Instagram

24 października 2007

Euro w Łomiankach

- Ogarnia mnie takie zmęczenie, jakby mi ktoś pavulon wstrzyknął - mówi po chwili milczenia Michał Borowski, odpowiedzialny w Ministerstwie Sportu za przygotowania do Euro 2012.

Bez wątpienia jest to cytat dnia, a może jeszcze zyskać wyższą rangę. Stało się bowiem to, czego najbardziej się obawiałem w zwycięstwie PO - zaczynają się przymiarki do poprawiania planów dotyczących Euro. Prawdę mówiąc nie spodziewałam się, że atak przyjdzie ze strony prezydent Warszawy. Myślałem raczej, że to nowy minister sportu wraz z resztą nowego rządu zacznie od usunięcia Michała Borowskiego (to akurat pani prezydenta już raz zrobiła, w ratuszu), a potem rozmontuje powołane przez niego spółki.

A jednak strzał przyszedł szybko i to właśnie ze strony ratusza. Prezydent stolic chce oddać Euro Łomiankom! Za coś takiego warszawiacy powinni ją od razu wywieźć na taczce, ale może litościwie zaczekają do wyborów. W każdym razie na reelekcję bym nie liczył, podobnie jak na pół miliona głosów w wyborach do sejmu. Za to poparcie w Łomiankach na pewno wzrośnie. Nie mają tam wprawdzie klubu sportowego, który by mógł potem grać na tym stadionie, mają za to koszmarne problemy finansowe, bo zbudowali sobie ośrodek sportu na skalę większą, niż możliwości. Ale to akurat nie szkodzi - ten stadion najpierw otworzy oczy niedowiarkom, a potem sobie spokojnie zgnije.

Od początku miałem wrażenie, że władzom Warszawy całe to Euro jest kompletnie nie na rękę. Dziś widać, że tak jest w istocie - i chcą się problemu po prostu pozbyć. Dla mnie to jest totalny skandal, rażąca niekompetencja i w ogóle coś niewyobrażalnego; prezydent Warszawy
sabotuje szansę na Euro we własnym mieście.

W tym wszystkim jest jeszcze drugie dno, o którym napiszę, choć podkreślam, że opieram się teraz wyłącznie na krążących po mieście plotkach i subiektywnych opiniach, nie popartych "kwitami". Miasto ogłosiło właśnie przetarg na remont stadionu Legii. Jest to właściwie prezent dla firmy ITI, do której należy klub. Prezent finansowany z budżetu Warszawy.

Rząd od dawna sygnalizował, że ta inwestycja nie ma sensu, po co miastu wyremontowane Polonia (15 tys.) i Legia (35 tys.) oraz Stadion Narodowy, wyłącznie piłkarski na 55 tys. miejsc? Nie wszyscy zgadzają się z takim podejściem - wiele osób uważa, że Narodowy nie powstanie w ogóle, więc miasto nie powinno oglądać się na rząd. Inni mówią, że nawet jak powstanie, to stolica 40-milionowego kraju powinna mieć kilka stadionów (szkoda, że ma tylko jeden pierwszoligowy klub).

Ja się z tym nie zgadzam - uważam, że miasto powinno zawiesić remont Legii na kołku przynajmniej do czasu, gdy losy Euro się rozstrzygną i zadeklarować wsparcie dla idei budowy Stadionu Narodowego, który potem miałby szansę stać się głównym miejskim obiektem.

Taki jest kontekst. A plotka? Ma postać pytania o to, komu najbardziej nie opłaca się budowa Stadionu Narodowego? Kto najbardziej straci na jego powstaniu? Na to pytanie proszę sobie odpowiedzieć samemu. Ja chcę pokazać, jakie są nastroje w Warszawie i w jakim kontekście pani prezydent sprzedaje dziennikarzom swoje dziwaczne pomysły.

Lektura obowiązkowa

Wiele słów, ostrych także, padło ostatnio z ust Władysława Bartoszewskiego. Wczoraj podsumował.

Niestety, TVN nie pozwala na embedowanie - zatem link, w który warto, ba, w którzy trzeba kliknąć, choć kosztuje to 60 minut:

To, że 418 funkcjonariuszy, zobowiązanych, bo mundurowych i 56 niezobowiązanych, może słabych, chodziło mi dłużej czy krócej koło pióra, prześladowało mnie, to jest ludzkie. Ostatecznie w skali populacji Polski to nie tak dużo. Ostatecznie w najznakomitszym gremium na świecie, wśród 12 apostołów, 8 procent zawiodło.
(...)
Na pewno nie wszystko, co warto - to się opłaca. Ale jeszcze pewniej nie wszystko, co się opłaca, to jest w życiu coś warte.

Kochany polski romantyk.
Respect.


22 października 2007

Premier z Londynu

Kolega stwierdził, że chętnie ujrzałby Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro na Rakowieckiej. Odpisałem mu w ten deseń.

Z tą Rakowiecką, to trochę przesadziłeś. Śmietnik historii zupełnie wystarczy, tym bardziej, że nie ma - póki co - podstaw do stawiania zarzutów działaczom PiS, cokolwiek by nie myśleć o nich i o ich metodach,

Natomiast najgorszy błąd, jaki PO może teraz zrobić, to uderzyć w rewanżyzm. To oznaczać będzie kolejne wybory za dwa lata i powrót pogrobowców LPR i Samooborny do władzy (przypominam, że choć bez sejmu i bez dotacji - dzięki Ci za to Jarosławie, co by nie mówić - te partie mają jeszcze punkty zaczepienia w samorządach i tak z dnia na dzień się nie rozlecą).

Najlepsze, co PO może teraz zrobić, to zająć się Euro 2012. To jest klucz do politycznego sukcesu, jeśli ktoś będzie w stanie to dostrzec. Ale niestety mam poważne obawy, że przez Donalda Tuska przemówi rewanżyzm. Obym się mylił.

Natomiast do co do rządu, to gdyby do 231 brakowało więcej - stawiałbym na premiera z Krakowa. W tej sytuacji Tusk prawdopodobnie namawia już Marcinkiewicza, żeby pomógł oderwać od PiS-u kilku brakujących posłów. Co oznacza, że premier może być z Londynu.

I znów strzelam.

Bliźniakom (już) dziękujemy

Za nami dwa lata rządów PiS i historyczne wybory do parlamentu z najwyższą po 1989 roku frekwencją. W Szanghaju głosowało 130 osób, w Dublinie 5 godzin kolejki, w Berlinie śpiewy z gitarą przed konsulatem, a w Warszawie zabrakło kart do głosowania i straż miejska biegiem, na sygnale dowoziła je do lokali.

Pytani przez Anglików "za czym kolejka ta stoi" Polacy odpowiadali z przejęciem, że za demokracją. Kto by przewidział coś takiego jeszcze miesiąc temu? Pierwsze komentarze - siłą rzeczy, bo o wynikach, które dziennikarze znali dużo wcześniej nie można było mówić przez trzy godziny - skupiały się na rekordowej frekwencji. Ogłoszono święto i sukces demokracji. Ja natomiast szukam odpowiedzi na pytanie, co stało się przez te dwa lata i jak je ocenić z własnej perspektywy. W rozmowach ze znajomymi przekonałem się, że czasami zbyt łatwo ulegałem "gazetowyborczej" niechęci do PiS. Ale to nie zmienia faktu, że nigdy nie czułem się w Polsce tak obco, jak przez czas ich rządów.

Owszem, wiele wskazuje na to, że dużą część "winy" za moje dobre samopoczucie przed nadejściem PiS-u ponosi właśnie Gazeta, jej środowisko i jej poplecznicy, którzy dbali o to, by teza o istniejącym w Polsce powszechnym konsensie trzymała się mocno, nawet wbrew empirii. Winy w cudzysłowie - bez pretensji. Przyjemnie żyło się w poczuciu zgody, a za zaklinaniem rzeczywistości stały racje, których nie podważam.

Z drugiej strony to nie jest też tak, że dwa lata temu Kaczyńscy po prostu podnieśli dywan, pod który to wszystko było zamiecione - oni rozpoczęli regularną wojnę ze wszystkimi, szukali wrogów gdzie się dało. I choć bezpośrednio nie zostałem dotknięty żadnymi represjami, ani nawet nie poczułem się specjalnie dotknięty choćby docinkami pod adresem mediów, to jednak mimo wszystko czułem, że to nie jest mój rząd, że dla tych ludzi jestem przeciwnikiem.

Było to pouczające doświadczenie. Niezbyt miłe, ale pouczające - taka lekcja demokracji od tej trudniejszej strony, gdy jest się w mniejszości. Jeśli uświadomić sobie, że przez wiele lat tak właśnie czuli się dzisiejsi działacze i elektorat PiS-u, to idzie lepiej ich zrozumieć z całą złością i radykalizmem, jaki reprezentowali. Dobrze by było, gdyby ta lekcja zapadła w pamięć działaczom i wyborcom PO, żeby teraz nie zaczął się rewanż.

