spokojnym głosem wykonywania poleceń - robi to przyroda. Odnajdziemy tu podobną nastrojowość - pełną niepokoju, który udziela się momentalnie i nie opuszcza po wyjściu z kina.

I w ten sposób wzmacnia jeszcze ekologiczne przesłanie, które nie jest tu ofensywną ideologią, lecz wydaje się naturalną konsekwencją obcowania z przyrodą w ekstremalnym wydaniu.

Spotkania na krańach świata (Encounters at the End of the World)
reż. Werner Herzog
USA 2008

"Wszyscy jesteśmy architektami"

Po wczorajszej prezentacji projektu rewitalizacji i rozbudowy Cedetu miałem okazję porozmawiać chwilę z jednym z autorów projektu. Andrzej Chołdzyński pytał m.in. o to, czy nie przesadził z długością i szczegółowością swojej prezentacji.

Opowieść o tym, jak będzie wyglądał Cedet po rozbudowie zajęła w sumie około godziny i miała postać znakomicie zilustrowanego wykładu o historii budynku, płynnie przechodzącego w rozważania na temat tego, jaki kształt i skalę powinna przyjąć bryła nowej części. Były zdjęcia historyczne, mapy, zdjęcia lotnicze, anegdoty, a między wierszami dało się też dostrzec szpilkę pod adresem autora projektu domu towarowego powstającego po drugiej stronie al. Jerozolimskich. Było ciekawie.

Architekt zwierzył się jednak, że przygotowując konferencję wspólnie z inwestorem zastanawiał się, czy przypadkiem nie za wiele technicznych detali, roboczych - a więc "brzydkich" rysunków. Myślę, że najlepszym dowodem skuteczności tej prezentacji był fakt, że po jej zakończeniu właściwie nie było pytań o kształt projektu - jedno, dotyczące zasadności rozbiórki istniejącego drugiego skrzydła budynku zadał Grzegorz Piątek. Moim zdaniem odgrywał się jednak za to, że Chołdzyński swoim wykładem uprzedził jego wieczorny, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej ;)

Zgodną pozytywną ocenę prezentacji Chołdzyński skwitował tytułowym zdaniem "wszyscy jesteśmy architektami", które uzupełnił stwierdzeniem, że skoro zajmujemy się pisaniem o architekturze, to siłą rzeczy coraz lepiej rozumiemy warsztat. Dla mnie - wychowanego przy desce kreślarskiej nieżyjącego już ojca, w rocznicę jego urodzin - były to słowa nad wyraz miłe. Tym bardziej, że zbieg okoliczności, który spowodował, że zajmuję się architekturą zawodowo jest dla mnie bardzo ważną i cenną sprawą.

Ale wspominam o całej sytuacji nie dlatego, żeby się tu dzielić osobistymi emocjami. Firma CDI zapowiedziała wczoraj, że swój projekt będzie teraz prezentować przyszłym sąsiadom. Nie bez powodów - gdy wieść o planowanej rozbudowie Cedetu pojawiła się w prasie ci od razu zaczęli wyrażać obawy, że nowy gmach zasłoni im światło słoneczne. Znów nie bez powodów - w końcu budowa wspomnianego budynku po drugiej stronie al. Jerozolimskich odwlekła się właśnie z powodu sporu o doświetlenie okien sąsiadów.

Wychodząc od braci Jabłkowskich pomyślałem, że myśl Chołdzyńskiego warto - z pewną ostrożnością, oczywiście - rozszerzyć i równie poważnie potraktować mieszkańców ulicy Brackiej. Może spokojna, rzeczowa prezentacja detali technicznych i warsztatowych pomoże przekonać mieszkańców? Widać na niej, że podcięcia parterów nie są przypadkowe, że bryła została ukształtowana tak, by korespondowała z sąsiednimi elewacjami rytmem i tektoniką, że kształt dachu jest efektem dbałości o światło w sąsiednich budynkach właśnie. Owszem, są to detale techniczne, wymagające wyobraźni przestrzennej i - przede wszystkim - dobrej woli, chęci zrozumienia projektu. Pewnie nie wszyscy goście takiej prezentacji będą mieli wolę, by się z tym zmierzyć, ale kto wie - może kilku wahających uda się przekonać tak, jak dziennikarzy wczoraj?

Wieczorny wykład Grzegorza Piątka pokazał - nie pierwszy raz zresztą - że zainteresowanie architekturą w Warszawie jest spore i coraz więcej ludzi szuka tej wiedzy. Podobnym wrażeniem podzielił się ze mną niedawno pracownik jednego z portali, który mówi, że architektura dobrze "się klika". Któż nie lubi kolorowych obrazków? A skoro tak, to czemu nie pójść o krok dalej i nie pokazać też tej odrobiny warsztatu, która pozwala wyjść poza komputerowe renderingi i poczuć przestrzeń miejsc, które dopiero powstaną?

Zresztą pierwszy krok w tym kierunku zrobiło właśnie Muzeum Sztuki Nowoczesnej organizując jakiś czas temu wystawę makiet i modeli, które Christian Kerez wykorzystywał przy pracy nad nową wersją projektu. I choć miasto poczuło się urażone tym pomysłem, a wernisaż potraktowało jako szantaż mający na celu wymuszenie zgody na nową koncepcję, to ja na miejscu widziałem ludzi żywo zainteresowanych detalami projektu, a na zwiedzanie wystawy z autorem waliły tłumy ludzi. A i sam spór o muzeum pokazał, że ludzie chcą o architekturze rozmawiać. A niektórzy nawet chcą ją rozumieć. Interpretacji nie ma jednak bez wiedzy - jak podkreślał wczoraj Chołdzyński.

Nieśmiało sugeruję więc architektom - i deweloperom, którzy często boją się pokazywać swoje projekty przed przygotowaniem końcowych renderingów - by szukali sposobu na wciągnięcie publiczności w proces twórczy i wiążącą się z tym debatę. To może przynieść korzyści wszystkim stronom.


Ulotkę zajumałem z bloga Chłodnej 25, zdjęcie Cedetu pochodzi z materiałów CDI

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.