Instagram

13 kwietnia 2007

Euro 2012 - w Polsce ale nie w Warszawie?

W środę UEFA zdecyduje, kto będzie gospodarzem finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej w roku 2012. Wybór jest trudny, bo wszyscy kandydaci mają swoje problemy. Nam najbardziej bruździ sytuacja polityczna na Ukrainie. Załóżmy jednak na chwilę, że Polska i Ukraina dostaną Euro. Moją radość przyćmi graniczące z pewnością przekonanie, że Warszawa obejdzie się smakiem. W dużej mierze dzięki postawie władz miasta.

Umowa z Ukrainą przewiduje, że finał odbędzie się w Kijowie. Warszawie miała przypaść inauguracja i mecz otwarcia. Miejsce: Stadion Narodowy.

Narodowy czy wirtualny?

W prasie można zobaczyć kilka różnych projektów Narodowego Centrum Sportu, które ma stanąć na miejscu dzisiejszego Jarmarku Europa. Pierwszy przygotował Stefan Kuryłowicz na zlecenie poprzednich władz Warszawy. Jego obecny status jest trudny do określenia - leży pewnie w jakiejś szufladzie lub wręcz w koszu na śmieci. Miasto stołeczne nie ma bowiem zamiaru brać udziału w budowie stadionu. Hanna Gronkieiwcz-Waltz zapowiedziała to tuż po wyborach.

Do pewnego stopnia rozumiem tę decyzję. Stadion Narodowy to inwestycja obiecana przez Kazimierza Marcinkiewicza i rząd Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie oni zaprezentowali jesienią drugi projekt - ten w kształcie opony, który zakłada, że w otoczeniu stadionu powstanie centrum handlowe, gdzie swoje miejsce mają znaleźć kupcy z Jarmarku Europa.

Trzeci projekt z uporem promuje jego autor, architekt i olimpijczyk Wojciech Zabłocki. Chce on budować nowy obiekt obok dawnego stadionu X-lecia, a wały tego ostatniego przerobić na park. Mniejsza o oceny artystyczne tych pomysłów - trzeba sobie jasno powiedzieć jedną rzecz. Żadna z tych wizji nie stanowi gotowego projektu, a wciąż traktowana jako obowiązująca wizja z oponą w roli głównej jest tylko niezobowiązującym szkicem.

By zbudować stadion trzeba:
  • ogłosić konkurs architektoniczny na koncepcję. Konkurs jest elementem procedury zamówienia publicznego i musi być przeprowadzony zgodnie z przepisami. Musi też trwać. Teoretycznie da się to zrobić w trzy miesiące, ale proszę sobie przypomnieć perypetie z konkursem na projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej... Od tego czasu prawo się zmieniło, ale wciąż trudno mi uwierzyć, że taki konkurs w polskich realiach zostanie rozstrzygnięty za pierwszym podejściem i w tak krótkim czasie.
  • wyłonić zespół, który przygotuje projekt budowlany. Zwykle nadzoruje to zwycięzca konkursu, ale sam nie musi brać udziału w pracach. Przykład MSN znów dobrze się nadaje - tam po kilku tygodniach sporów o werdykt w końcu zwycięzca zaczął negocjować z polskimi architektami. Negocjacje trwają - kiedy się zakończą, nie wiadomo. Ale tam nie ma pośpiechu.
  • zaprojektować stadion. Projekt budowlany to jakieś 10-12 miesięcy pracy. Co najmniej.
  • wyłonić wykonawcę. Oczywiście w przetargu, w którym może się np. okazać, że koszta były niedoszacowane, że oferty były źle przygotowane, że są protesty, odwołania i opóźnienia - tu trudno nawet oszacować, ile czasu mogłoby to potrwać.
  • zacząć budowę, która potrwa co najmniej dwa lata.
Podsumujmy: konkurs (co najmniej 3 miesiące), projekt (około roku), przetarg na wykonanie (Bóg wie ile) i wreszcie budowa (2 lata, przy dużym szczęściu i dodatkowych nakładach). A stadion musi być gotowy do 2011 roku.

Teraz racje władz Warszawy. Teren należy do skarbu państwa i miasto z prawnego punktu widzenia nie może na nim inwestować. Poza tym Warszawa ma swoje plany w postaci remontu obiektów Legii i Polonii. Ale powstanie Narodowego Centrum Sportu jest dla Warszawy niezaprzeczalną korzyścią. To nie tylko nowe obiekty sportowe, hotelowe, biurowe i handlowe - to też centrum konferencyjne na kilka tysięcy osób, które bez wątpienia rozruszałoby trochę turystykę biznesową w stolicy. Zresztą nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że na budowie NCS Warszawa zyska.

By jednak cała inwestycja miała sens i szansę powstać na czas nie wystarczy determinacja rządu (co do której też nie jestem przekonany - wciąż nie ma przecież ustawy o grach losowych, z której to miało być finansowane, choć już mówi się, że środki będą z czegoś innego). Ze strony miasta potrzebny jest plan inwestycji infrastrukturalnych i potężne wsparcie administracyjne. Tymczasem warszawski samorząd nie tylko nie robi nic, ale wręcz sabotuje plany - od paru miesięcy zarządzający terenem stadionu Centralny Ośrodek Sportu nie może się nawet doprosić o wydanie warunków zabudowy dla tego terenu, a bez tego nie można ogłosić konkursu na projekt.