Pouczające były też dyskusje - o religii w szkole na przykład, o tym co grozi demokracji, a co nie. Nie wiem, czy było widać zmianę mojej perspektywy, ale tu i ówdzie z przekornej natury starałem się prezentować stanowisko znacznie łagodniejsze od tej niechęci do rządu, którą wciąż w sobie nosiłem. Upewniłem się w toku tych sporów, że ostatnich dwóch lat nie da się opisać hasłem zagrożenia dla demokracji - to zbyt ogólnikowe określenie, zbyt dalekie od konkretów. Bo cóż takiego się stało? Zawłaszczono telewizję? Spółki skarbu państwa? Używano służb specjalnych do walki politycznej? Próbowano podkopać niezależność sądów? Prawda, tylko czy poprzednie rządy tego nie robiły? Próbuję sobie przypomnieć apogeum afery Rywina - nazwiska i metody, które się tam ujawniły. Czy było lepiej? Czy było inaczej?

Czy bliżej mi do PiS-u? Nie, choć przyznaję, że kilka tygodni temu, gdy Jarosław Kaczyński próbował osłabić Tuska namaszczając Kwaśniewskiego na głównego przeciwnika, na myśl o ewentualnym powrocie postkomunistów do władzy poczułem prawdziwe, fizyczne obrzydzenie. Po wyskokach Kwaśniewskiego ustąpiło zresztą zwyczajnemu zażenowaniu.

Nie atakuję więc dziś PiS-u z tych samych pozycji, co kiedyś i nie są to też pozycje zbliżone do LiD-u. PO też nie jest partią moich marzeń - to wybór negatywny, nie będę go więc specjalnie bronił.

Przez te dwa lata nauczyłem się dużo ostrożniej reagować na alarmy o zagrożeniu dla demokracji. Ale po ostrych słowach Władysława Bartoszewskiego zadałem sobie pytanie, czy straciłem czujność? Czy może jednak po dwóch latach słowa o zagrożeniu dla demokracji mają jakieś uzasadnienie? Czy można przejść nad nimi do prządku dziennego tak, jak nad kolejnym komentarzem redaktorów z Wyborczej?

I nie mam jasnej odpowiedzi na to pytanie. Bo mimo, że ostatnie dwa lata postrzegam w perspektywie, którą opisałem wyżej i mimo, że dobrze wiem, iż czas rządów SLD był czasem spokoju tylko z pozoru, a pod spodem "szły przekręty", to jednak nie jestem w stanie pozbyć się obaw, gdy oglądałem kolejne konferencje Ziobry, gdy słyszałem o kolejnych akcjach CBA, gdy widziałem po jakie metody się sięgali i jaką atmosferę wprowadzali. I nie przekona mnie argument, że to tylko Gazeta podgrzewała atmosferę, bo na to podgrzewanie starałem się uodpornić - gdy mówię o atmosferze, to staram się odnosić do tego, co mówili politycy PiS, nie do komentarzy nieprzychylnej im prasy ani opozycji.

Tak, procedury zostały dochowane, konstytucji PiS nie złamał, wybory były wolne, media też. Prawo nie zostało złamane, a tam, gdzie je naruszono, sądy reagowały i nikt im tego nie uniemożliwiał - Platforma nie musi wypuszczać dziś z Rakowieckiej więźniów politycznych.
Różnica między rządem PiS a poprzednimi zdaje się więc polegać wyłącznie na tym, że w przeciwieństwie do poprzedników PiS nie próbuje zachowywać żadnych pozorów, żadnych białych rękawiczek, proeuropejskiej retoryki, uśmiechów, klasy - nic z tych rzeczy, tylko ostra jazda bez trzymanki. Z jednej strony to oczywiście świadczy o nich dobrze - nie są hipokrytami, nie próbują udawać kogoś, kim nie są. Z drugiej strony stwarzanie pozorów to zawsze jakaś namiastka skrupułów.

I chyba właśnie z braku tej namiastki wynika to dużo gorsze samopoczucie - nie dlatego, że człowiek chciałby powrotu tamtych, z ich pozorami, tylko dlatego, że wyszło na jaw, w jakiej totalnej rozjebce był ten kraj. Wydaje mi się że to nie tyle zagrożenie dla demokracji wzrosło - wzrosła świadomość tego, jak łatwo jest jej zagrozić i jak realne jest to zagrożenie.

Nie mam na myśli Gazety i okolic - tam chodziło o utracony rząd dusz. Mam na myśli ludzi, którzy może trochę za łatwo dali się tej krytyce ponieść. Mimo wszystko nie sądzę by wszyscy oni - w tym i ja - dali się po prostu porwać Gazecie, a ich obawy były wyłącznie wytworem jakiejś paranoi wmówionej im przez niechętne PiS-owi media. To, co robi CBA, to co się dzieje wokół trybunału konstytucyjnego, wreszcie emigracja - to są realne problemy i realne obawy. Nie jakieś tam dyrdymały, tylko poważne działania na granicy demokracji. Być może nie nowe, ale z nową siłą wyeksponowane dzięki polityce braci Kaczyńskich.

A jednak demokracja okazała się silniejsza, niż się przez dwa lata mówiło - Jarosław Kaczyński sklinczował się sam i nie miał innego wyjścia, jak odwołać się do wyborców. A ci pokazali, że chyba trochę lepiej rozumieją, jak wiele zależy od tego, czy staną w kolejce do wyborczej urny. I być może to - oraz wykopanie LPR z Samoobroną na śmietnik historii - będziemy za kilka lat pamiętać Kaczyńskim bardziej niż CBA, tak jak Warszawa Lechowi pamiętać będzie zawsze 60. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, a nie inwestycyjny zastój. Bo tak, jak warszawiacy w 2004 roku, tak Polacy w 2007, szczególnie w tych kolejkach pod ambasadami, poczuli chyba przez chwilę to, o czym wspomniałem wiele razy, na przykład w kontekście koncertów Lao Che. Energię, którą można poczuć tylko w tłumie ludzi, których coś łączy.

Wyszło patetycznie i pewnie szybko ten nastrój ustąpi złości na szarą codzienność polskiej polityki z wielotygodniowymi sporami o zawiązanie koalicji podszytych frustracją, że do 231 zabrakło tylko 4. Pewnie tak będzie, bo tak jest zawsze, ale jeśli choć kilku młodych ludzi poczuło w tym tłumie coś, co czuliśmy na przykład w czasie pomarańczowych pikiet pod ambasadą Ukrainy czy w czasie unijnego referendum, to zawsze to kolejny krok ku pełniejszej demokracji.

Bliźniakom (już) dziękujemy.

18 października 2007

Winieta

Z nieznanych mi przyczyn pod nową domeną nie działa winieta - znika. Nie muszę jej powtórnie wrzucać na serwer, jest tam, gdy otwieram okno edycji nagłówka. I jak zapiszę zmiany (choć żadnych nie dokonuję) to na jakiś czas wraca. Ale potem znów znika. Dziwne i wkurzające - ktoś ma może jakiś pomysł, o co może chodzić?

17 października 2007

Danny a sprawa polska - finał

Dla formalności: Danny Szetela wszedł na boisko w 85 minucie towarzyskiego meczu USA - Szwajcaria, co kończy debatę na temat jego ewentualnej gry w polskiej reprezentacji i zarazem zamyka temat na blogu. Dziś dodałem jeszcze jeden link w poprzednim poście z tego cyklu, ale komentować już chyba tego nie będę.

Oj, nieładnie...

W dość przypadkowy, przyznaję, sposób odkryłem właśnie, że nowe logo internetowego wydania "Rzeczpospolitej" nie jest szczególnie oryginalnym pomysłem.

Nowe logo rp.pl wygląda tak:

a oto logo projektu npr.org (internetowej rozgłośni radiowej):


Przypadek? Ekhm... Oj, nieładnie, nieładnie. Szkoda, bo prawdę mówiąc nowa wersja serwisu Rzeczpospolitej zasługuje na pochwałę. Po wstępnym lifting sprzed kilku miesięcy było o nie trudniej - teraz jest naprawdę dobrze.

Nawiasem mówiąc to już druga taka sytuacja w ostatnim czasie. Wcześniej o podrobienie logo oskarżył gazetę.pl (a konkretnie serwis alert24.pl) serwis Indymedia. Oceńcie sami:



A na zauważyłem to oglądając "najgorszy wywiad świata". Jest tak nudny, że logo w tle przykuło całą moją uwagę ;) Istotnie - koszmar. Szczególnie dla radiowca. W gazecie nie takie rzeczy można uratować ;)

Statystyka nie kłamie - kłamią dziennikarze

W przededniu obchodów 50-lecia Instytutu Socjologii UW przyszło mi wypowiedzieć się z pozycji jego absolwenta. A pretekst dali mi dziennikarze TVN24, który dotknęli mnie do żywego bredząc dziś o tym, że statystyka kłamie.

Powodem, dla którego dziennikarze - których nazwisk nie wymieniam dla tego, że rzecz dotyczy niemal wszystkich, nie tylko tym zawodem się parających - zajęli się dziś statystyką są oczywiście wybory, a konkretnie wyniki sondaży. A jeszcze precyzyjniej mówiąc rozbieżności między nimi. Rozbieżności, które - wiem to z licznych rozmów z ludźmi reprezentującymi najróżniejsze stopnie i kierunki wykształcenia - utwierdzają wielu w przekonaniu, że statystykę traktować należy z przymrużeniem oka. I jakkolwiek nie mam złudzeń, co do zasięgu mojej tyrady, dwa słowa na ten temat napisać muszę.

Otóż, drodzy koledzy, statystyka nie kłamie, jest to bowiem nauka ścisła w ścisłym rozumieniu tego pojęcia. Tak, jak kłamać nie może fizyka czy matematyka - tak i statystyka z definicji kłamać po prostu nie może. Kłamać mogą najwyżej statystycy, czy - i tak jest najczęściej - osoby w ogóle nie przygotowane do posługiwania się tym precyzyjnym narzędziem.

Jest kilka potocznych mitów na temat badań społecznych, po których chciałbym się tu przejechać na tyle, na ile pozwala formuła bloga i moja nieco już przykurzona wiedza.

Na przykład taki mit - że próba reprezentatywna to taka, w której proporcje między różnymi grupami (wydzielonymi ze względu np. na wiek, płeć, wykształcenie czy miejsce zamieszkania) są takie same, jak w całej badanej zbiorowości. Nic bardziej mylnego! Taką próbę nazywa się kwotową i korzysta się z niej wtedy, gdy z jakiegoś powodu nie sposób dobrać próby losowej.

A próba losowa - kolejny mit - to nie to samo, co przypadkowa grupa ludzi złapana na ulicy. Próbę losową dobiera się w taki sposób, by każdy członek zbiorowości miał równą szansę się w niej znaleźć, czyli np. losuje z bazy numerów PESEL (jedna z metod stosowanych w poważnych badaniach społecznych w Polsce).

Czym różni się prawidłowo dobrana próba losowa od próby przypadkowej czy kwotowej? Bynajmniej nie tym, że lepiej odwzorowuje podziały społeczne. Jej podstawową zaletą jest reprezentatywność.

I tu znów pewien mit, czy raczej pewne językowe przyzwyczajenie, które kryje błędne przekonanie. Otóż próba nie może być bardziej lub mniej reprezentatywna - reprezentatywność nie jest stopniowalna. Jest mierzalna - opisuje ją kilka matematycznych parametrów, które dadzą się wyliczyć.

Inny mit - większości ludzi wydaja się oczywiste, że próba jest tym lepsza - czy, jak zwykli mówić, "bardziej reprezentatywna" - im jest liczniejsza. Tymczasem - choć to wbrew wszelkiej intuicji - 1000-osobowa próba jest tak samo dobra, gdy badamy dwumilionową populację Warszawy, jak i wtedy, gdy chcemy zbadać czterdziestomilionowy naród. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale jak ktoś nie chce na słowo, to musi zadać sobie trud i przebrnąć przez podstawy statystyki. Zastrzegam, że Wikipedia jawi się tu jako mizerne źródło, ale od czegoś trzeba zacząć. Warto więc zerknąć na listę haseł mieszczących się tam w kategorii "Statystyka", by z samej ich ilości wywnioskować, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niż wydaje się osobom powtarzającym np. bzdury o tym, że statystycznie mają 0.5 dziecka.

Wracając do meritum. Stopień dokładności pomiaru wynika z założeń przyjętych przez badacza, ale wszystko, co następuje potem jest czysto matematyczną operacją, nie może więc być poddane wpływom ani nadużyciom.

Niestety, najlepszy nawet badacz nie poradzi nic na to, co dzieje sie zebranymi przez niego danymi. Ani na to, kto je obrabia i komentuje. Widać to często po samych wykresach i towarzyszących im "analizach". Prosty przykład: jeśli mamy badanie oparte na 1000-osobowej próbie i znamy w nim rozkłady płci, to nie znaczy jeszcze, że możemy sobie na jego podstawie w prosty sposób wnioskować o tym, jak dana cecha rozkłada się w podgrupach kobiet i mężczyzn, co jest niezwykle często powtarzanym błędem. Tego typu drobny - a w istocie kompletnie absurdalnych - błędów jest w mediach pełno.

Potem dane te poddawane się z kolei domorosłym analizom socjologicznym, często przez samych dziennikarzy lub przez redaktorów spisujących komentarz przez telefon. Bywają oceniane w telewizji, gdzie nagminnie nie daje się naukowcom dokończyć myśli.

Wreszcie za analizę biorą się politycy. Tego to już nawet komentować nie będę, bo szkoda nerwów.

I na koniec stawia się - z pozoru poważne - pytanie o wiarygodność sondaży. Oczywiście, że nie są wiarygodne. Gdy kilkanaście ośrodków robi je dzień w dzień, a kilkanaście różnych gazet, portali, stacji radiowych i kanałów telewizyjnych zarzuca nimi odbiorców podlewając to sosem afer, łapówek i innych framazonów, prezentowane nam badania nie pokazuję realnych preferencji wyborczych, tylko aktualny w chwili badania poziom wkurwienia na daną partię.

Rynek badań opinii jest systematycznie psuty przez media, polityków i łatwo poddające się presji odbiorców ośrodki badawcze. Niestety, w tym wszystkim utrwala się też fatalne w skutkach przekonanie, że statystyka kłamie. Dlaczego fatalne? Właśnie dlatego, że dziś naprawdę wiele dziedzin życia opiera się na terminologii i metodologii statystycznej - i szereg codziennych decyzji jest - zupełnie nieświadomie - opartych na wnioskach z różnorodnych badań. Tymczasem przeciętny Kowalski nie ma w szkole nawet rachunku prawdopodobieństwa, który, zdaje mi się, jakiś czas temu wyleciał z programu. Nie jest więc w stanie zrozumieć nawet podstaw statystyki - podstaw, które - co starałem się zasygnalizować powyżej - często są dalekie od tego, co podpowiada nam intuicja.

K.O.B.O.S. - Krajowy Ośrodek Badania Opinii Społecznej ;)

P jak Paramonow

A skoro wyciągamy materiały z "Dziennika", to Kuba Chełmiński poszedł kiedyś tropem piosenki z pierwszej płyty Vavamuffin i napisał alfabet o Paramonowie. A to ciekawa historia i niewiele można o tym znaleźć w sieci.



Alfabet warszawski
P jak Paramonow, Jerzy

"Osobno ręka, osobno głowa, to jest robota Pramonowa" - w 1955 roku nie było warszawiaka, który nie znał tej piosenki. - Śpiewano ją w barach, na potańcówkach, nawet na ulicach - opowiada Andrzej Gass, dziennikarz śledczy epoki PRL. O bandycie nazwiskiem Paramonow i piosence mało kto już by pamiętał, gdyby nie zespół Vavamuffin, który niedawno przypomniał przyśpiewkę na swojej płycie.

- Piosenkę słyszałem w różnych fragmentach śpiewaną przez kolegów przy piwie. Postanowiłem odnaleźć całość i nagrać - mówi Gorg, jeden z wokalistów Vavamuffin. Kim właściwie był ów słynny bandzior, który stał się bohaterem ludowym i ostatnim przestępcą warszawskim opiewanym w pieśniach? - Drobnym złodziejaszek i zwykłym prymitywem, który znalazł się po wódce w nieodpowiednim miejscu - wspomina Andrzej Gass.

Dotrzeć do prawdziwej historii Jerzego Paramonowa nie jest łatwo. Został powieszony w 1955 roku w areszcie na ul. Rakowieckiej, ale jego akt już tam nie ma. - Po 50 latach najprawdopodobniej trafiły do Instytut Pamięci Narodowej - mówi Luiza Sałapa, rzecznik służby więziennej. W IPN jeszcze żaden historyk nie zainteresował się tą sprawą, a tylko oni - w świetle obowiązujących przepisów - mają dostęp do akt. Pozostają więc stare gazety, który rozpisywały się o procesie.

Zbrodnicza seria Paramonowa trwała niecałe trzy miesiące. Zaczęła się 19. sierpnia wieczorem, od napadu na ul. Syreny na milicjanta. Paramonow kilkakrotnie uderzył łomem ("Życie Warszawy" podaje że łom ważył 23 kg!) milicjanta Stanisława Lesińskiego i ukradł mu pistolet. Ciężko ranny Lesiński przeżył, choć stracił oko.

Krótko potem Paramonow w pośredniaku poznaje Kazimierza Gaszczyńskiego. Wspólnie napadają z bronią na sklepy w al. Waszyngtona, na ul. Powązkowskiej, we Włochach, na restaurację "Goplana" w Aninie. W sumie dokonują kilkunastu napadów, w których kradną 40 tyś. zł (pensja pracownika fizycznego wynosiła wtedy 1500-2000zł). Pieniądze idą "na hulaszczy tryb życia", jak zezna w procesie Paramonow.

Wątpliwą sławę bandyta zdobył jednak dopiero 22 września. Tego wieczora bawił ze swoim szwagrem Zdzisławem Gadajem i z prostytutką w modnej wówczas restauracji "Stolica" przy pl. Powstanców. Po imprezie pili jeszcze alkohol w taksówce zaparkowanej przy ul. Wspólnej. To tu zauważył ich milicjant Zbigniew Łęcki. MO nie miała wówczas radiowozów, więc przewiózł towarzystwo taksówką na działającą do dziś komendę przy Wilczej. Podczas wysiadania z taksówki Paramonow zastrzelił Łęckiego, postrzelił w nogę innego milicjanta i cały czas ostrzeliwując się rzucił się do ucieczki porwanym samochodem. Pościg zgubił już przy Al. Jerozolimskich, ale w taksówce został jego dowód osobisty, więc milicja, a nazajutrz prasa, poznały jego nazwisko.

Następne cztery tygodnie to wielki pościg polskiej milicji i wielka ucieczka Paramonowa i Gaszczyńskiego. Bandyci przemieszczali się po rożnych miastach, a ludzie układali kolejne zwrotki piosenek. "Cała milicja już w strachu chodzi, bo Paramonow przyjechał do Łodzi". - Został idolem ludowym, bo zabił milicjanta. Drobny, cichy, niczym inny się nie wyróżniał, ale jako naczelny wróg władzy, był bohaterem ulicy - wspomina Andrzej Gass.