Na poziomie deklaracji miasto jest oczywiście w porządku. Warunki mają być wydane do końca kwietnia, po myśli inwestora. Szereg innych problemów nie jest jednak rozwiązany - ww wniosku o WZ nie ma hali targowej obok stadionu. A to oznacza, że lada chwila zaczną się protesty kupców ze stadionu. Mniejsza o to, czy mają prawo domagać się czegoś dla siebie - ważniejsze, że prezydent Gronkiewicz-Waltz zapowiadała, że pomoże rozwiązać tę sprawę. I tak, jak w styczniu, tak i teraz miasto na pytanie co z kupcami odpowiada: szukamy alternatywnych lokalizacji. Przez trzy miesiące nie przygotowano listy i nie podjęto poważnych rozmów z kupcami, którzy wprawdzie budowy stadionu nie zablokują, ale mogą ją opóźnić. Wreszcie na początku kwietnia pani prezydent stwierdziła:
Zapytana o przyszłość stadionu X-lecia Hanna Gronkiewicz-Waltz zadeklarowała, że jeśli władze zadecydują o budowie na jego miejscu Narodowego Centrum Sportu miasto gotowe jest do pełnej współpracy. Zaznaczyła jednocześnie, że obecnie tereny stadionu nie należą do miasta, a zarządza nimi dzierżawca - spółka prowadząca targowisko. Nie ma zatem podstaw prawnych by prowadzić rozmowy z kupcami o ewentualnej zmianie lokalizacji targowiska.
Źródło: onet.pl / PAP
Intencje COS też nie są jasne - z jednej strony zapowiedź, że od czerwca handel zniknie ze stadionu, z drugiej z kolei deklaracja, że będzie ogłoszony przetarg na jego dzierżawę do czasu rozpoczęcia budowy. W perspektywie zaś wojna z kupcami, spychacze demolujące ich budy i protesty na ulicach. Ale tym władze Warszawy się nie przejmują. Podobnie, jak tym, że do ewentualnego stadionu w 2012 roku trzeba będzie dojechać. Nikt nie rozmawia jednak z PKP o remoncie stacji Warszawa-Stadion a poza mglistymi planami budowy drugiej linii metra nie mówi się nic o komunikacji w tym rejonie. Wiceprezydent Wojciechowicz mówi, że wszystkie te inwestycje są planowane i przygotowywane w swoim tempie, bo powstaną niezależnie od Euro i stadionu.

To kontrastuje z postawą samorządów w innych miastach starających się o Euro: Wrocław wykupił podupadający miejscowy Śląsk razem ze stadionem i dał gwarancję, że obiekt będzie gotowy na czas. Podobne gwarancje - oraz zapewnienia w kwestii bezpieczeństwa - złożyły inne miasta. Wszystkie, oprócz Warszawy. W jej imieniu do budowy stadionu zobowiązał się rząd. Miasto nie powołało żadnego sztabu, zespołu czy nawet pełnomocnika do sprawy organizacji Euro 2012. Polski komitet organizacyjny nie wie nawet, z kim z władz Warszawy ma rozmawiać na ten temat! Miasto nie zebrało nawet informacji o dostępnej ilości miejsc hotelowych, co też jest jednym z wymogów UEFA. Oczywiście inne samorządy dawno już to zrobiły.

Władze stolicy mówią, że są spokojne, bo jak stadion nie powstanie, to do tego czasu gotowa będzie nowa Legia. Tylko co z tego, skoro ma mieć 30 tysięcy miejsc. Tymczasem UEFA wymaga, by stadion dla meczu otwarcia miał ich 70 tysięcy, a stadion na mecze grupowe - 40 tysięcy. Słowem: Legia się nie nadaje i nie jest nawet zgłoszona w polsko-ukraińskiej ofercie. Do władz miasta to nie dociera. Pełna beztroska.

Jakoś to będzie

Możliwości są dwie: albo dostaniemy Euro i władze miasta ockną się z letargu, wezmą do roboty i - jak, nieprzymierzając, przy Miss World - będą robić na ostatnią chwilę, albo komitet organizacji Euro zdecyduje, że mecze odbędą się w innym mieście. Niestety, wtedy Polska prawdopodobnie nie dostanie ani otwarcia, ani żadnego meczu powyżej ćwierćfinałów (największy zgłoszony stadion - w Chorzowie - ma mieć 60 tysięcy miejsc). Będziemy zapleczem wielkiej imprezy na Ukrainie, gdzie stadiony buduje się za prywatne pieniądze.

Oczywiście mogę się mylić - po środowej decyzji w Warszawie zacznie się burza i kto wie - być może władze warszawy zmobilizują się do pracy. Trzeba jednak powiedzieć sobie jasno: w otoczeniu Hanny Gronkieiwcz-Waltz nie ma człowieka, który mógłby podołać zadaniu koordynacji tak wielkiego przedsięwzięcia, które w dodatku leży na przecięciu interesów politycznych rządu i opozycji. Nie ma osoby, która umiałaby w imię wspólnego celu, jakim są mecze Euro, zmusić inwestorów do rezygnacji z protestów i odwołań czy wychodzić porozumienia i kompromisy. I, co gorsza, nie ma nikogo, kto zdawałby sobie sprawę z tego, jak ogromnym wyzwaniem organizacyjnym będzie to wszystko.

Marnie to widzę, choć chciałbym się mylić.

1 komentarz:

  1. "Do władz miasta to nie dociera. Pełna beztroska."

    No to teraz już nie ma wyjścia. Skończy się czas beztroski:)

    OdpowiedzUsuń

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.