Ostateczne bandyci wpadli 2. października. - Gdybym miał pestki, byłoby inaczej - Paramonow miał się odgrażać milicjantom, którzy znaleźli go śpiącego w stercie słomy koło dworca Wschodniego. Chodziło oczywiście o naboje, które wystrzelał uciekając z komisariatu na Wilczej. Co ciekawe Józef Ostrowski, jeden z milicjantów, którzy zatrzymali bandytów, pracował w komendzie stołecznej aż do 2004 roku.

Proces w sądzie wojewódzkim trwał trzy dni i był biletowany, bo śledzić go chcieli wszyscy. "Już od rana na korytarzach sądu gromadziły się tłumy (...). To przeważnie młodzież specjalnego autoramentu, wśród niej wielu znajomych milicji chuliganów i bikiniarzy" - pisał "Express Wieczorny" z 10.11.1955 r. Obaj przestępcy skazani zostali na karę śmierci. Wyrok na Paramonowie wykonano bardzo szybko, bo już 21.11.1955 r. Piosence przybyła kolejna zwrotka. "Cała Warszawa chodzi w żałobie, bo Paramonow leży już w grobie".

Jakub Chełmiński

Tekst w nieco krótszej wersji ukazał się w "Dzienniku" 31.07.2006.
Audio z www.merlin.pl.

Wracamy do chuligańskich korzeni - wywiad z Vavamufiin

Udało mi się namówić dziennik.pl na wrzucenie wywiadu, który w zeszłym tygodniu ukazał się na warszawskich stronach papierowego "Dziennika". Oryginał jest tu, a ja wklejam całość, żeby nie zaginął zupełnie w mroku cyberprzestrzeni.



W przededniu premiery nowej płyty "Dziennik" rozmawia z Gorgiem i Pablopavo z warszawskiego zespołu Vavamuffin
Wracamy do chuligańskich korzeni

Naszą piosenkę
"Vava to" śpiewają ludzie
w całej Polsce.
Niechęć do stolicy jest,

ale można ją przełamać


fot. Michał Kołyga / Dziennik


Za kilka dni do sklepów trafi "Inadibusu" - długo oczekiwana druga płyta zespołu Vavamuffin, kapeli której jak nikomu wcześniej udało się połączyć muzykę z Jamajki z zapomnianą gwarą warszawskich ulic. Z Gorgiem i Pablopavo spotkaliśmy się w kawiarni Chłodna 25 na Woli. Pierwszy pojawił się Pablo z książką Wiecha pod pachą. Chwilę później dołączył do nas Gorg.


JAKUB CHEŁMIŃSKI, KAROL KOBOS: Zawsze nosisz ze sobą książki Wiecha?

PABLOPAVO:
Przypadek. Moja dziewczyna trafiła w internecie dwanaście książek za grosze. Czytam i ciągle się śmieję.

Uczysz się warszawskiej gwary?

P: Tak do końca nie wiadomo, czy Wiech pisał gwarą, czy sam ją wymyślał. Przed wojną słuchał autentycznej gwary na Targówku, ale większość swoich rzeczy napisał po wojnie, z notatek. Grzesiuk mu zarzucał, że kręci, że ulica mówi Wiechem, którego czyta w Ekspresiaku, a nie Wiech ulicą.

GORG:
Lypa, panie.

P: Ta, lipa. Ale Wiech znał Targówek i Powiśle chyba, a Grzesiuk na Czerniakowie, więc gwara każdego mogła się trochę różnić. Tak czy inaczej Wiech powinien mieć w Warszawie pomnik, a nie tylko kawałek pasażu za Domami Centrum. Należy mu się bardziej niż na przykład Matejce...

G: Matejko ma pomnik w Warszawie?

P: Ma, paskudny zresztą.

Czy gwara jeszcze się gdzieś zachowała?

P: Na Woli trochę, po słusznej stronie Wisły, czyli na Grochowie na przykład, gdzie mieszkam od paru lat. W innych dzielnicach gwara zaniknęła po wojnie, razem z ludźmi. Dobiła ją telewizja i poprawny, szkolny język. Poza tym tępiono ją, jako rzecz chuligańską i wstydliwą.

Dlaczego to prawa strona miasta jest "słuszna"?

P: Nie, no to półżart. Bo zachowała się tam stara Warszawa. Jest inaczej niż w centrum, wolniej, ludzie są ubrani mniej trendowo, mówią "dzień dobry", nawet jak sąsiad idzie lekko zawiany, a kobiety noszą więcej biżuterii. To widać gołym okiem. Jest tak bardziej wschodnio.

I ta Warszawa ustępuje miejsca wieżowcom. Kiedyś gwarę utrwalali artyści. Dziś oprócz was mało kto podkreśla swoją warszawskość. Macie misję uratowania gwary?

P: Nie stawiamy sobie takich zadań. Gramy muzykę, która nam się podoba i sięgamy do tego, co nas kręci. Gwara jest piękna, świetnie brzmi, poza tym jest nasza, warszawska, buduje naszą tożsamość, trochę w opozycji do tej Warszawy krawatowej. Nie jesteśmy chuliganami, ale ta zawadiacka otoczka nas fascynuje. Nie sądzę, by gwara mogła się odrodzić, ale fajnie, że są próby reanimowania tradycji, jak "Zabawa na dechach" organizowana gdzieś przy Wileńszczaku. Swoją drogą ciekawe, czy można tam dostać w tubę. Na praskiej zabawie powinno być mordobicie.

Na pewno można dostać w okolicy.


P: Pewnie tak, choć to też mit, że Prażka jest niebezpieczna. Gdy sprowadzałem się na Grochów, wszyscy straszyli, jak tu jest źle. A przez pięć lat nic mi się nie stało. Raz zaczepił mnie jakiś chłopak, ale od razu zatrzymał go kolega, który musiał mnie kojarzyć z widzenia: "zostaw, obywatel tutejszy".

Gracie koncerty w całej Polsce. W innych miastach rozumieją o czym są te warszawskie wstawki?

P: Pytają nas, co to znaczy "nie zawracaj kontrafałdy". A to cytat ze starej warsiaskiej piosenki. Opieramy się na tym języku. Zresztą współczesna warszawska mowa jest bardzo powszechna. Wypromował ją hip-hop, bo to z Warszawy były pierwsze popularne zespoły - np. słowo "zajawka" jest dziś znane w całej Polsce, a to typowo warszawska historia, taki rusycyzm. Wpływ Rosjan był ogromny, bo gwara powstawała w czasach, gdy oni rządzili w Warszawie - policja, aparat opresji ścigający drobną przestępczość był właśnie rosyjskojęzyczny.

Masz to wszystko dobrze rozpracowane.

P: Studiowałem rusycystykę, a ostatnio trafiłem w antykwariacie na Solcu książki profesora Bronisława Wieczorkiewicza, językoznawcy, który zajmował się gwarą.

A jak udaje się pogodzić warszawskie teksty z jamajską muzyką reggae?

P: Kontynuujemy to, co Gorg zaczął robić z zespołem Transmisja, którego byłem fanem. A dalej to już poszło, choć warunki do grania reggae są w Polsce takie sobie - zaczynaliśmy w studiu u Jawora na Siekierkach, między jeziorem a wielką elektrociepłownią. A płytę nagraliśmy w środku mroźnej zimy.

Nawet w nazwie grupy podkreślacie, że jesteście z Warszawy. A warszawki przecież w Polsce nie lubią.

P: Jak zakładaliśmy ten zespół, to nikt nie myślał o graniu koncertów w całej Polsce. Nazwa była fajna, dobrze oddawała to, co robiliśmy.

G: Niechęć jest, sam kilka dni temu na boisku do krykieta pod Dublinem usłyszałem pogardliwe "warszawka przyjechała". Ale da się to przełamać, niechęć znika jak gość się dowie, czym się zajmujemy. Najbardziej nas zaskoczyło, że wszędzie lubią piosenkę "Vava to", która od początku wydawała się najbardziej ryzykowna z tego punktu widzenia.

A mieliście problemy z powodu tego, że jesteście z Warszawy?

G: Raczej nie strzela się do pianisty.

P: Poza tym nas jest dziesięciu chłopa, w tym kilku dużych...

... kilku wychowanych na Pradze.

G: No właśnie.

To wróćmy w te rejony. Kilku z was jest z Saskiej Kępy. Te okolice czeka wielka zmiana. Znika Jarmark Europa. Macie jakieś wspomnienia związane z tym miejscem? Tu do tej pory widać wschodnie wpływy w Warszawie...

P: ...nawet bardzo dalekowschodnie.

G: A co ty możesz wiedzieć, Grochowiak z odzysku. Ja 25 lat mieszkałem na Saskiej Kępie, pierwsze wspomnienia ze stadionu mam z czasów, gdy był to jeszcze obiekt sportowy. Ojciec zabrał mnie kiedyś na mecz polskiej reprezentacji. Potem stadion opustoszał i chodziliśmy tam jeździć na deskach. Wtedy to jeszcze były takie wąskie, plastikowe deski, bo te ze sklejki znaliśmy tylko z komiksów.

P: Na tych wąskich jeździło się na kolanku.

G: A potem pojawił się handel, nawet nie wiadomo kiedy. W tym samym czasie stanęły szczęki na Marszałkowskiej i tam to był prawdziwy Bangkok, szczęka - nomen omen - opadała. A na stadion klub sportowy wpuścił tylko trochę budek, komputerów jeszcze nie było, kompaktów też nie, więc nie było co piratować. Dopiero potem to się zaczęło rozrastać.

A Waszą pierwszą płytę można było dostać na stadionie?

G: Podobno tak. Chciałem nawet poszukać, ale się nie złożyło. Fajna pamiątka by była.

P: Jak wystąpiliśmy na płycie Sidneya Polaka, to jakiś czas po premierze zadzwonił i powiedział: "Chłopaki, jest dobrze, płyta jest już do kupienia na koronie".

G: Miara sukcesu.

P: Ja też pamiętam sport na stadionie. Z osiedlową drużyną Victoria Stegny grałem w turnieju o Złotą Piłkę. Mecze odbywały się na błoniach, a finał na płycie głównej. To musiał być jakiś 1987 rok. A z tym handlem to też sprawa ma dwie strony. Jedni mówią, że coś takiego w środku miasta to wstyd...

G: Ja ci dam wstyd!

P: Daj mi skończyć. Dla mnie to było pierwsze miejsce multi-kulti w Warszawie. Byłem w szoku, jak zobaczyłem Murzynów sprzedających trampki obok takiej Rosjanki, do której chodziłem, jak potrzebowałem książek, których nie było w bibliotece. A mój ojciec jeździł i targował się o śrubokręty po to, żeby sobie pogadać po rosyjsku. Z drugiej strony Warszawa musi mieć przynajmniej dwa porządne stadiony piłkarskie.

Właśnie, na czapce masz naszywkę z portretem Kazimierza Deyny. Kibicujesz Legii?

P: Jestem legionistą, ale nietypowym, bo po cichu kibicuję wszystkim warszawskim drużynom. Chciałbym, żeby Polonia wróciła do pierwszej ligi, żeby były derby w Warszawie, bo to powinno być prawdziwe święto miasta.

No ale kibice Polonii nie mogą spokojnie chodzić w szalikach klubowych po mieście.

P: A ja nie mogę chodzić w szaliku Legii po Muranowie, gdzie mieszkają fani Polonii. Ja nie jestem szowinistą, nie biję kibiców z innego klubu. Wiem, że to się tak kojarzy, ale przecież tylko mały ułamek, nawet promil kibiców jest głupi i agresywny. W grupie fanów Enrique Iglesiasa na pewno też znajdzie się jakiś kretyn, ale jest w niej także moja mama, która nikogo nie bije.

G: Ale w życiu nie spotkałem nachlanych fanów Enrique Iglesiasa, którzy szliby po ulicy drąc mordy i bijąc ludzi z jego piosenkami na ustach.

P: Mało osób jeszcze spotkałeś. Na pewno wśród tych, którzy próbowali cię kiedyś napaść, byli jego fani, tylko nie mieli szalików z jego imieniem.

G: I to robi różnicę. Możesz tego nie zauważać. Oczywiście, że większość kibiców nikogo nie bije, ale taka jest opinia.

P: Bo winą za jednego obarcza się wszystkich. Na szczęście Kazik Deyna na czapce tak bardzo nie dzieli. A historię budują wszystkie kluby: Legia, Polonia, kiedyś Warszawianka, Orzeł, Drukarz, Hutnik - szkoda, że teraz większość się nie liczy, albo w ogóle nie istnieje. I że stadiony nie działają tak, jak za granicą, gdzie można się bawić, kupić koszulki w wielkich sklepach z pamiątkami, zjeść w restauracji, a nawet, o dziwo, napić się piwa w czasie meczu. Miasto żyje w takich miejscach, a nie w zamkniętych osiedlach. Tak było zawsze.

G: Zamknięte osiedla są zbyt krótko, by to oceniać.

P: Ale jest tam jakieś życie?

G: Ludzie prowadzą na przykład ożywione życie na forach internetowych.

P: Wiesz, ja już nie jestem wrogiem internetu, jak kiedyś...

G: ...całe szczęście dla internetu!

P: ...ale czy to są tak mocne kontakty? Czy to buduje jakąś więź? Myślę że są bardziej powierzchowne.

G: Ja bym poczekał z wartościowaniem.

P: Wiesz co? Fajnie było jak cię nie było.

G: Dzięki.

P: Życie jest na stadionach, bazarach. Tak jak na Różyku, gdzie też nie zawsze było ciekawie, ale który był jednym z symboli Warszawy. Już Tyrmand pisał w "Złym", że takiej Warszawy nie ma.

Za to chuliganów już wtedy nie brakowało.

G: No bo to też był taki czas cudów, po wielkiej historycznej zmianie. Podobnie było po 1989 roku, gdy Warszawa też się zmieniała jak szalona.

W takich czasach pojawiają sie legendy, jak ta o bandycie Paramonowie. Skąd znacie tę historię?

G: Przy którymś winku na ławeczce zaśpiewał mi to kolega, który znał różne dziwne piosenki.

P: Mój ojciec opowiadał że w latach 50. kolejowi grajkowie śpiewali to w pociągach. Jest jeszcze jedna piosenka z tamtych czasów, którą chciałbym nagrać. To ballada o Stefanie Okrzei, PPS-owcu, bojowniku powieszonym na cytadeli. Ale nie wiem, czy chłopaki się na to zgodzą, bo to ma jednak lewicowe zabarwienie.

A Wy nie jesteście lewicowi?

P: Gorg to śmierdzący liberał.

G. Potwierdzam. Jestem zgniłym liberałem.

To świetnie się dobraliście. Często się kłócicie?

P: My się nie kłócimy, my dyskutujemy. Mamy różne zdania, a nie jedno oficjalne stanowisko zespołu Vavamuffin.

To podyskutujmy: który kebab w Warszawie jest najlepszy?

G: Najlepszy to jest jednak w Berlinie.

No nie, to ma być lokalny patriotyzm?

G: To ekonomia. Tam klient ma więcej kasy, więc i kebab jest lepszy. Ale przecież nie wyprowadziłbym się z Warszawy dla kebaba. Zresztą ja się w ogóle nie nadaję na emigranta, rozpiłbym się chyba od razu z tęsknoty. To miasto znam, mam tu swoje przejścia, ulubione zaułki i nie wiem, czy mógłbym się tego nauczyć od nowa gdzie indziej.

Jest coś wspólnego dla wszystkich warszawiaków?

G: Może Powstanie Warszawskie? Od kilku lat nagle zaczęło interesować ludzi.

Ludzie szukają...

P: ... korzeni. To jest znamienne: mieliśmy parę lat takiego zachłyśnięcia się tym, że cały świat jest blisko, bo jest paszport, Unia, internet. Teraz ludzie zaczęli szukać swojej tożsamości. Back to the roots.

Hooligan Rootz? Stąd tytuł waszej piosenki na nowej płycie?

P: Właśnie tak. Teraz wpadłem na to, że z warszawską gwarą jest trochę jak z jamajskim językiem patios. Tam też przez lata był to język wstydliwy, kojarzony z nizinami społecznymi, patologią i chuliganami. A teraz już tak bardzo nikomu nie przeszkadza, pojawia się w muzyce.

A wy nie chcecie nagrać piosenki o Powstaniu?

P: Reggae się chyba do tego nie nadaje. Nie jesteśmy na to obojętni, bo to chyba niemożliwe w mieście, w którym na każdym kroku czujesz, że chodzisz po cmentarzu. Zresztą co jeszcze można dodać - po znakomitej płycie Lao Che, która autentycznie doprowadziła mnie do łez?

A są w Warszawie rzeczy, które Was wkurzają?

P: Wkur... mnie działalność osób odpowiedzialnych za architekturę. To, że piękne miejsca są niszczone, bo ktoś pozwala na stawianie czegoś okropnego, jak Silver Screen na Puławskiej, który popsuł panoramę Mokotowa. Jak Mall na Sadybie, który do niczego nie pasuje, czy stara fabryczka przy Wiatraku, którą ktoś po prostu rozwalił. Nie wiem, kto podejmuje te decyzje; może oni po prostu nigdy tam nie byli? Znają te miejsca tylko z planów? Nie są z Warszawy? Nie wiem. Ale to mnie strasznie złości, bo architektura to też jest tożsamość miasta, szczególnie w Warszawie, która była tak zniszczona.

Coraz więcej jest jednak ludzi, którzy o te zabytki walczą.

P: Bardzo się z tego cieszę. Doceniam takie akcje jak odremontowanie neonu Siatkarki. Poprawiło mi to humor na kilka dni przynajmniej, bo pamiętam ją z dzieciństwa. I to jest gicio.

A na razie w Warszawie dominują krawaciarze. Stolica może się stać miastem biznesu, bez zapotrzebowania na offową kulturę, bez szacunku dla przeszłości. Tylko stal i szkło.

P: Wolę sobie nie wyobrażać takiej sytuacji, bo musiałbym się wyprowadzić. Owszem, jestem zakochany w Berlinie, strasznie podobała mi się Moskwa, ale jestem stąd i o innym miejscu nigdy nie będę mógł tak powiedzieć. Będziemy prowadzić kulturalną partyzantkę, żeby został choć jeden fajny klub, jedna fajna ulica.

G: Większość mieszkańców miasta to warszawiacy w pierwszym pokoleniu. Ale ich dzieci urodzą się już tutaj. To będzie ich miasto. Nie będą mieli innego, więc jestem spokojny o jego przyszłość.

Wywiad ukazał się 10.10.2007 w "Dzienniku".

16 października 2007

www.roody102.pl

Wreszcie zdobyłem się na to, co miałem zamiar zrobić od dawna - nabyłem i skonfigurowałem własną domenę. Dawny adres bloga nadal działa, z linkami i RSS-ami też nie powinno być problemów. Gdyby były - proszę dać znać, powalczymy. Na razie wszystko wygląda dobrze.

Rusz dupę. Idź głosować :)

Danny a sprawa polska - cd.

W sprawę Danny'ego Szeteli, przegapionego przez trenera Janasa gwiazdora piłki nożnej, który mógłby grać w polskiej reprezentacji - a pewnie zagra dla USA - włączyła się podobno kancelaria prezydenta.

Informuje o tym sport.pl. To jest dokładnie to, czego się bałem i co tłumaczyłem w komentarzach pod poprzednią notką o Dannym. Gdyby np. ministerstwo sportu powiedziało, że celem uniknięcia takich sytuacji zainwestuje w szkolenie młodych piłkarzy w Polsce - to by była normalna reakcja. A tak rzucą się teraz wszyscy na chłopaka, potem - zależnie od jego decyzji - będą go ściskać lub opluwać, a na koniec tak czy owak narzekać, że gra poniżej oczekiwań (zależnie od sytuacji z fałszywą troską lub nutą złośliwej satysfakcji).

Nie chcę przewrotnie życzyć Danny'emu sukcesów z reprezentacją USA, ani pisać, że mam nadzieję zobaczyć, jak pakuję piłkę do polskiej bramki. Nie, pewnie że wolałbym zobaczyć go w naszej koszulce. Ale wnerwia mnie ta narodowa hucpa potwornie.

Zaraz się pojawi tak jak zawsze ta pierdolnięta husaria.


--------------------------------{ edit: 16.10.2007, 11:51}--------------------------------

Piękne - w 1997 PZPN żałował na... bilety lotnicze dla Smolarka.

--------------------------------{ edit: 16.10.2007, 23:41}--------------------------------

Kolejny epizod tej samej historii - tym razem chce u nas grać chłopak z Francji. Może więc nie doceniłem powagi zjawiska?

--------------------------------{ edit: 17.10.2007, 16:04}--------------------------------

To już jakaś mania - dziennikarze zajęli się masowym wynajdywaniem piłkarzy polskiego pochodzenia, do których nie dotarł PZPN. A szkoleniu młodych piłkarzy w Polsce - wciąż ani słowa. To jakiś specyficznie rozumiany sportowy outsourcing? :)

W kraju Zulu Gula...

Przeczytaliśmy niedawno, że Zulu Gula, czyli Tadeusz Ross, radny Warszawy zresztą, kandyduje teraz do sejmu. I na zasadzie skojarzenia, wcale nie złośliwego, od słów "W kraju Zulu Gula..." zaczynamy czytanie co dziwniejszych wiadomości, które zsyłają agencje.

Siedzimy w redakcji i chwilami dostajemy skrajnej głupawki (nie przypadkiem normalni ludzi pracują po osiem godzin - dłużej się nie da, a jak już trzeba, to się właśnie tak kończy) (zamieszczona dwie notki niżej piosenka jest - a jakże - wytworem takiej właśnie sytuacji). A w naszej pracy pretekstów do kpin nie brakuje. Chcieliśmy nawet założyć bloga i wrzucać tam co dziwniejsze depesze wraz z komentarzami, które na bieżąco powstają.

Patronem bloga miał być właśnie Zulu Gula, który - jeśli dostanie się do sejmu - ma sporą szansę wystąpić w roli marszałka seniora i poprowadzić pierwsze posiedzenie, tak jak prowadził pierwszą sesję rady miasta. Wyobrażaliśmy sobie Zulu Gulę w duecie z Hąk-kągiem...

Szczególnie, że praca nasza znieczula i w pewnym momencie człowiek kpi sobie z rzeczy, które w gruncie rzeczy są straszne. Ot, odreagowanie. Zresztą nie wiem - nie chcę się tu bawić w tania psychologię. Może po prostu dziennikarstwo deprawuje i demoralizuje. To zresztą jest pewnie ten sam mechanizm, który pozwala nam się śmiać przy lekturze "Faktu" - lekturze, która większość ludzi z mojego otoczenia, ale spoza branży, szokuje. Na do łez doprowadzić potrafi artykuł z namalowaną energetyczną spiralą, na której trzeba położyć na kilka minut kasztan, by się napromieniował i nosić go potem w kieszeni.

I naprawdę - znam, nawet lepiej niż osoby z zewnątrz, argumenty za tym, by się z "Faktu" nie śmiać. A jednak... Hieny po prostu.

Ale nie - jednak nie. Bloga nie założyliśmy, bo uznaliśmy, że to, co śmieszy nas w chwili głupawki z boku może być inaczej odebrane. Czyli jednak tak do końca się jeszcze nie zdegenerowaliśmy.

Ja natomiast utwierdziłem się w tym, że był to zły pomysł wczoraj po południu. Po pracy skoczyłem do Galerii Mokotów i przed wejściem zobaczyłem smutnego, zmarzniętego Zulu Gulę, który niemrawo uśmiechał się do przechodniów spod parasola Platformy Obywatelskiej. Ani śmiesznie, ani ciekawie to nie wyglądało. Sprawiał wrażenie zmęczonego i nieco zagubionego człowieka. Nie przypominał Zulu Guli znanego z telewizji.

Nic śmiesznego.

15 października 2007

Od frontu: 15.10.2007

Oj, zadziało się dziś na rynku gazet codziennych. Trudno się oprzeć i nie skomentować nowości - a zatem, nawiązując do sprawdzonego wzorca, czyli bloga Tomasza Kuzi z ŻW, pastwić się dziś będę nad wydaniami dwóch nowych - jednej mniej, drugiej bardziej - ogólnokrajowych gazet.

Zaznaczam, że nie będę się natomiast pastwił nad "Dziennikiem", wychodząc z założenia że brudy prać się powinno we własnym domu, a nie na forum publicznym ;) "Gazety" też szczegółowo oceniać nie będę, bo nie przeszła dziś żadnej zmiany. Ale że od porównań nie ucieknę, to dwa słowa o tych layoutach napiszę.

"Dziennik". Gdy zobaczyłem zerowe numery zaskoczyło mnie przede wszystkim bogactwo kolorów i nieznana mi wcześniej dbałość o kompozycję i estetykę. Dbałość idąca czasem zbyt daleko, odbywająca się kosztem jednego tematu, innemu oddająca zbyt wiele miejsca. Z czasem layout trochę się rozluźnił, a i my się w nim lepiej czujemy i poruszamy. Umiemy się wpasować i tam, gdzie to możliwe, skorzystać z możliwości, które oferuje. Uważam, że jest dobry, czytelny i godzi dwie rzeczy - dużą ilość treści na jednej kolumnie z przejrzystością. Przywykłem nawet do siedmiu wąziutkich szpalt (rzadko występujących akurat na jedynce).

"Gazeta" zmieniła wygląd tuż przed naszym wejściem na rynek, czerpiąc żywcem z tego, co wcześniej testowano w "Nowym Dniu" i z tego, czego spodziewano się po "Dzienniku" (np. długie, informacyjne tytuły). Z początku nowy wygląd był męczący - dziś opatrzył się i przyjął. Jedyne, czego wciąż nie mogę zrozumieć to brzydkie inforgrafiki. Tym bardziej, że kiedyś bywały naprawdę świetne. A dziś szpecą kolumny. Widać to dobrze przy zestawieniu wyborczych jedynek z dnia dzisiejszego.

Przejdźmy jednak do nowości. Dziennik "Polska. The Times". Oczekiwany na razie chyba tylko przez branżę - co krok ze zdziwieniem odkrywałem w ostatnich dniach, że prawie nikt nie wie o tym, że pojawi sie w poniedziałek. Kampania dopiero rusza - z jakim skutkiem, to się okaże. Ja szczerze trzymam kciuki za każdą nową gazetę, bo konkurencja może wyjść wszystkim na zdrowie.

Na pierwszy rzut oka oferta jest bogata - dwa dodatki i kolorowy magazyn wrzucone do głównego grzbietu, który też jest sążnisty. Wygodny format. To ewidentne zalety. Zresztą to akurat łączy obie dzisiejsze bohaterki - to kawał gazety, nie lekka broszurka, jaką powoli stał się "Dziennik" (z wyjątkiem wtorków, gdy wydajemy grubsze od głównego grzbietu "Nieruchomości"). To może nie jest najważniejsze, ale jednak gruba gazeta z dodatkami budzi większy szacunek i nic dziwnego, że "Polska" zajęła dziś miejsce "Dziennika" na półce z najpopularniejszymi gazetami.

Kompletną porażką okazał się dziś druk - pierwszy numer wygląda po prostu fatalnie, brudzi ręce i ubranie, odrzuca. Ktoś chyba będzie musiał za to beknąć, bo taka wtopa w pierwszym numerze może "Polskę" sporo kosztować. W całym numerze nie ma jednego ostrego zdjęcia, a wszystkie "główki" poddane działaniu jakiegoś filtra stały się kompletnie nieczytelne. Co ciekawe, ostro wyszły reklamy.

Zdjęcie nie jest dobrane tendencyjnie - pożyczyłem je z odfrontu.zw.com.pl, bo na stronie "Polski" na razie skanów okładek nie ma. W ogóle na razie jest tam niewiele. Co ciekawe - nowy dziennik ma swój profil na YouTube. Wracajmy jednak na papier - ta jedynka zawodzi. Zbyt wiele światła i elementów dodatkowych, zajawka sportu wygląda jak banner reklamowy na stronie WWW - to powoduje, że nie ma miejsca na treść. Gazeta musi mieć na jedynce mocny tytuł - "Polska" go nie ma. Choć od tej reguły zdarzają się udane wyjątki, o czym niżej. W przypadku pierwszego numeru "Polski" efekt pogłębił dobór tematu - żaden to news, że uczniowie ładują koks w tej czy innej postaci, nic się takiego ostatnio nie wydarzyło, by robić z tego "czoło".

Tyle faktów. A subiektywnie? Podoba mi się to, że na każdej kolumnie jest jeden główny materiał i nie ma wątpliwości, który to. W "Dzienniku" ten błąd zdarza się niestety często - czołówki potrafią zginąć między ramkami i sidebarami. W "Gazecie", szczególnie na lokalnych stronach, też czasem nie do końca wiadomo, co jest ważne, a co mniej - są takie kolumny, które wyglądają jak magazyn krótkich tekstów, których nie było gdzie wstawić. Tu gradacja jest jasna i, co ważniejsze, celna - szczególnie na warszawskich kolumnach dobór tematów wydał mi się bardzo sensowny. Rzeczy ważne trafiły na czołówki, mniejsze na podwały, a małe na sidebary - tak, jak powinno być. Mam - pozytywne - wrażenie, że na tych stronach jest co czytać i że jest tego sporo. Choć większość tematów to newsy z piątku, wybaczamy to, bo robienie gazety, której jeszcze nie ma naprawdę nie jest proste.

Nie podobają mi się czcionki tytułów. Wyglądają jak z wzięte z komputerowego edytora tekstu, a przez to całość trąci gazetką szkolną składaną na domowym komputerze. Tak nie jest, ale z daleka trochę tak wygląda. Nie rozumiem też braku wyróżnionych leadów w tekstach - w niektórych są wyimki, ale prawdziwych leadów brak. Choć może to jest jakiś sposób na zmuszenie czytelnika do większej uwagi, zamiast ślizgania się wzrokiem po pogrubionych fragmentach tekstów?

Reszta głównego grzbietu wypada słabiej od stron lokalnych - nie trafiłem na żadną porywającą czołówkę i, co gorsza, nie zobaczyłem żadnego zdjęcia z dnia. Gazeta wygląda trochę jak tygodnik - fotki są głównie ponadczasowe. Ale to znów można jeszcze zrzucić na karb pierwszego numeru. Gorzej, że i tekstowo "Polska" nie powala. A redakcyjnie wydaje się być bliska gazetom takim, jak rozdawane z darmo "Metro", niż konkurencją dla dzienników opinii. Co absolutnie nie jest krytyką - choć na pewno pewnym zaskoczeniem.

Podoba mi się obiecujący dział "Zbliżenia" - jeśli codziennie będzie tam porcja tak różnorodnych treści, w tym przedruków z "Timesa", to bez wątpienia będzie się na czym zatrzymać, a to akurat lubię w codziennych gazetach. W metrze wolę czytać jeden długi tekst, nawet na temat daleki od moich codziennych zainteresowań, niż wiadomości, które mam w sieci i telewizji niemal non-stop.

Dodatek wyborczy i o pracy - layoutowo podobnie, a treść nie zatrzymała mojej uwagi na dłużej, choć podoba mi się to, że codzienna gazeta ma dwie kolumny miejsca na fotoreportaż. Tego brakuje w "Dzienniku", który czasem zabija ciężkimi, dwukolumnowymi analizami i esejami, nie do przejścia przy porannej kawie.

Rozbudowany sport w moim odczuciu porównywalny z "Gazetą" i "Dziennikiem" - te wiadomości czytam akurat wyłącznie w sieci. Liczyłem na pierwszą gazetę, która będzie ciekawie pisać o gospodarce - na razie widzę dość schematyczne podejście. Podobnie z kulturą - niczego nowego tu nie dostaję. Podobnie dodatek dla facetów jakoś mnie nie przekonał, choć przyznam, że tylko go przekartkowałem, skupiając się na ocenie głównego grzbietu.

Ogólna ocena w skali szkolnej to mocna czwórka. Z uwzględnieniem tego, że to pierwszy numer i debiutant ma prawo do taryfy ulgowej.

Drugą nowością jest mała "Rzeczpospolita". To wręcz rewolucja. I to udana! Cóż - nie będę oryginalny, wielkiej płachty Rzepy czytać się po prostu nie dało - kiedyś na wykładach, teraz w tramwaju, nawet na biurku ciężko ją rozłożyć, jeśli nie ma się deski kreślarskiej i nie chce się mieć kawy pod ręką. I choć ten format budził szacunek, był docenianym na świecie wyznacznikiem prawdziwie konserwatywnej gazety, to zmiana musiała nadejść. I nadeszła - w dodatku mocna, bo formatem jest tabloid, czyli coś ciut mniejszego od "Dziennika" i "Gazety".

Siłę tego layoutu pokazuje dzisiejsza jedynka - jak to "Rz" bywa otwarcie jest z samodzielnego zdjęcia, a czołówka - z ekonomii. I to się broni, nawet jeśli zdjęcie nie jest szokujące, a tekst porywający (słusznie zauważa Tomasz Kuzia - tanieją, owszem, ale ta korekta jest marginalna i przełomowego spadku nikt się nie spodziewa. Mimo to ja uważam, że wybór się broni).

Poza tym czepiać się można właściwie tylko detali - niektóre podziału wykonane strasznie grubymi liniami, niektóre ogłoszenie z kolei zbyt łatwo zlewają się z tekstami. Ale poza tym - layout jest po prostu mistrzowski. Precyzyjny, klarowny, jasny, stonowany - przyciąga oczy i zachęca do czytania. Mimo, że z pozoru brak nowej Rzepie kilku zalet, które podkreślałem pisząc o "Polsce", to jednak efekt końcowy odsadza konkurencję. I choć nadal uważam, że "Dziennik" mógłby z tym layoutem konkurować, to chylę czoła przed finezją, z jaką zmniejszono "Rzeczpospolitą" zachowując wszystkie zalety poprzedniego wyglądu.

W skali szkolnej "Rzeczpospolita" dostaje szóstkę, bo wyróżniła się na tle "klasy".

A w klasyfikacji indywidualne dyrektor artystyczny "Rz", Bartek Krzyżaniak-Gumowski pokonał, ba, zdeklasował moim zdaniem, światowego guru layoutów Neville'a Brody'ego, który tworzył layout "Polski".

--------------------------------{ edit: 16.10.2007, 08:16}--------------------------------

Tym razem skan "jedynki" Polski pożyczony od Krzysztofa Urbanowicza z Media Cafe, już w lepszej rozdzielczości. I link do nowej notki na ten sam temat przy okazji.

Inni na ten sam temat:

12 października 2007

Piosenka o sanepidzie

Autor tego wiekopomnego dzieła chce pozostać anonimowy. Cóż, takie czasy. Trzeba wszak przyznać, że pojechał po bandzie.



Czapki z głów! :)

11 października 2007

Wywiad z Vavamuffin

Zrobiliśmy (kolega i ja, nie żebym już o sobie w liczbie mnogiej mówił) wywiad z Gorgiem i Pablopavo z zespołu Vavamuffin. I chyba nawet nam się udał. Na stronie naszego periodyku nie ma go oczywiście, co uniemożliwia łatwy lans. Ale znalazła się dobra dusza, która go zdigitalizowała w formie umożliwiającej lekturę.

To podlinkuję.

A niebawem w sklepach pojawi się nowa płyta, którą mieliśmy okazję przesłuchać. Jest fajna. Nie tak przebojowa, jak pierwsza, ale bardzo miła dla ucha. Będzie się można o tym przekonać pod koniec miesiąca, m.in. na koncercie w warszawskim klubie Palladium, 23 października.


Polska na koksie 2

Z pozoru błahe pytanie "dlaczego dzieje się tak, że dzieje się tak, jak się dzieje?" nabiera w polskich warunkach zupełnie nowego sensu - ledwo człowiek sobie na nie odpowie wydarzenia kolejnych minut przekonują go, że znów się pomylił. Tak więc pewnie myśl moja zdezaktualizuje się szybciej, niż ją opublikuję.

Jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy po tym, jak suka wygrała proces sądowy w trybie wyborczym, a tu okazało się, że dołączył do niej samiec o imieniu Pip. Nie inaczej. Wzmocniony tym sposobem marszałek Dorn popełnił zaś z samego rana - na łamach prasy, lecz w ramach płatnych ogłoszeń - list do wykształciuchów, po lekturze którego padło kluczowe pytanie - co oni biorą (i gdzie można to kupić!)?. Mają być kolejne listy - do złodziei, do rozsądnych, do Koryntian...

Z listu apostoła Dorna do Wykształciuchów...

Wieczorem okazało się jednak, że to wszystko mały... Pipuś? Lada dzień pierwszą osobą w kraju może się bowiem okazać szef najsilniejszej agencji rządowej w Polsce, dotychczas działającej w kompletnym przyczajeniu służby specjalnej - główny inspektor sanitarny.

Bo jeśli prawdą jest, że Kwaśniewskiemu grozi kwarantanna (która też ma zresztą dać odpowiedź na pytanie, co on brał) i ludziom, którzy mieli z nim ostatnio styczność, to może się niebawem okazać, że w izolatkach siedzą wszyscy, włącznie z premierem i prezydentem (ten ostatni miał styczność pośrednią, przez tego wcześniejszego, który się z zarażonym filipińskim wirusem zetkną osobiście w studiu telewizyjnym).

Sytuacja robi się poważna. Ale nie na tyle, by nie dało się z niej wybrnąć. Sprawa jest prosta - 21 października trzeba tylko wybrać tych, którzy wydają się chorzy na tę samą chorobę (co nie jest trudne, biorąc pod uwagę, że w Polsce prawie wszyscy zdają się mieć tę filipińską przypadłość, którą były prezydent, o czym pisałem przy okazji poprzedniego ataku wirusa - na kogo byśmy nie zagłosowali, większość wybranych będzie chora). Następnie wywiezie się ich na Wiejską i zamknie wespół na terenie parlamentu razem z suką i Pipem. I wtedy, za radą samego marszałka Dorna, teren trzeba będzie tylko ogrodzić niepostrzeżenie dla trapionych wirusem posłów odwracając ostre zakończenia sztachet do wewnątrz.

Władze przejmie sanepid, a tych będziemy mieć na cztery lata z głowy. Alternatywą jest też wysłanie ich wszystkich do zwolnionego właśnie klasztoru w Kazimierzu Dolnym. Co będzie stał pusty?

I tak sobie dywagowaliśmy do wieczora aż przyszło olśnienie. Wiadomo, co oni biorą! Przecież kilka miesięcy temu aresztowano pracownika kancelarii prezydenta, który wziął był nabył kilo koksu. Słuszna ilość stanowić za pewne miała zapas na całą kadencję, która ni stąd ni zowąd skróciła się o połowę i teraz trzeba to wszystko zeżreć. Siedzą więc po kątach, ładują koks, piszą listy i generalnie wiele by to wyjaśniało...

I nawet się z Kwaśniewskim podzielili, tyle tego mają.

--------------------------------------------{ edit: 12.10.2007, 01:16}--------------------------------------------

Inne wykształciuchy na ten temat:
--------------------------------------------{ edit: 12.10.2007, 13:59}--------------------------------------------

- Co to znaczy PiS?
- Państwowa Inspekcja Sanitarna :)

Danny a sprawa polska

Sport.pl wespół z Ebim Smolarkiem spekulują na temat przyszłości Danny'ego Szeteli - Amerykanina polskiego pochodzenia, który błysnął na mistrzostwach świata do lat 20. Czy zagra w reprezentacji USA, czy w Polskiej?

Na razie Danny zrobił przynajmniej kilka kroków w drugą stronę - w tym dwa na wspomnianych mistrzostwach; strzelił naszej młodzieżówce dwie bramki w sromotnie przegranym meczu z USA.

Szanse na to, że Szetela zagra dla Polski są więc marne, choć z punktu widzenia przepisów, póki nie zagra w "dorosłej" reprezentacji wszystko jest możliwe. Ale przez lata nikt tu o tym nie pomyślał. Podejrzewam wręcz, że osoby decyzyjne w polskiej piłce o istnieniu zawodnika, którym już jakiś czas temu interesowały się kluby z brytyjskiej Premier League dowiedziały się w czasie rzeczonych mistrzostw. Tymczasem Szetela trafił do Hiszpanii i gra w drużynie z Ebim Smolarkiem, który nawiasem mówiąc też kopać piłki w rodzimych stronach się nie nauczył.

Działacze w USA muszą czytać polską prasę - ledwo tu zaczęły sie spekulacje powołali go do kadry. I już raczej nie zgra w naszych barwach. A kto wie - może jeszcze da radę nas upokorzyć na niejednych mistrzostwach? I już widzę, co się teraz zacznie. Komentarze w tonie lekkiej pogardy dla - tego nikt wprost nie powie - zdrajcy będą zwalać winę na PZPN, który w porę nie uświadomił chłopaka na okoliczność jedynie słusznej opcji narodowej.

Było takich przypadków kilka - że wspomnę tylko te najbardziej bolesne, bo dziś grające dla naszego odwiecznego wroga i ciemiężcy, a więc Podolskiego i Klose. Były też próby importowania piłkarzy w ogóle nie mających nic wspólnego z naszym krajem, które skończyły się tak, jak się skończyły. I tu sprawa delikatna, bo łatwo być posądzonym o szowinizm, a nie o to przecież chodzi. Ale w całej tej dyskusji irytuje mnie jedna rzecz. We wschodzących za granica gwiazdach o polskich korzeniach upatruje się nadziei na wyrwanie rodzimej piłki z zapaści i w takim tonie pisze o potencjalnych możliwościach pozyskania gwiazd. Tak, jakby z 40 bez mała milionów na miejscu nie sposób było wybrać kilkunastu umiejących kopać gałę?!

Ja rozumiem - nie chodzi nawet o medialną stronę takiego importu, taka wschodząca gwiazda może przecież podnieść morale całej drużyny. Ale podniecanie się perspektywą pozyskania takiego gracza jawi mi się jako rzecz raczej smutna, bo wynikająca w gruncie rzeczy z kompletnej niemożności zorganizowania prawdziwej piłki w Polsce.

A to nie koniec upokorzeń - czekać tylko można na sytuację, gdy dziecko imigrantów z mojego rocznika w wieku lat 12 zasili młodzieżówkę klubu z Wysp, by w wieku lat 18 mieć dylemat - wracać do Polski czy też dać się naturalizować Brytyjczykom? Bo jakoś nie wierzę, że w Polsce nie ma talentów piłkarskich - czego zaś nie ma na pewno, to oczywiście zaplecza, szkolenia, myśli trenerskiej (za wyjątkiem myśli niemiłej pod adresem pewnego starszego pana z Holandii, który pokazał, że można, jak się ma myśli inne).

I cóż można dodać? Można tylko zakończyć rytualnym już niemal życzeniem, że może Euro 2012 przyniesie - wśród innych korzyści - zmianę i na tym polu. I nie będzie trzeba się martwić o to, że jakiś chłopak z polskimi korzeniami chce grać dla USA - sami przyjadą tu trenować.

Tylko że sam nie wierzę w to, co piszę.


--------------------------------------------{ edit: 12.10.2007, 08:51}--------------------------------------------

Nie koniec na Dannym - jak się okazuje podobne sytuacje spotykają chłopaków, którzy mieszkają, grają i strzelają bramki w Polsce. Trafiło na Dawida Jarkę. I choć prawdą jest, że PZPN kolejny raz daje ciała, to wtręt o podejściu patriotycznym jest dokładnie tym, czego nie chciałem przeczytać. Z tym że tu sprawa jest prostsza, bo szybką decyzję może podjąć Beenhakker. Ale on już z kolei pokazał, że umie sobie radzić z presją 20 milionów trenerów i nikt go do powołania Jarki nie zmusi.

04 października 2007

Best Openning Credits

Spore poruszenie wśród internautów wywołała publikacja pierwszych minut filmu sensacyjnego "The Kingdome". I słusznie, bo to jedna z najlepszych czołówek filmowych, jakie znam. Na razie nie znalazłem wersji embedowalnej, więc posłużę się klasycznym linkiem - warto kliknąć i poświęcić trzy minuty.

Sieć idzie za ciosem - na przykład Bartosz Węglarczyk przypomniał inną świetną czołówkę:



Co z kolei zmobilizowało mnie do odszukania "napisów", które - co przyznaję po ich odświeżeniu - w kinie zrobiły znacznie większe wrażenie (choć bynajmniej nie chodzi o efekty specjalne):



Wywlekanie klasycznych napisów z "Gwiezdnych wojen" byłoby nudne, z Bondów, które w tym względzie stanowią klasę same w sobie, wybrałem tylko dwie i to dość nowe:



Nawiasem mówiąc to chyba jeden z niewielu bondowych elementów, które zachowano w tym filmie - łamie on chyba wszystkie inne schematy tej serii, co ewentualnie zasługiwałoby na osobną notkę, gdyby nie to, że to już trochę stary film ;)


Fajne - ale klip do tej piosenki był fajniejszy:



Nie może tu zabraknąć także parodii bondowych czołówek z filmu "Spy hard" w wykonaniu niezastąpionego Weird Al Yankovica:



Zachęcam do przypominania innych udanych czołówek :)

02 października 2007

Popkultura historyczna 3 (ponownie Katyń)

Ktoś pytał ostatnio w jakimś szerszym gronie, czy "Katyń" pobije rodzimy rekord frekwencji. Decyzją ministra obrony narodowej - pobije!
Każdy żołnierz wojska polskiego obejrzy film Andrzeja Wajdy "Katyń". Decyzję w tej sprawie podjął już minister obrony narodowej Aleksander Szczygło.
Źródło: PAP

Po raz pierwszy od bardzo dawna polskie wojsko pobije jakiegoś przeciwnika. Współczuję tylko widzom, którzy trafią na seans ze szwejkami. - Miejmy nadzieję, że żaden polski żołnierz nie wystąpi w sequelu - dodał przez ramię kolega.

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.